sobota, 11 marzec 2017 21:16

Polska i Ukraina: kryzys prawdziwy czy mniemany?

Wywiad Jarosława Kaczyńskiego, jakiego polityk udzielił na początku lutego tygodnikowi „Do Rzeczy”, wzbudził ożywioną reakcję (wyrażaną w dodatku poprzez kąśliwe uwagi) w polskim społeczeństwie. Wywiad wywołał rezonans także wśród Ukraińców - którzy dostrzegli w wywiadzie jedynie „swój” wątek, ignorując to, co zainteresowało krytyków polskich. Prezes PiS zadeklarował bowiem m.in., że Ukraina nie wejdzie do Europy z Banderą. Stwierdzenie to można by skrytykować w sposób rzeczowy i inteligentny, odwołując się chociażby do sporu, jaki rząd PiS prowadzi z instytucjami unijnymi. Można by także zadać kluczowe pytanie: o jaką konkretnie Europę chodzi? W krajach UE nacjonaliści zdobywają bowiem coraz silniejszą pozycję.

Niestety, ktoś postanowił zareagować w sposób tylko pozornie błyskotliwy. W ukraińskim Internecie zamieszczono fotografię podpisaną „Hitler na pogrzebie najlepszego przyjaciela – Piłsudskiego”. Warto zaznaczyć, że Hitler na pogrzebie marszałka był nieobecny - zdjęcie zrobiono podczas mszy żałobnej w berlińskim kościele. Kurtuazyjne gesty III Rzeszy pod adresem Polski pojawiały się na początku rządów nazistów i były PR-owym zabiegiem, mającym na celu złagodzenie obrazu „dzikiego Hitlera” oraz uspokojenie polityków europejskich. Współczesną analogią jest trwający do 2014 r. okres „odprężenia” w relacjach UE z „normalnym demokratą” Putinem. Można tu przywołać także niedawną gwałtowną zmianę retoryki dokonaną przez Aleksandra Dugina - jeszcze do niedawna określał on Polskę jako pozbawioną racji bytu, dziś wygłasza formułki mające zdobyć przychylność Polaków.

Koniec lat 30. to już okres brutalnej presji wywieranej na Polskę, która w końcu stała się pierwszą ofiarą hitlerowskiej agresji. Wojna z hitlerowskim reżimem zabrała życie milionów żołnierzy i cywili. Zresztą, Piłsudski jeszcze w roku 1934 sugerował Brytyjczykom i Francuzom przeprowadzenie „wojny prewencyjnej” mającej na celu obalenie młodego nazistowskiego reżimu. W świetle tych powszechnie znanych faktów „intelektualna prowokacja” na temat Hitlera i Piłsudskiego brzmi haniebnie i stanowi kolejną miarkę oliwy, niepotrzebnie dolewanej do ognia. Po co eskalować konflikt? Po to, by zabłysnąć jako „mistrz ciętej riposty”?

Niezbyt rozsądny „mem” na szczęście nie był jedyną reakcją na głośny wywiad. Prześledźmy zatem główne tendencje przejawiające się w ukraińskich debatach na temat współczesnych relacji z Polską. Wypowiedź Kaczyńskiego została odebrana jako kolejny etap wywierania presji przez Polskę na Ukrainę. Ów nacisk dokonuje się przede wszystkim w sferze polityki historycznej. Wielu Ukraińców – a na pewno przedstawiciele wpływowych mediów – oceniają działania RP w tym zakresie jako sposób realizacji polityki zagranicznej. A zatem Polacy tak chętnie podejmują tematy sprzed 70 lat, bo w ten sposób załatwiają swoje interesy względem Ukrainy – przekonują zwolennicy takiego podejścia. To, że Polacy w ciągu ostatnich lat tak mocno zainteresowali się ukraińskim nacjonalizmem ma dowodzić ich immanentnej cechy: niemożności uznania Ukraińców za suwerenny i samodzielny naród. Ich podatność na rosyjską propagandę, spekulującą obrazami banderowskiego zagrożenia, ma jedynie potwierdzać ten sąd. Skoro Polacy tak chętnie odwołują się do historii, to Ukraińcy też powinni do niej sięgnąć, by przekonać się, że zachodni sąsiedzi zawsze łamali dane słowo i wykorzystywali wewnętrzne problemy Ukrainy, by osiągnąć jej kosztem korzyść. Taką argumentację można przeczytać na łamach największych ukraińskich tygodników oraz na blogach wpływowych komentatorów życia politycznego.

Za tymi tezami idą kolejne. Ukraińcy z kolei muszą wreszcie zrobić porządek we własnym domu. Ukraina musi stać się państwem w pełni suwerennym i niezależnym, gdzie gospodarzem będzie zamieszkujący ją naród, a nie wąskie grupy oligarchów o złożonej tożsamości politycznej i narodowej. Kraje Europy Zachodniej stały się bogate i potężne, bo są państwami narodowymi. Polsce też się udało, bo jest rządzona przez Polaków i dla Polaków. W istocie to Polska jest państwem nacjonalistycznym, bo posiada jeden język, jedną wiarę i powszechnie uznawany katalog bohaterów i symboli tożsamościowych. Z Polską kłócimy się, ale naprawdę stanowi ona dla nas najlepszy wzorzec reform – w ten sposób rozumuje wielu Ukraińców. Z tego myślenia wynika wniosek, że Ukraina państwem nacjonalistycznym nie jest. Bandera albo Mazepa nie są bohaterami wszystkich Ukraińców – ale Piłsudski i Kościuszko są jednoznacznie akceptowani przez ogół Polaków. I dlatego Ukraińców oburzają deklaracje w stylu „z Banderą do Europy nie wejdziecie!”. Krytyka działaczy nacjonalistycznych nie jest odbierana jako ocena faktycznych ich życiorysów, ale jako niszczenie symboli umożliwiających zaistnienie prawdziwie wolnej Ukrainy. Krytyka Bandery, OUN i UPA na Ukraińcach nie robi wrażenia – bo oni przyzwyczaili się do tego, by traktować ją wyłącznie jako slogany sowieckiej/rosyjskiej propagandy.

W takim duchu utrzymany jest artykuł Jurija Makarowa „Ale są jej granice”, opublikowany w prestiżowym magazynie „Tyżdeń”. Dziennikarz przedstawia wypowiedź Kaczyńskiego jako kolejne ogniwo w łańcuchu lekceważących postaw przejawianych przez Zachód. Niechęć USA wobec powstania niepodległej Ukrainy, zmuszenie Kijowa do rezygnacji z broni jądrowej, czcze obiecanki za którymi szło dalsze spychanie Ukrainy do statusu pariasa Europy, absolutna bierność podczas tragicznych dni na Majdanie i w obliczu rosyjskiej agresji – wszystkie te wydarzenia sprawiły, że kielich goryczy Ukraińców już dawno został przelany i ostre deklaracje polskich polityków nie robią już na nich wrażenia.

