środa, 05 kwiecień 2017 13:51

Narodowe sympatie

Polacy często wyrażają przekonanie, że ich jedynymi przyjaciółmi są Węgrzy. Nierzadko można wręcz usłyszeć, że Polacy i Węgrzy kumplują się. To słowo oznacza wysoki stopień zażyłości oraz nadzwyczajną intensywność kontaktów. Przekonanie o polsko-węgierskiej przyjaźni niewątpliwie posiada bardzo mocne podstawy historyczne. Można tu wymienić takie przykłady współpracy jak: wspólna walka powstańców z obu krajów w roku 1848, pomoc udzielana przez Węgrów polskim uchodźcom w czasie II wojny światowej, wzajemnie udzielane wsparcie jesienią 1956 r.

Jednak w polskiej świadomości prawie nie istnieją takie fakty, jak polsko-węgierska rywalizacja o Ruś Halicką, zaangażowanie węgierskiego Siedmiogrodu w traktat z Radnot - pierwszą próbę rozbioru Rzeczypospolitej, madziaryzacja polskich mieszkańców Spiszu i Orawy w XIX w., spór o Morskie Oko. Sojusz Węgier z III Rzeszą także traktowany jest z wyrozumiałością. W kontekście krwawej historii oraz resentymentów, które cechują relacje polski z sąsiadami, Węgrzy w istocie jawią się jako ci, którzy w znikomym stopniu zaszkodzili Polsce - a najczęściej jej pomagali. Stąd utożsamienie Węgrów z przyjaciółmi Polski. Tylko, że są to przyjaciele mieszkający ciut dalej niż najbliżsi sąsiedzi, mówiący niezrozumiałym językiem. I co tak naprawdę, poza pozytywnymi acz powierzchownymi opiniami, wiemy o Węgrach?

Węgrzy w polskiej wyobraźni narodowej nie istnieją po prostu jako konkretny byt z właściwymi sobie faktycznymi uwarunkowaniami, ale mają do wypełnienia ważną rolę. Otóż w świecie, który składa się z obcych (z którymi uwikłani jesteśmy w spory wynikające z historycznych traum) potrzebny jest przyjaciel. Ktoś, kto jest wystarczająco blisko w nieprzyjaznym świecie, lecz stanowi kontrast dla wrogiego otoczenia. I w naszej sytuacji to Węgrzy nadają się dla wypełnienia takiej roli. Nie doświadczyliśmy z ich strony ciosów na miarę (dokonanych) rozbiorów, okupacji, eksterminacji choćby części narodu. Brakuje między nami poważnych sporów terytorialnych (któżby kłócił się o urokliwe, acz prowincjonalne wsie w okolicy Trzech Koron?). Brak traum sprzyja idealizowaniu chwalebnych momentów z historii.

Polacy nie są tu wcale wyjątkiem. Ukraińcy też mają swoich „wymyślonych przyjaciół”: Litwinów. Litwini tak samo jak Ukraińcy są rozdarci między Wschodem a Zachodem. I Zachód też oznacza dla nich nie tylko idealizowaną UE, ale również „problematyczną” Polskę. Litwini też byli w Związku Sowieckim, i też walczyli o wolność – ale osiągnęli o wiele lepszy rezultat niż Ukraińcy. Litwini nie graniczą z Ukrainą, więc między nimi nie istnieją spory graniczne (tak jak między Polakami a Węgrami). Brak wspólnej granicy jednak oddala od siebie oba narody (tak jak Polaków i Węgrów). Tak samo jak Polacy i Węgrzy, Ukraińcy i Litwini wzajemnie nie rozumieją swoich języków. I tak samo jak Polacy przebaczyli Węgrom grzeszki z historii, tak samo Ukraińcy przebaczyli Litwinom podbój ruskich księstw, dokonany przez nich w XIV w.

Ale takich paradoksów na „mapie sympatii” Europy Środkowo-Wschodniej jest więcej. 

W ostatnim półroczu zauważalne jest rosnące zainteresowanie Polaków Białorusią. Mówimy tu nie tylko o tradycyjnej sympatii żywionej wobec przedstawicieli antyreżimowej opozycji. Od jakiegoś czasu można obserwować, jak zmienia się dyskurs opisujący rządy Aleksandra Łukaszenki. „Białoruskość” do niedawna była synonimem zacofanego, autorytarnego systemu niszczącego obywatelskie swobody. Dziś coraz częściej prezydent Białorusi przedstawiany jest nie jako ostatni dyktator Europy, lecz jako ostatni lider umiejący obronić suwerenność kraju i ludu, nad którymi przyszło mu pełnić ojcowską opiekę.

