czwartek, 16 marzec 2017 07:16

Alternatywne rzeczywistości

Współczesne społeczeństwo poznaje rzeczywistość za pomocą środków masowej informacji. Jest to truizm nad którym, wydawałoby się, warto przejść do porządku dziennego. Niby nie warto zawracać sobie głowy teoretycznymi rozważaniami na temat natury informacji. Okazuje się jednak, że taka refleksja jest niezbędna ze względu na intensyfikację wykorzystywania mediów w propagandowej wojnie, która towarzyszy prowadzonej przez Rosję wielkiej geopolitycznej grze. Ale otwarta manipulacja i dezinformacja to nie jedyne patologie procesu społecznej komunikacji. Propagandziści wykorzystują zjawisko, które MacLuhan opisał ponad pół wieku temu. Media, czyli przekaźnik informacji, same stały się treścią. Media trawią same siebie. Ludzie i społeczeństwa wybierają odpowiednie postawy polityczne i światopoglądowe, gdyż reagują na komentarze wygłoszone na temat nie faktów, ale sposobu ich przedstawiania.

Media zjadają zatem własny ogon, komentując wytwarzane przez siebie treści. To, co nie istnieje w mediach, nie istnieje w świadomości społeczeństw. Logiczne, że jednym z czynników wpływających na to, co w mediach się pojawia, jest to, w jakim kraju dany serwis informacyjny funkcjonuje. To zjawisko może mieć negatywny wpływ na kreowanie stosunków międzynarodowych. Dwa narody, dwa społeczeństwa uzyskują wzajemny obraz na podstawie nieprzystających do siebie komunikatów.

Sztandarowym przykładem są relacje polsko-ukraińskie. Wzajemne zainteresowanie sprawami sąsiadów oraz stosunkami w które są zaangażowani przekłada się na ilość materiałów informacyjnych oraz ich popularność wśród komentujących je czytelników. Jednak i Polacy i Ukraińcy, którzy patrzą przez pryzmat swoich mediów na zagadnienie łączących je spraw i faktów, nie widzą takiego samego obrazu. Co innego serwują swoim odbiorcom media polskie, co innego – dziennikarze ukraińscy. Oczywiście w obu krajach istnieją media o wyższej lub niższej wartości merytorycznej, reprezentujące różne stanowiska polityczne i rozmaite oceny wzajemnych relacji. Niemniej w obu krajach poruszając temat stosunków polsko-ukraińskich mówi się albo o różnych rzeczach, albo nadaje tym samym faktom zupełnie inne znaczenie. Niby mówimy o tym samym, ale myślimy o zupełnie różnych kwestiach.

Najbardziej zabawne (a raczej – tragikomiczne) jest to, że w przestrzeni medialnej Ukrainy najmocniej wybrzmiewają te newsy, które w świadomości Polaków w zasadzie nie istnieją – i vice versa. A konkretne treści medialne kształtują określone reakcje społeczeństw. Karta Polaka? Dla części ukraińskich publicystów Karta to ingerencja Polski w wewnętrzne sprawy Ukrainy oraz tworzenie pretekstu dla „obrony współobywateli”, czyli próba powtórzenia krymskiego scenariusza. Dla niektórych Polaków ów dokument to fikcja, która nie zachęca Polaków ze Wschodu do przyjazdu nad Wisłę, za to umożliwia ukraińskim nacjonalistom przeniknięcie na teren RP.