Mimo to, przekonuje Makarow, takim tendencjom należy się przeciwstawiać. Zachód, Europa i Polska muszą zrozumieć, że Ukraińcy cierpią za to, by inni mogli spokojnie spać w swoich zamożnych krajach. Polska nie ma mandatu na to, by moralizować i pouczać Ukrainę. Sama bowiem czci osoby posiadające w swoich biografiach czarne karty, milczy na temat win uczynionych Ukraińcom. Nie wiadomo tylko, czy użyte przez niego słowo „ludobójstwo” zostało potraktowane jako prowokacja (oskarżanie Ukraińców o ludobójstwo zdeprecjonowało ten termin i obecnie można nim, jako pozbawionym znaczenia, swobodnie szermować) czy też faktycznie uważa, że Polacy takowego się na Ukraińcach dopuścili.

Artykuł Makarowa wpisuje się w tendencję mocno zauważalną w Ukrainie, a wynikającą z poczucia opuszczenia i osamotnienia. W ciągu trzech ostatnich lat kraj przyjął na siebie zbyt dużo zbyt brutalnych ciosów i nie otrzymał adekwatnej pomocy. Porzucona ofiara zaczyna pielęgnować w sobie przekonanie o moralnej wyższości względem biernego otoczenia. W ukraińskim Internecie od dłuższego chętnie przypomina się napisany jeszcze w latach międzywojennych wiersz Ołeksandra Ołesia „Europa milczała”. Mesjanistyczne nastroje, typowe dla Polski podczas rozbiorów oraz w epoce pojałtańskiej, w Ukrainie rozkwitają z wyjątkową siłą.

Makarow przytomnie zauważa, że Kaczyński to nie cała Polska. Jest jeszcze „Polska Jana Pawła II, Wajdy i Michnika”. Jest jeszcze Polska Lecha Kaczyńskiego – rodzonego brata Jarosława! Tragicznie zmarły prezydent do tej pory cieszy się kultem w znacznej części ukraińskiego społeczeństwa. Jest uznawany za symbol sojuszu narodów Europy Środkowo-Wschodniej przeciw Kremlowi. Teza o rosyjskim zamachu w Smoleńsku jest w Ukrainie popularna. Lech Kaczyński był, jako pozytywny symbol, przeciwstawiany uznawanej w pierwszej fazie rządów za prorosyjską władzy PO. I nawet dziś Lech Kaczyński jest przedstawiany jako antyteza obecnych rządów PiS – czyli partii jego samego oraz jego rodzonego brata!

Ukraina posiada spore grono wybitnych fachowców do spraw polskich, ale na poziomie ogólnym debata dotycząca Polski odbywa się w oparciu o rażące uproszczenia, wyolbrzymienia i stereotypy. Komentarze na temat Polski najczęściej nie uwzględniają tego, co przez samych Polaków uznawane jest za podstawowe fakty. I tutaj należy szukać przyczyn oburzenia Ukraińców na sygnały dobiegające z Polski. Opinia publiczna Ukrainy często nie zna kontekstu owych doniesień, a tym bardziej nie rozumie przyczyn owych wydarzeń. Makarow w swoim tekście narzeka między innymi na to, że w Polsce nie oddaje się hołdu niepolskim ofiarom historycznych zbrodni. Osoba zorientowana w temacie doskonale wie, że to nieprawda. Można tu przypomnieć choćby przyjętą jeszcze w 1990 r. uchwałę Senatu potępiającą akcję „Wisła”, zaznaczyć pojednawczy format dotychczasowych uroczystości polsko-ukraińskich, a przede wszystkim samokrytyczną narrację na temat historii, jaka dominowała w mainstreamowych podręcznikach, publikacjach i prasie, czy wreszcie niechęć kolejnych rządów do angażowania się w kult pamięci ofiar Wołynia. Oczywiście, Ukraińcy w tym miejscu zaczną przypominać kolejne skandale wokół rocznic Wołynia, blokady rowerowego rajdu imienia Bandery itp. Ale to, co z ich punktu widzenia wyglądało jak polska pycha oraz wtrącanie się w sprawy Ukrainy, dla polskich kresowian było dowodem na to, że polska władza i polskie elity robiły i tak za mało. Koła rządzące były oceniane jako uległe wobec Ukrainy, ignorujące obowiązek pamięci o wołyńskich ofiarach; zarzucano im, że nie nazywają rzeczy po imieniu, że podejmują pozorne kroki, za którymi nie idzie „właściwa” polityka wobec Kijowa. Obecne zainteresowanie opinii publicznej Wołyniem jest efektem tego, że to wydarzenie w wolnej Polsce nigdy nie było czołowym w polityce pamięci. Katyń i Powstanie Warszawskie z jednej strony, Jedwabne i współudział Polaków w Holokauście – to były główne zagadnienia w debatach o historii. Reakcją na ten stan była postawa będąca połączeniem konsekwencji autentycznej traumy oraz umiejętnych manipulacji. Owa postawa wyrażała się w haśle „dosyć bicia się w piersi – mamy własne nieopłakane ofiary!”.

I tutaj dochodzimy do sedna. Makarow zasugerował, że Kaczyński bawi się w elektoralne gierki kosztem Ukrainy. Szkoda tylko, że dziennikarz nie dostrzegł rażącej przepaści między postawą prezesa wyrażoną w lutym 2017 r. a PR-ową zagrywką, jaką był wspólny przemarsz po rewolucyjnym Majdanie w grudniu 2013 r. – ramię w ramię z Ołehem Tiahnybokiem! PiS to partia prawicowa, odwołująca się do patriotyzmu, sięgająca po wojowniczą retorykę – ale równocześnie pozycjonująca się jako ideowi następcy byłego socjalisty Piłsudskiego. PiS był i jest partią konkurencyjną wobec faktycznych nacjonalistów – postendeków, reprezentowanych choćby przez Ruch Narodowy, współtworzący partię Kukiz’ 15. PiS chce zdominować scenę polityczną w Polsce – a już na pewno jej prawą część. Dlatego musi pilnować już zdobytych wyborców oraz przejmować nowych. Jak zrealizować ten cel?

PiS, oceniany nad Dnieprem jako ukrainożerczy, wciąż jest traktowany przez skrajną prawicę jako partia ukrainofilska. Jeszcze w trakcie kampanii prezydenckiej w 2015 r. rozpowszechniano plotkę, jakoby dziadek Andrzeja Dudy był dowódcą UPA. Jarosławowi Kaczyńskiemu do tej pory wypomina się marsz z Tiahnybokiem; jego brat jest traktowany jako symbol rzekomo skrajnie ugodowej i naiwnej polityki wschodniej. Postendecka prawica chętnie podejmuje takie wątki jak potencjalne zaangażowanie polskiej armii w pomoc Ukrainie, aktywność Wojska Polskiego w strukturach antyrosyjskiego NATO, współpracę pewnych polityków partii z ukraińskimi instytucjami, czy wreszcie liczne kredyty i pożyczki udzielane Ukrainie. Wśród skrajnej prawicy PiS nie ma dobrej prasy. Co zatem ma zrobić partia Kaczyńskiego? Musi udowodnić, że wcale nie jest taka proukraińska. Zmiana wizerunku jest odpowiedzią na ogólną radykalizację nastrojów.