Oczywiście, sympatia do danego kraju musi posiadać jakieś podstawy. A najstabilniejszą podstawą dla popierania danego kraju jest przekonanie o tym, iż nie stanowi on dla nas zagrożenia. I tutaj można by przypomnieć zakorzeniony w świadomości Polaków pogląd, iż Białoruś jest krajem absolutnie nieagresywnym, który nigdy nie wyrządził sąsiadom – Polsce przede wszystkim – nic złego. Tadeusz Konwicki pięknie wyraził ten pogląd, pisząc o Dobrorusi – kraju, który często padał ofiarą obcej ekspansji, sam jednak nigdy nie ponosił odpowiedzialności za podboje i odbieranie innym wolności. Pod tym względem wizerunek Białorusi jest o wiele korzystniejszy niż obecne w polskiej wyobraźni „kozacko-banderowski” obraz Ukrainy oraz wizja agresywnej, pogańskiej Litwy. Nieistotne, że sami Ukraińcy i Litwini też myślą o sobie właśnie jak o ofiarach ekspansji i podbojów, a nie jak o agresorach.

Brak historycznych resentymentów jest zatem ważnym czynnikiem, kształtującym sympatię Polaków do danego narodu. Innym czynikiem jest stosunek do polskiego dziedzictwa narodów, które utworzyły swoje państwa narodowe na dawnych Kresach Rzeczypospolitej. I znów Litwini i Ukraińcy jawią się jako ci, którzy przywłaszczają sobie cudzą spuściznę, by zatuszować własne kompleksy wywołane wieloletnim statusem narodu podporządkowanego. Niewątpliwie takie zarzuty w pewnym stopniu są usprawiedliwione – wystarczy choćby przywołać „ukrainizację” Ignacego Łukasiewicza czy nawet Stanisława Lema, osób zupełnie niezwiązanych z Ukrainą. Niemniej wielonarodowy charakter dawnych województw wschodnich, gdzie wybitne postaci aż do przełomu XIX i XX w. czuły się i Polakami, i Rusinami jednocześnie, a przy tej samej ulicy stały wspaniałe świątynie obrządku zachodniego i wschodniego, daje naszym sąsiadom pełne prawo odwoływać się do bogatej, nie dającej się zamknąć w etnocentrycznych szufladkach spuścizny tych ziem. Mimo to, przedstawianie np. lwowskiej Opery jako „ukraińskiego zabytku” wciąż wzbudza opór, a nawet oburzenie u wielu Polaków.

Dobrym przykładem takiego ujmowania spraw jest krążąca po Internecie mapa, prezentująca najwybitniejsze postaci reprezentujące dany naród Europy. Zdziwienie Polaków wywołuje to, że Białorusini za swojego czołowego geniusza uznają... Adama Mickiewicza. Atencja, jaką otaczany jest nad Niemnem nasz narodowy wieszcz, nie jest efektem zamiłowania do polskości, jak sądzą niektórzy w Polsce. Mickiewicz, który co prawda pisał po polsku, traktowany jest przez Białorusinów jako syn ziemi białoruskiej i piewca wspaniałości Litwy. A Litwa – a konkretnie ziemie dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego – to przede wszystkim terytorium obecnej Republiki Białoruś. W WKL dominował język staroruski oraz kultura dawnych Rusinów. W pamięci historycznej Białorusinów WKL oceniane jest nie jako prowincja Polski, lecz jako równoprawny człon ponadnarodowego mocarstwa – Rzeczypospolitej. Duma z Księstwa do niedawna była cechą typową dla przedstawicieli antyłukaszenkowskiej opozycji. Narracja o WKL była nie narracją propolską, lecz narodową. W ostatnich latach Łukaszenka, chcąc zerwać z wizerunkiem wasala Kremla, zaczął zwracać się ku niesowieckim, narodowym tradycjom jako podstawie polityki pamięci. Stąd eksponowanie tych wątków, które dla przeciętnego Polaka są związane wyłącznie z historią Polski. Dla samych Białorusinów historia i dziedzictwo WKL to spuścizna ich własnego narodu – bliska kulturze i historii Polski, ale jednak odrębna, należąca konkretnie do nich.