Ukraińcy emocjonowali się ekscesami prorosyjskich radykałów na znajdujących się w Polsce cmentarzach, gdzie pochowani są członkowie UPA. Oburzenie i motywowany obrazą gniew rozpalały dziennikarzy i czytelników do czerwoności. Tymczasem w Polsce o całej sprawie słyszały jedynie grupki osób „siedzących” w temacie relacji Polski ze wschodnimi sąsiadami. Ustawy dekomunizacyjne przyjęte na Ukrainie w roku 2014 zaistniały w tamtejszych mediach jako adekwatna, choć spóźniona, reakcja na zapóźnienia w polityce historycznej reformującego się państwa. W Polsce kwestia ta funkcjonuje jako problem zagrożenia wolności słowa i swobody badań naukowych – nowe prawo miało karać pozbawieniem wolności krytyków ukraińskiego nacjonalizmu. Ukraińcy przekonywali, że przecież ustawy nie przewidują kary więzienia za pisanie o negatywnych aspektach historii OUN i UPA. Wskazywali za to, że w polskim parlamencie zarejestrowano projekt ustawy, w której m.in. przewidywano odpowiedzialność karną za negację odpowiedzialności ukraińskich nacjonalistów za współudział w Holokauście. Temat ten jest żywo dyskutowany wśród intelektualistów. Kto w Polsce słyszał o tej sprawie? A kto w Ukrainie zdaje sobie sprawę z negatywnych reakcji Polaków na embargo nałożone kilka lat temu na import polskiej wieprzowiny? Jesienią 2015 czołowym tematem na lwowskich portalach była reakcja mera Andrija Sadowego na „rewizjonistyczny” plakat, przedstawiający współczesne granice Polski nałożone na kontury II RP. Temat w ogóle nie zaistniał w polskich mediach – w odróżnieniu od mema wygrzebanego wiosną 2016 r. na pewnym forum z przysłowiowego końca Internetu. Obrazek miał nawiązywać do meczu Polska-Ukraina podczas ubiegłorocznego Euro i był opatrzony hasłem „Do Rzezi Wołyńskiej zostały dwa tygodnie”. Część polskich internautów potraktowało obrazek właściwie jako oficjalne stanowisko Ukrainy. Nie trzeba dodawać, że większość Ukraińców o memie nie wiedziała nic – a już na pewno nie ci internauci, którzy masowo „zachęcali” swoich piłkarzy, by ci dali już sobie spokój i nie przemęczali zachwycających swoją grą Orłów Nawałki. 

Działająca na zasadzie sprzężenia zwrotnego ignorancja użytkowników polskich i ukraińskich mediów jest o tyle niebezpieczna, że może być wykorzystywana zgodnie z regułami mechanizmu nakręcania resentymentów. Chodzi o proces, efektem którego ma być przekonanie członków danej grupy (najczęściej narodu), iż są zagrożeni przez nieuzasadnioną agresję innej grupy. Mało tego, że druga strona przedstawiana jest jako jednoznacznie wroga. Owa wrogość przedstawiana jest jako coś bezpodstawnego, niesprowokowanego i niewytłumaczalnego. A zatem pochodzi ona z czystego pragnienia czynienia zła oraz z nienawiści. 

Przeciętny Polak żył w przekonaniu, iż między jego krajem a Ukrainą przynajmniej do roku 2014 nic szczególnego się nie działo. Nagle, z niezrozumiałych przyczyn, Ukraińcy zaczęli szermować hasłami i symbolami odwołującymi się do tych ludzi, którzy kilka dekad temu popełniali zbrodnie na Polakach. W mediach nagle zaroiło się od wiadomości z Ukrainy i były to wieści niepokojące. Agresywni ludzie zatrzymali autobus z naszymi obywatelami na pokładzie; na przejściu granicznym z wyjątkową brutalnością pobito polskich naukowców wracających do domu – w dodatku wyzwiska, którymi ich obrzucano podczas napaści, nawiązywały do Rzezi Wołyńskiej; gdzieś uszkodzono krzyż na polskim grobie, w jakimś muzeum albo książce podano informacje niezgodne z prawdą, za to kreujące negatywny wizerunek Polski. Ale najwięcej było prowokacyjnych deklaracji, które pokazywały, że Ukraińcy chcą konfliktu z Polską. Czym Polacy zasłużyli sobie na tę agresję? I czemu ktoś jeszcze każe nam pomagać Ukraińcom?

A jak to wyglądało po stronie ukraińskiej? Ukraińcy widzieli nas jako tych fajnych sąsiadów, miły kontrast wobec Rosjan. Cóż, czasem oburzali się na naszą, jak to ujmowano, zarozumiałość i poczucie wyższości; ktoś od czasu do czasu przypominał, że z Polakami w historii były problemy. Mimo tego, dominowały nastroje pozytywne, a Polskę wręcz idealizowano. Zaczął się Majdan, a potem wojna na wschodzie. Przerażeni Ukraińcy chętnie wychwytywali wszelkie wyrazy wsparcia, płynące ze świata. Takich sygnałów szczególnie dużo napływało z Polski. Ale już wtedy w powietrzu wisiało coś, co nie pozwalało na euforię taką, jaka zapanowała między Polakami a Ukraińcami podczas Majdanu w 2004 r. Inna sprawa, że w obliczu zagrożenia Ukraińcy zabiegali przede wszystkim o poparcie największych politycznych graczy Europy, a nie bezpośrednich sąsiadów.