Co z tego wyniknie? Ciężko powiedzieć, gdyż wolty obecnego polskiego rządu wciąż zaskakują.

Jednak zwrócenie uwagi na te okoliczności pozwala lepiej zrozumieć to, co dzieje się w samej Polsce oraz między Polską a Ukrainą. Okazuje się, że współpraca między naszymi państwami mimo wszystko trwa. A cóż dopiero powiedzieć o relacjach na poziomie organizacji pozarządowych, firm czy zwykłych obywateli! Okazuje się także, że kłótnie o historię mają inny, niewidoczny na pierwszy rzut oka, kontekst. O nim napisał w swoim tekście „Polska nie wierzy w przyszłość Ukrainy” Bohdan Jaremenko.

Autor wyraża opinię, że na szczeblu oficjalnym ochłodzenie w relacjach polsko-ukraińskich jest widoczne. Przykładem jest chociażby brak zainteresowania Forum Polska-Ukraina, jakie miało miejsce w styczniu br. w Rzeszowie ze strony polityków rządzącej partii PiS. Bardziej agresywna retoryka obecnej władzy także nie nastraja optymistycznie, a momentami jest po prostu obraźliwa. Ale nie chodzi tu tylko o sprawy pamięci i historii. Demonstracyjne dystansowanie się partii Kaczyńskiego od Ukrainy jest motywowane tak naprawdę tym, że Polska przestała wierzyć w Ukrainę. Paradoksalnie rozpętanie wojenki o Banderę jest łatwiejszym wycofaniem się z geopolitycznego impasu, niż publiczne ogłoszenie, iż Rzeczpospolita Polska nie widzi w Ukrainie państwa zasługującego na zaufanie i wsparcie. Zaznaczyć trzeba, że gdyby Polska faktycznie miała wycofać się z poparcia dla Ukrainy, czekałaby ją długa droga z powrotem do punktu wyjścia. Nasz kraj bowiem jak mało który zaangażował się w różne formy współpracy z Kijowem.

Dziennikarz jest świadomy tego, że zwątpienie Polski w Ukrainę oznaczałoby ciężki i bolesny cios dla Ukraińców. Niemniej Polacy mieliby ku temu swoje podstawy - sugeruje. Walka z korupcją, budowa efektywnego systemu administracji, nawet starania o odzyskanie Krymu i Donbasu – w każdym z tych aspektów Ukraina wygląda w sposób niewzbudzający zaufania Polaków – pisze Jaremenko. Zaufania nie wzbudza także klasa polityczna Ukrainy. Dziennikarz wyraża myśl, że wystarczy już powtarzania pustych, przestarzałych sloganów o „dawaniu szansy” i „konieczności wspierania” wciąż szykującego się do prawdziwych reform kraju. Wyrzekanie na niewdzięczność „milczących Europejczyków” niewiele da, ponieważ politykę międzynarodową uprawia się w sposób inny niż poprzez zwracanie uwagi na swoje cierpienia i nieszczęścia. Ukraińcy zrobili bardzo dużo, by zniechęcić do siebie Polaków – i to mimo tego, że ci wciąż widzą potencjał we współpracy ze wschodnim sąsiadem – czytamy w artykule.

Tutaj trzeba zaznaczyć, że od roku 1989 kolejne polskie rządy mocno zaangażowały się w pomoc dla Ukrainy, spotykając się z ostrą krytyką antyukraińskich stronnictw w kraju. Owa pomoc była zawsze motywowana tym, że należy wspomagać sąsiada w budowie stabilnego państwa. Poza tym, Polacy też kiedyś śnili sen o wolności i demokracji; teraz nasza kolej, by pomóc innym urzeczywistnić ten sen – przekonywano.

Entuzjastyczne poparcie Polaków dla Majdanu w roku 2004 było przełomem w stosunkach między oboma państwami i społeczeństwami. Drugi, tragiczny Majdan także ujawnił w polskim społeczeństwie zainteresowanie sprawami sąsiada oraz chęć bezinteresownej pomocy. Na tej bazie zbudowana została także platforma do dynamizacji rozwoju prowadzonej już wcześniej wieloaspektowej współpracy. Polacy nigdy wcześniej nie interesowali się Ukrainą tak bardzo, jak po roku 2014. Ale w mediach dominuje temat konfliktów, nieporozumień i stereotypów. Jeszcze dwa lata temu Jurij Andruchowycz zauważył, że równocześnie ze wzrostem sympatii wobec Ukrainy w polskim społeczeństwie uaktywniły się nastroje szowinistyczne. Poparcie dla pierwszego Majdanu było bezwarunkowe, teraz sytuacja ma swoje negatywne niuanse, dlatego Ukraińcy na chwilę obecną za swojego głównego europejskiego adwokata uważają Litwę – pisał Andruchowycz.

Teza o tym, że postawy Polaków wobec Ukrainy po drugim Majdanie różnią się na niekorzyść jest traktowana jak aksjomat. Skąd wzięła się intensyfikacja negatywnych opinii? Polacy zaangażowani w pomoc Ukrainie często spotykali się z następującym zarzutem: „jesteście głupi, pomagacie im, a oni jeszcze wam zaszkodzą”. Wzrost popularności w Ukrainie nacjonalistycznej symboliki był traktowany jako potwierdzenie tezy o „żmii hodowanej na własnej piersi”. Oczywiście jest to hasło stosowane przede wszystkim przez prorosyjskich agitatorów, którzy fałszują zarówno liczebną siłę ukraińskiego nacjonalizmu, jak i jego charakter. Niemniej, na część polskiego społeczeństwa ów obraz z pewnością zadziałał zniechęcająco. Uczciwie trzeba przyznać, że w ukraińskim społeczeństwie zauważalna jest tendencja do bezkrytycznego traktowania własnej historii. Tymczasem jednym z następstw pierwszego Majdanu miało być to, że Ukraińcy dojrzeją do porzucenia narodowych mitów oraz obiektywnego spojrzenia na dzieje własne oraz relacji z sąsiadami. Tak się nie stało – choć zaznaczyć trzeba, że dzisiaj, w warunkach wojny oraz propagandowych ataków, samokrytyczna rewizja narodowych mitów jest praktycznie niemożliwa.