Od niedawna w białoruskim Grodnie realizowany jest ciekawy projekt. Pod urzędowymi tabliczkami z oficjalnymi nazwami ulic zamieszczane są tabliczki prezentujące ich historyczne nazwy. Wspaniała idea, pokazująca wielonarodowe i złożone dziedzictwo Grodna, w tym jego polski aspekt. Projekt ten (nie bez racji) przeciwstawiany jest wcześniejszemu pomysłowi z Wilna, w którym tabliczki z nazwami ulic zostały przetłumaczone na kilka języków – za wyjątkiem polskiego. W ten sposób w stolicy Litwy zepchnięto na margines język polskiej społeczności, niezmiernie ważnej dla historii miasta oraz obecnej w nim i dzisiaj – czy to w postaci historycznych wilniuków, czy to rzesz turystów z Polski, zainteresowanych w końcu uzyskaniem rzetelnej i zrozumiałej informacji. Projekt grodzieński z pewnością jest bardziej uczciwy, bo pokazuje całe bogactwo historii miasta i regionu. Tymczasem na niektórych polskich forach można przeczytać wpisy i komentarze „informujące”, że... Białorusini przywrócili w Grodnie polskie nazwy ulic. Piękna wizja, radująca polskie serca i budująca pozytywne nastawienie wobec wschodniego sąsiada jako „kumpla”– ale nie mająca wiele wspólnego ze stanem faktycznym.

Grodzieńska inicjatywa pokazuje, że historia była złożona, nie dająca się zamknąć w ramach etnocentrycznej narracji. Narody współtworzące przez wieki fenomen tego miasta powinny być dumne ze wspólnego dziedzictwa, a nie skupiać się na motywowanych wybujałą narodową dumą sporach. Nawet pomijając nadinterpretację części obserwatorów z Polski, grodzieńska inicjatywa, a także wszelkie przejawy białoruskiej troski o dziedzictwo dawnej Rzeczypospolitej wzbudzają pozytywne emocje. Dlaczego działania Litwinów oraz Ukraińców (na nich się skupmy) wywołują oburzenie i poczucie zagrożenia? To, co zastanawia,  to skłonność Polaków,  by patrzeć na Białorusinów przychylnym okiem,  wręcz idealizowanie ich. Nie chodzi tu o krytykę zjawiska pogłębiającego się ocieplenia stosunku Polaków do Białorusi. Każda współpraca motywowana dobrymi zamiarami zasługuje na pochwałę i zachętę do zaangażowania się w jej rozwój. Zresztą, w oparciu o własne doświadczenie mogę powiedzieć, że dumni ze swojej tożsamości Białorusini faktycznie mocno sympatyzują z Polską. Pytanie brzmi: czemu idea analogicznej współpracy polsko-ukraińskiej tak często wzbudza silny opór pewnych środowisk w Polsce? 

Analogiczne działania Ukraińców traktowane są często jako dowód na to, że jest to naród Polsce i Polakom nieprzyjazny. Tymczasem Ukraińcy robią po prostu to samo, co Białorusini i każdy inny naród - prowadzą swoją politykę historyczną. Niestety, ona prawie bez wyjątków jest zarzewiem nieporozumień i konfliktów. Strategia „Polacy nie mają monopolu na międzynarodowe dziedzictwo dawnych ziem wschodnich Rzeczypospolitej” nierzadko jest wykorzystywana jako pretekst do tego, by uwiarygodnić tezę o... ukraińskim monopolu na to dziedzictwo. Na temat polsko-ukraińskich sporów o historię i symbole powiedziano już, wydawałoby się, wszystko - ale bieżące wydarzenia zmuszają do ustawicznego komentowania spraw wynikających z oceny zdarzeń dawno minionych.

I znów przypominać trzeba o czymś, co w zasadzie jest truizmem. Relacje polsko-ukraińskie w przeszłości nie były jedynie wojnami – lecz przede wszystkim wiekami koegzystencji i syntezy. Tak samo obecne kontakty między naszymi narodami opierają się przede wszystkim na kontaktach biznesowych, kulturalnych i towarzyskich, na współpracy naukowej, na zwyczajnych znajomościach i przyjaźniach. Tylko, że zwykłe, codzienne sprawy nie „sprzedają się” w mediach. Zniszczony nagrobek albo pobity nastolatek gwarantują „klikalność”. A kogo interesuje to, że Polacy i Ukraińcy razem robią interesy albo wydają wspólnie książki – i to wychodzące poza temat zbrodni i krzywd?

Warto zastanowić się nad tym, ilu Polaków i Ukraińców wchodzi ze sobą w faktyczne interakcje, jaki jest ich charakter i przede wszystkim – jak częstotliwość tych międzyludzkich relacji wygląda na tle kontaktów z innymi narodami. Okaże się, że Polacy najczęściej „kumplują się” m.in. właśnie z Ukraińcami. Dzieje się tak bez względu na klimat polityczny, debaty dotyczące historii i symboli, treść najgłośniejszych medialnych newsów. 


Michał Urban

 

Praca w Polsce