Mieszkańcy Ukrainy, realizujący z gorączkowym (może nawet naiwnym) entuzjazmem swój sen o państwie, które nareszcie, z 25-letnim opóźnieniem, zaistnieje jako byt prawdziwie wolny i demokratyczny, byli mocno wyczuleni na to, jak na ich walkę patrzy świat. I byli mocno zdziwieni, gdy pod ich adresem w Polsce zaczęto wysuwać krytykę. A dotyczyła ona tego, co Ukraińcom wydawało się normalne i pozbawione jakichkolwiek kontrowersji – budowy tożsamości w oparciu o symbole pochodzące z epoki integralnego nacjonalizmu. Ukraińcy byli przekonani, że deklaracja o tym, iż odrzucają z tej tradycji to, co wiąże się z antydemokratycznymi, szowinistycznymi ideami i praktykami oraz uznanie OUN i UPA po prostu za symbole walki o wolność wystarczy do przekonania Zachodu, że nie należy obawiać się Ukrainy. Wizja nacjonalistycznego zagrożenia kojarzyła się Ukraińcom tylko z rosyjskimi agitkami, fabrykowanymi bez szacunku dla historycznych faktów w celu kompromitacji ukraińskiej niepodległości. W tym przekonaniu zabrakło świadomości tego, że dla ludzi pozostających poza wewnątrzukraińskimi oraz ukraińsko-rosyjskimi sporami o symbole i tożsamość retoryka odwołująca się do historycznego nacjonalizmu jest jątrzeniem ciągle żywej rany.

Ukraińcy, przeżywający równocześnie skrajne i intensywne emocje: patriotyczne wzmożenie, karnawał europejskości i nadziei na demokratyzację, żałobę po zabitych bliskich, lęk przed rosyjską inwazją byli zdziwieni i zdezorientowani polskimi reakcjami. „Czemu oni się nas czepiają? Nie widzą tego, co naprawdę ważne? Co się tak uwzięli na te pomniki i sztandary?” – pytano. Premiera filmu Wojtka Smarzowskiego i „wołyńska” uchwała dla większości Ukraińców były eskalacją niezrozumiałej i niesprowokowanej niczym „antyukraińskiej histerii” w Polsce. Skandal wokół Marszu Orląt w Przemyślu oraz mocno nagłaśniane w ukraińskiej prasie przypadki pobić mieszkających w Polsce Ukraińców są logiczną konsekwencją działań polityków – taką opinię bardzo często można napotkać w ukraińskich mediach i na forach internetowych. To, co na początku było odbierane jako dziwactwo i przejaw ignorancji Polaków zaczęło być traktowane jako element zorganizowanej polityki oraz postawa cechująca Polaków jako naród i państwo. Polacy szkodzą Ukrainie dla samej przyjemności, jak dają ksenofobiczne ekscesy; ich postawa została jednak ukształtowana w zupełnym oderwaniu od tego, co faktycznie dzieje się na Ukrainie i czym Ukraińcy żyją – takich komentarzy w ukraińskim Internecie jest coraz więcej.    

W kontekście tego chaosu poznawczego na uwagę zasługują rozsądne reakcje polskich i ukraińskich uczestników medialnej debaty (płynnie przechodzącej w spór) odnośnie profanacji cmentarza Polaków wymordowanych w Hucie Pieniackiej. Po obu stronach granicy dominowały głosy twierdzące, iż jest to prowokacja wykonana na zlecenie Kremla. Świadczyły o tym nie tylko dobór haseł, które zostały namalowane na pomniku (sprawcy namalowali takie symbole, które najsilniej mogą rozdrażnić uczucia Polaków – i które w takiej kombinacji raczej nie pojawiają się na spontanicznych nacjonalistycznych graffiti) oraz przede wszystkim błyskawiczna reakcja rosyjskich mediów. Moskiewskie serwisy informacyjne dosłownie w parę chwil po dokonaniu na zachodnioukraińskim pustkowiu dewastacji zaczęły intensywnie rozpowszechniać szczegóły dotyczące incydentu. Błyskawiczna reakcja rosyjskich mediów i ich wytężona praca w celu nadania incydentowi rozgłosu przypomniała stary kawał o Breżniewie. Sowiecki dyktator miał się uskarżać na problemy spowodowane przez strefy czasowe. Mianowicie, gdy zatelefonował do Watykanu, by złożyć wyrazy współczucia w związku z zamachem na papieża, zorientował się, że do zamachu jeszcze nie doszło... Do relacji dziennikarskich dołączono filmik nakręcony rzekomo przez sprawców (czytaj: ukraińskich nacjonalistów), opatrzony opisem w „języku ukraińskim” - ilość błędów popełnionych w krótkim opisie każe sugerować, że jego autor nie jest rodzimym użytkownikiem tego języka.