Pomoc (zwłaszcza materialna oraz organizowanie leczenia w państwowych szpitalach) okazana Ukrainie oznaczała dla organizujących ją osób i instytucji pewne wyrzeczenia oraz wysiłek. Niekiedy można odnieść wrażenie, że ów wysiłek nie jest dostrzegany przez ukraińskie media. Środowiska antyukraińskie w Polsce chętnie spekulują komunikatami dotyczącymi pieniędzy polskich podatników przekazywanymi w ramach pomocy Ukrainie oraz obrazem „banderowców” przyjmowanych do polskich szpitali zamiast pacjentów oczekujących w długich kolejkach. Natomiast kiedy ukraińskie media zamieszczają krytyczny komentarz dotyczący Polski, owa pomoc przestaje istnieć – liczą się tylko bulwersujące wypowiedzi polskich polityków oraz wybryki nacjonalistów. Polska uzyskuje wybitnie jednoznaczny, negatywny obraz. Prowokacje, takie jak niszczenie nagrobków na Podkarpaciu, odnoszą sukces, ponieważ nadaje się im medialny rozgłos, w dodatku oskarżając Polskę i Polaków jako takich o odpowiedzialność za antyukraińskie incydenty. Polska coraz częściej istnieje w ukraińskich mediach tylko w kontekście sytuacji przemocy i walki politycznej.

Jaremenko miał na myśli jednak przede wszystkim postawy samych polityków. Po co wspierać Ukrainę materialnie i dyplomatycznie, skoro sama tę pomoc marnuje? Nie możemy decydować za Ukraińców, co zrobią z otrzymanym wsparciem. Ukraina sama stwarza sobie problemy – tak zapewne myślą politycy w wizji ukraińskiego dziennikarza. Pierwszy Majdan miał sprawić, że Ukraina zrobi to, co zachodni sąsiedzi dokonali już w roku 1989. Nad Dnieprem dzięki szybkim reformom, napędzanym przez entuzjazm społeczeństwa oraz nowej klasy politycznej, miało powstać prawdziwie europejskie państwo. Tymczasem liderzy pomarańczowej rewolucji błyskawicznie pogrążyli Ukrainę w chaosie spowodowanym przez własne urażone ambicje. Koniec końców do władzy, w zupełnie demokratyczny sposób, doszli przedstawiciele wstecznego i prorosyjskiego obozu. Po kolejnym Majdanie, okupionym daniną krwi, do władzy ponownie doszli oligarchowie. Obecna władza nie cieszy się popularnością – ale kto mógłby być dla niej alternatywą? Niedoświadczeni politycy, siedzący na garnuszku konkurencyjnych oligarchów? Nieobliczalni i źle zorganizowani nacjonaliści? Reformy są przeprowadzane w sposób opieszały i nieskuteczny. Czy takie państwo może wzbudzić zaufanie partnerów z zagranicy? Jaremenko sugeruje, że nieufność i rozczarowanie sąsiadów Ukrainą to efekt błędów samych Ukraińców.

W komentarzu do omawianego artykułu Jurij Romanenko, redaktor naczelny portalu Chwyla, zauważył, że politycy państw zachodnich obecnie obchodzą się z Ukrainą jak Rzymianie z barbarzyńcami – angażują się w relacje z nimi jedynie wtedy, gdy mają z tego korzyść lub gdy chcą uniknąć kłopotów. Ukraińcy mają wyraźnie słabszą pozycję w kontaktach z Zachodem. Jednak komentarz Romanienki nie był kolejną skargą na ciężki los Ukraińców, ale zasugerowaniem, że pilnie należy zmienić tę sytuację. Obnoszenie się z poczuciem moralnej wyższości i wyrzekanie na niewdzięcznych Europejczyków nie poprawią sytuacji Ukrainy. Tak polityki się nie robi. Zadaniem Ukraińców jest przekonanie świata, że są wiarygodnym partnerem i że opłaca się ich popierać.

Jak będą wyglądać relacje polsko-ukraińskie? Czy Polska faktycznie przestała wierzyć w Ukrainę? Niewątpliwie nasz rząd w jakimś stopniu zaczął się dystansować od Kijowa, a powody takiego działania zostały przytoczone wyżej. Niemniej w sferze deklaracji i gestów wciąż podkreśla się te, które mają przekonać społeczeństwa obu krajów do tego, że strategiczne partnerstwo, zwłaszcza w sferze obronności i gospodarki, zostaje utrzymane. Niewątpliwie dialog będzie trudniejszy niż w ostatnich latach, a to za sprawą negatywnych obrazów, dominujących w medialnym przekazie. Rozmowa oparta na tezach „Bez nas do Europy nie wejdziecie, to wam zależy na nas, więc musicie dostosować się do naszych oczekiwań” (wersja polska) oraz „My bronimy was i całej Europy – to my mamy prawo stawiać żądania” (wersja ukraińska) nie jest dialogiem. Tekst Jaremenki uświadamia, że Ukraińcy powinni się zastanowić, co zrobić by ich kraj przestał funkcjonować w mediach polskich jako państwo niestabilne. Nieskuteczność reform szkodzi Ukraińcom nie tylko w kontekście ich codziennego życia, ale także marginalizuje ich kraj w Europie. Warto także uświadomić sobie, że informowanie o wydarzeniach w Polsce jedynie w kontekście niepokojących wydarzeń jedynie nakręca napięcie. Ono nie jest potrzebne ani Polakom, ani samym Ukraińcom. Nikt nie każe Ukrainie akceptować wszystkiego, co dzieje się w Polsce. Ale trzeba rozumieć podłoże i dynamikę wydarzeń nad Wisłą – oburzanie się na złych Polaków nie rozwiąże powstałych problemów. Z kolei Polacy powinni określić, gdzie przebiega granica między polityką historyczną a polityką zagraniczną, a także między pamięcią a resentymentami. Warto także zastanowić się nad tym, czy zaspokajanie oczekiwań najgłośniejszej części elektoratu przyniesie korzyści większe od rezygnacji z potencjalnych zysków w skali międzynarodowej.

Tymczasem na poziomie relacji społecznych widać, że Polacy wcale w Ukrainę nie zwątpili. Rosnące zainteresowanie ukraińską kulturą i językiem, chęć zawierania znajomości, kształtowanie opinii w oparciu o bezpośredni kontakt a nie medialne klisze, ożywiona współpraca naukowa – wszystkie te zjawiska przekładają się m.in. na to, że ostatni sondaż CBOS wykazał wzrost proukraińskich sympatii w polskim społeczeństwie i jednoczesny spadek postaw antyukraińskich. Te tendencje będą narastać, co cieszy. Tylko co zrobić, by pozytywne wieści zaczęły dominować w mediach oraz świadomości zbiorowej? Kontakt osobisty najskuteczniej niweluje siłę uprzedzeń oraz agitek rozpowszechnianych w ramach wojny informacyjnej. Oparta na nim współpraca stanowi prawdziwy kapitał społeczny, budujący relacje między naszymi państwami, któremu nie zaszkodzą zmiany politycznego klimatu. Zresztą, politycy – uzależnieni od woli suwerena – dostosowują przecież swoją retorykę do sympatii elektoratu. Media powinny informować o negatywnych wydarzeniach – ale nie po to, by nimi straszyć, lecz po to, by zrozumieć ich genezę i proces ich powstawania. Informacje o nich muszą być umieszczone także we właściwym kontekście. A nim jest rosnąca intensywność przyjaznych kontaktów oddolnych między naszymi narodami.

