wtorek, 14 marzec 2017 11:45

Ukraina i Polska: Urazy z przeszłości czy przyszły sojusz?

Oświadczenie polskiego ambasadora Jana Piekło o tym, że Rosja stara się zniszczyć jego kraj wraz z Ukrainą, choć nie zabrzmiało jak grom z jasnego nieba, to jednak wywarło wystarczająco silne wrażenie. I wrażenie to staje się silniejsze, ponieważ w pamięci mamy jeszcze świeżą wypowiedź lidera większości parlamentarnej RP Jarosława Kaczyńskiego na temat tego, że Ukraina nie zostanie wpuszczona do Europy z kultem Stepana Bandery. Od tamtej pory minął tylko miesiąc, a jednak Warszawa już zapomniała o ultimatum i wyraża wyraźną sympatię do Ukrainy.

Bez wątpienia z ust i Kaczyńskiego, i Jana Piekło padły tylko słowa, o których polityk może zapomnieć już następnego dnia, a dyplomata — tydzień później. Ale i one pozwalają na to, by oceniać stan ukraińsko-polskich stosunków, które teraz są najważniejsze (dlaczego — o tym poniżej).

Ten problem, jak każdy inny, ma dwie strony: obiektywną i subiektywną. I w obiektywnym sensie trudno znaleźć na świecie dwa kraje tak zainteresowane związkiem między sobą, jak Ukraina i Polska.

Dlaczego Kijów tak rozpaczliwie potrzebuje sojuszników i dlaczego najbardziej prawdopodobny sojusznik to Polska jest jasne bez żadnych wyjaśnień. Ukraina stała się pierwszym celem rosyjskiej ekspansji, pierwsza przyjęła na siebie uderzenie, a w pojedynkę stanąć wobec takiego wroga jest bardzo trudno. Międzynarodowa polityka to rzecz bardzo cyniczna. Tak jak banki zgadzają się pożyczać pieniądze tylko tym, którzy mają je i bez tej pomocy, tak też światowe mocarstwa chcą pomagać tylko tym, którzy sami mogą o siebie zadbać. A także tym, którzy sami mogą znaleźć przyjaciół, ponieważ dyplomatyczna broń jest nie mniej ważna, niż broń na polu walki. Polska jest "adwokatem Ukrainy" od kiedy ten stan był o wiele bezpieczniejszy niż teraz. To prawda, że pożytku z niego było więcej, ponieważ ówczesny międzynarodowy prestiż Polski znacznie przewyższał obecny.

Jednak i Polska jest w niewiele lepszej sytuacji. Po pierwsze, Ukraińcy względem Polaków znajdują się teraz mniej więcej w takiej pozycji, jak Żydzi względem Ormian w starym kawale: "Z nimi skończą, za was się wezmą". Zakładając najgorszy dla Ukrainy scenariusz obecnych wydarzeń (spluwam przez lewe ramię i pukam w niemalowane), to rosyjskie wojska wejdą na polską granicę, tak jak na węgierską, słowacką i rumuńską. Mało kto chce mieć takiego ambitnego, agresywnego i po zęby uzbrojonego sąsiada. Tym bardziej, że apetyt agresora zawsze rośnie w miarę jedzenia.

Ponadto Warszawa ma teraz niewielu przyjaciół. Nie warto zapominać o ostrej krytyce, której Obama poddał Andrzeja Dudę w lipcu ubiegłego roku. Mówiono wtedy, przypomnijmy, o polskim prawie, które coraz bardziej oddala się od europejskich standardów. "Przedstawiłem prezydentowi Dudzie nasze obawy co do konkretnych kroków podjętych przez władzę, a także impasu, panującego wokół Trybunału Konstytucyjnego. Wyjaśniłem, że bardzo szanujemy suwerenność Polski, że przyjmuję do wiadomości to, że parlament pracuje nad ustawą, która ma poprawić sytuację, ale to za mało", — cytują media słowa niedawna gospodarza Białego Domu.

Oczywiście, Polski nie można nazwać rogue state Europy. To nie Rosja ani Białoruś, choć do statusu Węgier kraj ten powoli się zbliża. W takiej sytuacji trudno jest znaleźć wsparcie ze strony struktur euroatlantyckich (niech Polska jest w NATO, ale realna polityka, jak już wspomniano, to rzecz zdradliwa). Tymczasem Rosja coraz poważniej myśli o tych czasach, kiedy była imperium, a Polska — jej prowincją. Tu wsparcie jest bardzo istotne i Piekło zachowuje się więcej niż rozsądnie, wyciągając rękę w stronę Kijowa.

Ale to wszystko to obiektywna strona kwestii. O subiektywnej też nie należy zapominać.

Spójrzmy prawdzie w oczy: między ukraińskim a polskim narodem przelało się sporo krwi i tak po prostu nie uda się o tym zapomnieć. Chodzi nie tylko o Stepana Banderę, o którym w porę czy nie w porę przypomniał sobie miesiąc temu Kaczyński. Ta krew lała się przez ponad cztery stulecia, począwszy co najmniej od powstania Krzysztofa Kosińskiego (1591-1593). I tutaj obie strony nie są bez grzechu. Przecież i w 1654 roku Ukraina rzuciła się w ramiona Moskwy właśnie w poszukiwaniu wybawienia od RP — inna sprawa, że lekarstwo okazało się gorsze od samej choroby.

To prawda, że te dwa kraje wykazują odmienne podejście. Ukraina, choć wspomina swoich bohaterów walki o niepodległość (a kiedy i gdzie taka walka odbywała się bez przelewania krwi?), patrzy jednak w przyszłość, w której widzi siebie jako cywilizowany europejski kraj. Zachowawcze kierownictwo Polski w znacznym stopniu jest zaniepokojone przeszłością i dla niego szczególnie ważne jest to, aby domagać się od Kijowa pokuty za Banderę. O roszczeniach terytorialnych jeśli wspomina się, to tylko dla pozorów: zarówno Polacy, jak i Ukraińcy rozumieją, że na przekształcanie granic w Europie mało kto pozwoli. Nic dziwnego, że Rosja, anektując Krym, de facto ustawiła się poza europejskim systemem.

Zresztą, sądząc po ostatnich wydarzeniach, Warszawa widzi, że teraz, delikatnie mówiąc, nie jest zbyt dobry czas na to, aby licytować się ze starymi urazami. Również Jan Piekło podkreślił, że dwa wschodnioeuropejskie kraje "w żadnym wypadku nie powinny się kłócić". Wręcz przeciwnie, trzeba się nauczyć działać jednocześnie — i, być może, razem walczyć.

W końcu Francuzów i Niemców przelana krew dzieli wcale nie mniej, niż Ukraińców i Polaków. Jednak w dzisiejszych czasach te narody nie tylko dogadują się między sobą, ale i w razie potrzeby łączą swoje wysiłki.


Ilja Fedosiejew, Glavred.info

 

Praca w Polsce