Oficjalne czynniki polskie, a przede wszystkim media postanowiły zaczekać ze zdecydowaną reakcją. Do tej pory nie wiadomo, kto i z jakich motywów ideologicznych dokonał profanacji. Ale od razu było oczywiste, że intencją sprawców było wywołanie skandalu oraz eskalacja napięcia między Polską a Ukrainą. Prowokacja nie zadziałała – a przynajmniej nie taką skalę, jakiej by sobie życzył jej pomysłodawca. Po polskiej stronie uznano, że sytuacja i tak jest zbyt napięta, by podejmować radykalne kroki oraz szermować hasłami nawołującymi do (pochopnej) zemsty. Ukraińcy założyli, że profanacja i tak jest dziełem Rosjan. Stąd wypłynął wniosek, aby uważać z reakcjami na te sygnały, które napływają z Polski i są odbierane na Ukrainie jako bulwersujące. Co więcej, Ukraińcy mogli poczuć się w skórze tych Polaków, którzy kilka miesięcy temu byli zmuszeni do udowadniania, iż dewastacje ukraińskich cmentarzy i pomników we wschodniej Polsce nie są ani oficjalną polityką Warszawy, ani wyrazem postawy polskiego społeczeństwa (a tak sprawę przedstawiali niektórzy ukraińscy komentatorzy). Jako ciekawostkę można podkreślić, że nawet zacięci krytycy Związku Ukraińców w Polsce docenili wyważony i rozważny ton komunikatu wydanego z tej okazji przez organizację.  Pomnik w Hucie Pieniackiej został odbudowany w błyskawicznym tempie przez Ukraińców. Gdyby chcieli się stawiać i nakręcać napięcie – o co są ciągle en masse oskarżani przez co bardziej krewkich internautów i publicystów - to mogliby powiedzieć, że przecież to Rosjanie go zniszczyli a Polacy powinni zająć się nagrobkami na swoim terytorium. Ale Ukraińcom zależało na tym, by pokazać się jako naród troszczący się o miejsca upamiętnienia śmierci niewinnych ludzi. Czy ten gest zostanie zignorowany tak jak hołd, złożony przez prezydenta Poroszenkę pod warszawskim pomnikiem ofiar UPA?

Niestety, postawa wyrażająca rozwagę i ostrożność nie ostudziła zapału tych środowisk, którym zależy na udaremnieniu polsko-ukraińskiego porozumienia. Pobicie ukraińskich studentów, do którego doszło pod koniec stycznia, znów uaktywniło antypolskie wypowiedzi na Ukrainie. Ich motywowanie jest bardzo łatwe, gdy zacznie się operować argumentami przedstawiającymi polskie społeczeństwo jako agresywnych antyukraińskich szowinistów. Poczucie niesprawiedliwości i zagrożenia są najbardziej wydajnym paliwem dla odwetowej retoryki. A jeszcze łatwiej uzasadnić ją przedstawiając wybór komentarzy zamieszczanych na polskich forach. Pobieżny przegląd forów pod artykułami dotyczącymi sprawy dostarczyć obszernego materiału mającego udowodnić tezę „Polak to wróg”. Pretekstem do pobicia Ukraińców stało się pytanie „Czyj jest Lwów?”. Niektórzy komentujący uznali, że ofiary poniosły zasłużoną karę za „błędną” odpowiedź. W ten sposób chuligańska zaczepka, niczym nie różniąca się od pytań w stylu „Za kim jesteś?” lub „Masz telefon?” nabrała znaczenia politycznego, a dresiarski napad urósł niemal do rangi obrony Lwowa przez Orlęta. 