 

Michał Urban

Polska i Ukraina: kryzys prawdziwy czy mniemany?

Wywiad Jarosława Kaczyńskiego, jakiego polityk udzielił na początku lutego tygodnikowi „Do Rzeczy”, wzbudził ożywioną reakcję (wyrażaną w dodatku poprzez kąśliwe uwagi) w polskim społeczeństwie. Wywiad wywołał rezonans także wśród Ukraińców - którzy dostrzegli w wywiadzie jedynie „swój” wątek, ignorując to, co zainteresowało krytyków polskich. Prezes PiS zadeklarował bowiem m.in., że Ukraina nie wejdzie do Europy z Banderą. Stwierdzenie to można by skrytykować w sposób rzeczowy i inteligentny, odwołując się chociażby do sporu, jaki rząd PiS prowadzi z instytucjami unijnymi. Można by także zadać kluczowe pytanie: o jaką konkretnie Europę chodzi? W krajach UE nacjonaliści zdobywają bowiem coraz silniejszą pozycję.

Niestety, ktoś postanowił zareagować w sposób tylko pozornie błyskotliwy. W ukraińskim Internecie zamieszczono fotografię podpisaną „Hitler na pogrzebie najlepszego przyjaciela – Piłsudskiego”. Warto zaznaczyć, że Hitler na pogrzebie marszałka był nieobecny - zdjęcie zrobiono podczas mszy żałobnej w berlińskim kościele. Kurtuazyjne gesty III Rzeszy pod adresem Polski pojawiały się na początku rządów nazistów i były PR-owym zabiegiem, mającym na celu złagodzenie obrazu „dzikiego Hitlera” oraz uspokojenie polityków europejskich. Współczesną analogią jest trwający do 2014 r. okres „odprężenia” w relacjach UE z „normalnym demokratą” Putinem. Można tu przywołać także niedawną gwałtowną zmianę retoryki dokonaną przez Aleksandra Dugina - jeszcze do niedawna określał on Polskę jako pozbawioną racji bytu, dziś wygłasza formułki mające zdobyć przychylność Polaków.

Koniec lat 30. to już okres brutalnej presji wywieranej na Polskę, która w końcu stała się pierwszą ofiarą hitlerowskiej agresji. Wojna z hitlerowskim reżimem zabrała życie milionów żołnierzy i cywili. Zresztą, Piłsudski jeszcze w roku 1934 sugerował Brytyjczykom i Francuzom przeprowadzenie „wojny prewencyjnej” mającej na celu obalenie młodego nazistowskiego reżimu. W świetle tych powszechnie znanych faktów „intelektualna prowokacja” na temat Hitlera i Piłsudskiego brzmi haniebnie i stanowi kolejną miarkę oliwy, niepotrzebnie dolewanej do ognia. Po co eskalować konflikt? Po to, by zabłysnąć jako „mistrz ciętej riposty”?

Niezbyt rozsądny „mem” na szczęście nie był jedyną reakcją na głośny wywiad. Prześledźmy zatem główne tendencje przejawiające się w ukraińskich debatach na temat współczesnych relacji z Polską. Wypowiedź Kaczyńskiego została odebrana jako kolejny etap wywierania presji przez Polskę na Ukrainę. Ów nacisk dokonuje się przede wszystkim w sferze polityki historycznej. Wielu Ukraińców – a na pewno przedstawiciele wpływowych mediów – oceniają działania RP w tym zakresie jako sposób realizacji polityki zagranicznej. A zatem Polacy tak chętnie podejmują tematy sprzed 70 lat, bo w ten sposób załatwiają swoje interesy względem Ukrainy – przekonują zwolennicy takiego podejścia. To, że Polacy w ciągu ostatnich lat tak mocno zainteresowali się ukraińskim nacjonalizmem ma dowodzić ich immanentnej cechy: niemożności uznania Ukraińców za suwerenny i samodzielny naród. Ich podatność na rosyjską propagandę, spekulującą obrazami banderowskiego zagrożenia, ma jedynie potwierdzać ten sąd. Skoro Polacy tak chętnie odwołują się do historii, to Ukraińcy też powinni do niej sięgnąć, by przekonać się, że zachodni sąsiedzi zawsze łamali dane słowo i wykorzystywali wewnętrzne problemy Ukrainy, by osiągnąć jej kosztem korzyść. Taką argumentację można przeczytać na łamach największych ukraińskich tygodników oraz na blogach wpływowych komentatorów życia politycznego. 

Za tymi tezami idą kolejne. Ukraińcy z kolei muszą wreszcie zrobić porządek we własnym domu. Ukraina musi stać się państwem w pełni suwerennym i niezależnym, gdzie gospodarzem będzie zamieszkujący ją naród, a nie wąskie grupy oligarchów o złożonej tożsamości politycznej i narodowej. Kraje Europy Zachodniej stały się bogate i potężne, bo są państwami narodowymi. Polsce też się udało, bo jest rządzona przez Polaków i dla Polaków. W istocie to Polska jest państwem nacjonalistycznym, bo posiada jeden język, jedną wiarę i powszechnie uznawany katalog bohaterów i symboli tożsamościowych. Z Polską kłócimy się, ale naprawdę stanowi ona dla nas najlepszy wzorzec reform – w ten sposób rozumuje wielu Ukraińców. Z tego myślenia wynika wniosek, że Ukraina państwem nacjonalistycznym nie jest. Bandera albo Mazepa nie są bohaterami wszystkich Ukraińców – ale Piłsudski i Kościuszko są jednoznacznie akceptowani przez ogół Polaków. I dlatego Ukraińców oburzają deklaracje w stylu „z Banderą do Europy nie wejdziecie!”. Krytyka działaczy nacjonalistycznych nie jest odbierana jako ocena faktycznych ich życiorysów, ale jako niszczenie symboli umożliwiających zaistnienie prawdziwie wolnej Ukrainy. Krytyka Bandery, OUN i UPA na Ukraińcach nie robi wrażenia – bo oni przyzwyczaili się do tego, by traktować ją wyłącznie jako slogany sowieckiej/rosyjskiej propagandy.

W takim duchu utrzymany jest artykuł Jurija Makarowa „Ale są jej granice”, opublikowany w prestiżowym magazynie „Tyżdeń”. Dziennikarz przedstawia wypowiedź Kaczyńskiego jako kolejne ogniwo w łańcuchu lekceważących postaw przejawianych przez Zachód. Niechęć USA wobec powstania niepodległej Ukrainy, zmuszenie Kijowa do rezygnacji z broni jądrowej, czcze obiecanki za którymi szło dalsze spychanie Ukrainy do statusu pariasa Europy, absolutna bierność podczas tragicznych dni na Majdanie i w obliczu rosyjskiej agresji – wszystkie te wydarzenia sprawiły, że kielich goryczy Ukraińców już dawno został przelany i ostre deklaracje polskich polityków nie robią już na nich wrażenia.

Mimo to, przekonuje Makarow, takim tendencjom należy się przeciwstawiać. Zachód, Europa i Polska muszą zrozumieć, że Ukraińcy cierpią za to, by inni mogli spokojnie spać w swoich zamożnych krajach. Polska nie ma mandatu na to, by moralizować i pouczać Ukrainę. Sama bowiem czci osoby posiadające w swoich biografiach czarne karty, milczy na temat win uczynionych Ukraińcom. Nie wiadomo tylko, czy użyte przez niego słowo „ludobójstwo” zostało potraktowane jako prowokacja (oskarżanie Ukraińców o ludobójstwo zdeprecjonowało ten termin i obecnie można nim, jako pozbawionym znaczenia, swobodnie szermować) czy też faktycznie uważa, że Polacy takowego się na Ukraińcach dopuścili.

Artykuł Makarowa wpisuje się w tendencję mocno zauważalną w Ukrainie, a wynikającą z poczucia opuszczenia i osamotnienia. W ciągu trzech ostatnich lat kraj przyjął na siebie zbyt dużo zbyt brutalnych ciosów i nie otrzymał adekwatnej pomocy. Porzucona ofiara zaczyna pielęgnować w sobie przekonanie o moralnej wyższości względem biernego otoczenia. W ukraińskim Internecie od dłuższego chętnie przypomina się napisany jeszcze w latach międzywojennych wiersz Ołeksandra Ołesia „Europa milczała”. Mesjanistyczne nastroje, typowe dla Polski podczas rozbiorów oraz w epoce pojałtańskiej, w Ukrainie rozkwitają z wyjątkową siłą.

Makarow przytomnie zauważa, że Kaczyński to nie cała Polska. Jest jeszcze „Polska Jana Pawła II, Wajdy i Michnika”. Jest jeszcze Polska Lecha Kaczyńskiego – rodzonego brata Jarosława! Tragicznie zmarły prezydent do tej pory cieszy się kultem w znacznej części ukraińskiego społeczeństwa. Jest uznawany za symbol sojuszu narodów Europy Środkowo-Wschodniej przeciw Kremlowi. Teza o rosyjskim zamachu w Smoleńsku jest w Ukrainie popularna. Lech Kaczyński był, jako pozytywny symbol, przeciwstawiany uznawanej w pierwszej fazie rządów za prorosyjską władzy PO. I nawet dziś Lech Kaczyński jest przedstawiany jako antyteza obecnych rządów PiS – czyli partii jego samego oraz jego rodzonego brata!

Ukraina posiada spore grono wybitnych fachowców do spraw polskich, ale na poziomie ogólnym debata dotycząca Polski odbywa się w oparciu o rażące uproszczenia, wyolbrzymienia i stereotypy. Komentarze na temat Polski najczęściej nie uwzględniają tego, co przez samych Polaków uznawane jest za podstawowe fakty. I tutaj należy szukać przyczyn oburzenia Ukraińców na sygnały dobiegające z Polski. Opinia publiczna Ukrainy często nie zna kontekstu owych doniesień, a tym bardziej nie rozumie przyczyn owych wydarzeń. Makarow w swoim tekście narzeka między innymi na to, że w Polsce nie oddaje się hołdu niepolskim ofiarom historycznych zbrodni. Osoba zorientowana w temacie doskonale wie, że to nieprawda. Można tu przypomnieć choćby przyjętą jeszcze w 1990 r. uchwałę Senatu potępiającą akcję „Wisła”, zaznaczyć pojednawczy format dotychczasowych uroczystości polsko-ukraińskich, a przede wszystkim samokrytyczną narrację na temat historii, jaka dominowała w mainstreamowych podręcznikach, publikacjach i prasie, czy wreszcie niechęć kolejnych rządów do angażowania się w kult pamięci ofiar Wołynia. Oczywiście, Ukraińcy w tym miejscu zaczną przypominać kolejne skandale wokół rocznic Wołynia, blokady rowerowego rajdu imienia Bandery itp. Ale to, co z ich punktu widzenia wyglądało jak polska pycha oraz wtrącanie się w sprawy Ukrainy, dla polskich kresowian było dowodem na to, że polska władza i polskie elity robiły i tak za mało. Koła rządzące były oceniane jako uległe wobec Ukrainy, ignorujące obowiązek pamięci o wołyńskich ofiarach; zarzucano im, że nie nazywają rzeczy po imieniu, że podejmują pozorne kroki, za którymi nie idzie „właściwa” polityka wobec Kijowa. Obecne zainteresowanie opinii publicznej Wołyniem jest efektem tego, że to wydarzenie w wolnej Polsce nigdy nie było czołowym w polityce pamięci. Katyń i Powstanie Warszawskie z jednej strony, Jedwabne i współudział Polaków w Holokauście – to były główne zagadnienia w debatach o historii. Reakcją na ten stan była postawa będąca połączeniem konsekwencji autentycznej traumy oraz umiejętnych manipulacji. Owa postawa wyrażała się w haśle „dosyć bicia się w piersi – mamy własne nieopłakane ofiary!”. 

I tutaj dochodzimy do sedna. Makarow zasugerował, że Kaczyński bawi się w elektoralne gierki kosztem Ukrainy. Szkoda tylko, że dziennikarz nie dostrzegł rażącej przepaści między postawą prezesa wyrażoną w lutym 2017 r. a PR-ową zagrywką, jaką był wspólny przemarsz po rewolucyjnym Majdanie w grudniu 2013 r. – ramię w ramię z Ołehem Tiahnybokiem! PiS to partia prawicowa, odwołująca się do patriotyzmu, sięgająca po wojowniczą retorykę – ale równocześnie pozycjonująca się jako ideowi następcy byłego socjalisty Piłsudskiego. PiS był i jest partią konkurencyjną wobec faktycznych nacjonalistów – postendeków, reprezentowanych choćby przez Ruch Narodowy, współtworzący partię Kukiz’ 15. PiS chce zdominować scenę polityczną w Polsce – a już na pewno jej prawą część. Dlatego musi pilnować już zdobytych wyborców oraz przejmować nowych. Jak zrealizować ten cel?

PiS, oceniany nad Dnieprem jako ukrainożerczy, wciąż jest traktowany przez skrajną prawicę jako partia ukrainofilska. Jeszcze w trakcie kampanii prezydenckiej w 2015 r. rozpowszechniano plotkę, jakoby dziadek Andrzeja Dudy był dowódcą UPA. Jarosławowi Kaczyńskiemu do tej pory wypomina się marsz z Tiahnybokiem; jego brat jest traktowany jako symbol rzekomo skrajnie ugodowej i naiwnej polityki wschodniej. Postendecka prawica chętnie podejmuje takie wątki jak potencjalne zaangażowanie polskiej armii w pomoc Ukrainie, aktywność Wojska Polskiego w strukturach antyrosyjskiego NATO, współpracę pewnych polityków partii z ukraińskimi instytucjami, czy wreszcie liczne kredyty i pożyczki udzielane Ukrainie. Wśród skrajnej prawicy PiS nie ma dobrej prasy. Co zatem ma zrobić partia Kaczyńskiego? Musi udowodnić, że wcale nie jest taka proukraińska. Zmiana wizerunku jest odpowiedzią na ogólną radykalizację nastrojów.