Pojawiały się także komentarze wyrażające myśl, że Ukraińcy jedynie odebrali zasłużoną nauczkę za to, co ich rodacy robią Polakom mieszkającym na Ukrainie. Tylko o co dokładnie chodzi? Komentujący nie precyzują, o jakie przypadki przemocy, godne odwetu, im chodzi. Faktycznie, w ciągu kilku ostatnich lat doszło do kilku przypadków pobić Polaków przebywających za wschodnią granicą. Mała ilość incydentów pokazuje, że mają one charakter sporadyczny. Zdecydowana większość z nich nie miała podłoża narodowościowego. Zauważmy także, że temat pobić obywateli RP i niszczenia polskich symboli jest akurat tym, który wyjątkowo zgodnie nagłaśniały i media kresowe, i ukraińskie – o cenzurze zatem nie może być mowy. Tymczasem internauci rozprawiają o masowej, konsekwentnej i motywowanej etnicznie przemocy – i nie podają odniesienia do źródeł. Może dlatego, że takich zdarzeń po prostu nie ma? To z Wielkiej Brytanii oraz Irlandii, a ostatnio i innych krajów zachodnich, napływają wiadomości mówiące o wzroście motywowanej etnicznie antypolskiej przemocy i ksenofobii. Jednak dla niektórych internautów to ukraińska agresja jest godna uwagi – i nieważne, czy jest ona faktem, czy symulakrum. Niektórzy internauci zaznaczają nawet, że „Ukraińcy napadają nas tutaj, w Polsce”. I znów brakuje odwołania do konkretów. Jakiś czas temu rozmawiałem ze znajomym z Przemyśla. Wzrost napięcia w mieście tłumaczył on tym, że przemyślanie muszą jakoś odreagować to, że Ukraińcy zmuszają ich do czczenia Bandery. „Naprawdę, grupki przypakowanych Ukraińców chodzą po mieście, zaczepiają bezbronne osoby i każą im pokłonić się przed portretem Bandery?” – zapytałem się, szczerze zaskoczony. „Nie, oni po prostu sobie myślą, że on był OK. Ci Ukraińcy, których ja znam, są spoko; a zresztą sam nie wiem, o co chodzi” – „doprecyzował” znajomy i zaznaczył, że dowiedział się o wszystkim z drugiej ręki. Cóż, plotka okazuje się być zjawiskiem ponadczasowym.

Polacy i Ukraińcy coraz intensywniej zaczynają żyć faktami medialnymi. I co gorsza, media z obu krajów przedstawiają zupełnie różne katalogi owych „pseudofaktów” tudzież „postprawd”. Ciężko jest je prostować, bo nie chodzi tu nawet o rozbieżne narracje dotyczące tych samych wydarzeń, ale o alternatywne symulakry. Obie strony zaczynają czuć się zagrożone i zwierają szeregi. Czy to jest mądre rozwiązanie? Czy motywowanie agresji potrzebą pamięci o Wołyniu sprawi, że Ukraińcy krytycznie popatrzą na UPA? Raczej posłuchają Wachtanga Kipianiego, który w lutym ogłosił, iż Polska tak samo jak Rosja prowadzi politykę historyczną, celem której jest zniszczenie ukraińskiej tożsamości narodowej – zatem Ukraina musi się bronić. A więc wojna...? Szczęśliwie wypowiedź ta nie zaistniała w polskich mediach.   

Zauważmy, że antyukraińskie nastroje przenikają się z wizjami wielkiej Polski. Jeśli Polska ma liczyć się w regionie, musi oddziaływać swoim prestiżem. A Polska swój prestiż na Ukrainie zdobyła – jak chyba w żadnym innym kraju. I ten prestiż, polska „soft power” – która wzbudzała niechęć, odrazę (oraz kompleksy) ukraińskich nacjonalistów – właśnie przestają działać na Ukraińców. A zatem śniący o Polsce jako głównym graczu w regionie strzelają sobie w stopę. Ukraińcy z kolei unosząc się honorem i stawiając sprawę w sposób „to Polacy do nas nie dorośli” tylko pogarszają sprawę. Doprawdy, w ostatnich miesiącach ukraińskie media dostarczyły sporo materiału, który uwiarygadniał tezy kresowych portali o „niewdzięcznych i szowinistycznych” Ukraińcach. Emocje i frustracja stanowią wytłumaczenie, ale nie usprawiedliwienie. Skrajnie negatywny obraz Polski, rysowany przez niektórych komentatorów, przekreśla długoletnie starania tych Polaków, którzy angażowali się (i robią to dalej!) w rozwój porozumienia polsko-ukraińskiego. Znaczna część ukraińskich odbiorców dostrzega teraz tylko „złych” Polaków. Oczywiście wrogom współpracy Polski z Ukrainą taka stygmatyzacja jest na rękę, bo daje rację bytu ich tezom.   

Na koniec uwaga: powyższy tekst dotyczył rzeczywistości medialnej, telewizyjnych i prasowych materiałów, komentarzy anonimowych internautów oraz znanych „gadających głów”. Choć, trzeba zaznaczyć, że mimo wszystko nie brakuje dziennikarzy oraz komentatorów zainteresowanych deeskalacją napięcia; inna sprawa – czemu są gorzej „klikalni”? Kryzys polsko-ukraiński sam w sobie jest faktem medialnym. Życie idzie w swoim rytmie, tak jak dawniej. I wygląda o wiele piękniej niż pokazują to media. 

Michał Urban

 

Praca w Polsce