Co z tego wyniknie? Ciężko powiedzieć, gdyż wolty obecnego polskiego rządu wciąż zaskakują.

Jednak zwrócenie uwagi na te okoliczności pozwala lepiej zrozumieć to, co dzieje się w samej Polsce oraz między Polską a Ukrainą. Okazuje się, że współpraca między naszymi państwami mimo wszystko trwa. A cóż dopiero powiedzieć o relacjach na poziomie organizacji pozarządowych, firm czy zwykłych obywateli! Okazuje się także, że kłótnie o historię mają inny, niewidoczny na pierwszy rzut oka, kontekst. O nim napisał w swoim tekście „Polska nie wierzy w przyszłość Ukrainy” Bohdan Jaremenko.

Autor wyraża opinię, że na szczeblu oficjalnym ochłodzenie w relacjach polsko-ukraińskich jest widoczne. Przykładem jest chociażby brak zainteresowania Forum Polska-Ukraina, jakie miało miejsce w styczniu br. w Rzeszowie ze strony polityków rządzącej partii PiS. Bardziej agresywna retoryka obecnej władzy także nie nastraja optymistycznie, a momentami jest po prostu obraźliwa. Ale nie chodzi tu tylko o sprawy pamięci i historii. Demonstracyjne dystansowanie się partii Kaczyńskiego od Ukrainy jest motywowane tak naprawdę tym, że Polska przestała wierzyć w Ukrainę. Paradoksalnie rozpętanie wojenki o Banderę jest łatwiejszym wycofaniem się z geopolitycznego impasu, niż publiczne ogłoszenie, iż Rzeczpospolita Polska nie widzi w Ukrainie państwa zasługującego na zaufanie i wsparcie. Zaznaczyć trzeba, że gdyby Polska faktycznie miała wycofać się z poparcia dla Ukrainy, czekałaby ją długa droga z powrotem do punktu wyjścia. Nasz kraj bowiem jak mało który zaangażował się w różne formy współpracy z Kijowem.

Dziennikarz jest świadomy tego, że zwątpienie Polski w Ukrainę oznaczałoby ciężki i bolesny cios dla Ukraińców. Niemniej Polacy mieliby ku temu swoje podstawy - sugeruje. Walka z korupcją, budowa efektywnego systemu administracji, nawet starania o odzyskanie Krymu i Donbasu – w każdym z tych aspektów Ukraina wygląda w sposób niewzbudzający zaufania Polaków – pisze Jaremenko. Zaufania nie wzbudza także klasa polityczna Ukrainy. Dziennikarz wyraża myśl, że wystarczy już powtarzania pustych, przestarzałych sloganów o „dawaniu szansy” i „konieczności wspierania” wciąż szykującego się do prawdziwych reform kraju. Wyrzekanie na niewdzięczność „milczących Europejczyków” niewiele da, ponieważ politykę międzynarodową uprawia się w sposób inny niż poprzez zwracanie uwagi na swoje cierpienia i nieszczęścia. Ukraińcy zrobili bardzo dużo, by zniechęcić do siebie Polaków – i to mimo tego, że ci wciąż widzą potencjał we współpracy ze wschodnim sąsiadem – czytamy w artykule.

Tutaj trzeba zaznaczyć, że od roku 1989 kolejne polskie rządy mocno zaangażowały się w pomoc dla Ukrainy, spotykając się z ostrą krytyką antyukraińskich stronnictw w kraju. Owa pomoc była zawsze motywowana tym, że należy wspomagać sąsiada w budowie stabilnego państwa. Poza tym, Polacy też kiedyś śnili sen o wolności i demokracji; teraz nasza kolej, by pomóc innym urzeczywistnić ten sen – przekonywano.

Entuzjastyczne poparcie Polaków dla Majdanu w roku 2004 było przełomem w stosunkach między oboma państwami i społeczeństwami. Drugi, tragiczny Majdan także ujawnił w polskim społeczeństwie zainteresowanie sprawami sąsiada oraz chęć bezinteresownej pomocy. Na tej bazie zbudowana została także platforma do dynamizacji rozwoju prowadzonej już wcześniej wieloaspektowej współpracy. Polacy nigdy wcześniej nie interesowali się Ukrainą tak bardzo, jak po roku 2014. Ale w mediach dominuje temat konfliktów, nieporozumień i stereotypów. Jeszcze dwa lata temu Jurij Andruchowycz zauważył, że równocześnie ze wzrostem sympatii wobec Ukrainy w polskim społeczeństwie uaktywniły się nastroje szowinistyczne. Poparcie dla pierwszego Majdanu było bezwarunkowe, teraz sytuacja ma swoje negatywne niuanse, dlatego Ukraińcy na chwilę obecną za swojego głównego europejskiego adwokata uważają Litwę – pisał Andruchowycz.

Teza o tym, że postawy Polaków wobec Ukrainy po drugim Majdanie różnią się na niekorzyść jest traktowana jak aksjomat. Skąd wzięła się intensyfikacja negatywnych opinii? Polacy zaangażowani w pomoc Ukrainie często spotykali się z następującym zarzutem: „jesteście głupi, pomagacie im, a oni jeszcze wam zaszkodzą”. Wzrost popularności w Ukrainie nacjonalistycznej symboliki był traktowany jako potwierdzenie tezy o „żmii hodowanej na własnej piersi”. Oczywiście jest to hasło stosowane przede wszystkim przez prorosyjskich agitatorów, którzy fałszują zarówno liczebną siłę ukraińskiego nacjonalizmu, jak i jego charakter. Niemniej, na część polskiego społeczeństwa ów obraz z pewnością zadziałał zniechęcająco. Uczciwie trzeba przyznać, że w ukraińskim społeczeństwie zauważalna jest tendencja do bezkrytycznego traktowania własnej historii. Tymczasem jednym z następstw pierwszego Majdanu miało być to, że Ukraińcy dojrzeją do porzucenia narodowych mitów oraz obiektywnego spojrzenia na dzieje własne oraz relacji z sąsiadami. Tak się nie stało – choć zaznaczyć trzeba, że dzisiaj, w warunkach wojny oraz propagandowych ataków, samokrytyczna rewizja narodowych mitów jest praktycznie niemożliwa. 

Pomoc (zwłaszcza materialna oraz organizowanie leczenia w państwowych szpitalach) okazana Ukrainie oznaczała dla organizujących ją osób i instytucji pewne wyrzeczenia oraz wysiłek. Niekiedy można odnieść wrażenie, że ów wysiłek nie jest dostrzegany przez ukraińskie media. Środowiska antyukraińskie w Polsce chętnie spekulują komunikatami dotyczącymi pieniędzy polskich podatników przekazywanymi w ramach pomocy Ukrainie oraz obrazem „banderowców” przyjmowanych do polskich szpitali zamiast pacjentów oczekujących w długich kolejkach. Natomiast kiedy ukraińskie media zamieszczają krytyczny komentarz dotyczący Polski, owa pomoc przestaje istnieć – liczą się tylko bulwersujące wypowiedzi polskich polityków oraz wybryki nacjonalistów. Polska uzyskuje wybitnie jednoznaczny, negatywny obraz. Prowokacje, takie jak niszczenie nagrobków na Podkarpaciu, odnoszą sukces, ponieważ nadaje się im medialny rozgłos, w dodatku oskarżając Polskę i Polaków jako takich o odpowiedzialność za antyukraińskie incydenty. Polska coraz częściej istnieje w ukraińskich mediach tylko w kontekście sytuacji przemocy i walki politycznej.

Jaremenko miał na myśli jednak przede wszystkim postawy samych polityków. Po co wspierać Ukrainę materialnie i dyplomatycznie, skoro sama tę pomoc marnuje? Nie możemy decydować za Ukraińców, co zrobią z otrzymanym wsparciem. Ukraina sama stwarza sobie problemy – tak zapewne myślą politycy w wizji ukraińskiego dziennikarza. Pierwszy Majdan miał sprawić, że Ukraina zrobi to, co zachodni sąsiedzi dokonali już w roku 1989. Nad Dnieprem dzięki szybkim reformom, napędzanym przez entuzjazm społeczeństwa oraz nowej klasy politycznej, miało powstać prawdziwie europejskie państwo. Tymczasem liderzy pomarańczowej rewolucji błyskawicznie pogrążyli Ukrainę w chaosie spowodowanym przez własne urażone ambicje. Koniec końców do władzy, w zupełnie demokratyczny sposób, doszli przedstawiciele wstecznego i prorosyjskiego obozu. Po kolejnym Majdanie, okupionym daniną krwi, do władzy ponownie doszli oligarchowie. Obecna władza nie cieszy się popularnością – ale kto mógłby być dla niej alternatywą? Niedoświadczeni politycy, siedzący na garnuszku konkurencyjnych oligarchów? Nieobliczalni i źle zorganizowani nacjonaliści? Reformy są przeprowadzane w sposób opieszały i nieskuteczny. Czy takie państwo może wzbudzić zaufanie partnerów z zagranicy? Jaremenko sugeruje, że nieufność i rozczarowanie sąsiadów Ukrainą to efekt błędów samych Ukraińców.

W komentarzu do omawianego artykułu Jurij Romanenko, redaktor naczelny portalu Chwyla, zauważył, że politycy państw zachodnich obecnie obchodzą się z Ukrainą jak Rzymianie z barbarzyńcami – angażują się w relacje z nimi jedynie wtedy, gdy mają z tego korzyść lub gdy chcą uniknąć kłopotów. Ukraińcy mają wyraźnie słabszą pozycję w kontaktach z Zachodem. Jednak komentarz Romanienki nie był kolejną skargą na ciężki los Ukraińców, ale zasugerowaniem, że pilnie należy zmienić tę sytuację. Obnoszenie się z poczuciem moralnej wyższości i wyrzekanie na niewdzięcznych Europejczyków nie poprawią sytuacji Ukrainy. Tak polityki się nie robi. Zadaniem Ukraińców jest przekonanie świata, że są wiarygodnym partnerem i że opłaca się ich popierać.

Jak będą wyglądać relacje polsko-ukraińskie? Czy Polska faktycznie przestała wierzyć w Ukrainę? Niewątpliwie nasz rząd w jakimś stopniu zaczął się dystansować od Kijowa, a powody takiego działania zostały przytoczone wyżej. Niemniej w sferze deklaracji i gestów wciąż podkreśla się te, które mają przekonać społeczeństwa obu krajów do tego, że strategiczne partnerstwo, zwłaszcza w sferze obronności i gospodarki, zostaje utrzymane. Niewątpliwie dialog będzie trudniejszy niż w ostatnich latach, a to za sprawą negatywnych obrazów, dominujących w medialnym przekazie. Rozmowa oparta na tezach „Bez nas do Europy nie wejdziecie, to wam zależy na nas, więc musicie dostosować się do naszych oczekiwań” (wersja polska) oraz „My bronimy was i całej Europy – to my mamy prawo stawiać żądania” (wersja ukraińska) nie jest dialogiem.  Tekst Jaremenki uświadamia, że Ukraińcy powinni się zastanowić, co zrobić by ich kraj przestał funkcjonować w mediach polskich jako państwo niestabilne. Nieskuteczność reform szkodzi Ukraińcom nie tylko w kontekście ich codziennego życia, ale także marginalizuje ich kraj w Europie. Warto także uświadomić sobie, że informowanie o wydarzeniach w Polsce jedynie w kontekście niepokojących wydarzeń jedynie nakręca napięcie. Ono nie jest potrzebne ani Polakom, ani samym Ukraińcom. Nikt nie każe Ukrainie akceptować wszystkiego, co dzieje się w Polsce. Ale trzeba rozumieć podłoże i dynamikę wydarzeń nad Wisłą – oburzanie się na złych Polaków nie rozwiąże powstałych problemów. Z kolei Polacy powinni określić, gdzie przebiega granica między polityką historyczną a polityką zagraniczną, a także między pamięcią a resentymentami. Warto także zastanowić się nad tym, czy zaspokajanie oczekiwań najgłośniejszej części elektoratu przyniesie korzyści większe od rezygnacji z potencjalnych zysków w skali międzynarodowej. 

Tymczasem na poziomie relacji społecznych widać, że Polacy wcale w Ukrainę nie zwątpili. Rosnące zainteresowanie ukraińską kulturą i językiem, chęć zawierania znajomości, kształtowanie opinii w oparciu o bezpośredni kontakt a nie medialne klisze, ożywiona współpraca naukowa – wszystkie te zjawiska przekładają się m.in. na to, że ostatni sondaż CBOS wykazał wzrost proukraińskich sympatii w polskim społeczeństwie i jednoczesny spadek postaw antyukraińskich. Te tendencje będą narastać, co cieszy. Tylko co zrobić, by pozytywne wieści zaczęły dominować w mediach oraz świadomości zbiorowej? Kontakt osobisty najskuteczniej niweluje siłę uprzedzeń oraz agitek rozpowszechnianych w ramach wojny informacyjnej. Oparta na nim współpraca stanowi prawdziwy kapitał społeczny, budujący relacje między naszymi państwami, któremu nie zaszkodzą zmiany politycznego klimatu. Zresztą, politycy – uzależnieni od woli suwerena – dostosowują przecież swoją retorykę do sympatii elektoratu. Media powinny informować o negatywnych wydarzeniach – ale nie po to, by nimi straszyć, lecz po to, by zrozumieć ich genezę i proces ich powstawania. Informacje o nich muszą być umieszczone także we właściwym kontekście. A nim jest rosnąca intensywność przyjaznych kontaktów oddolnych między naszymi narodami.   

 

 

Praca w Polsce