wtorek, 11 kwiecień 2017 16:44

Z ukraińskiej perspektywy: „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego

Zombie thriller „na materiale historycznym”, czyli dlaczego Smarzowski nie jest nowym Wajdą.

Po obejrzeniu filmu „Wołyń” zaczyna się inaczej postrzegać takie historyczne bestsellery, jak „Lista Schindlera” lub „Szeregowiec Ryan”. Zaczyna się czuć, ile rzetelnej pracy stoi za ich utworzeniem i jak trudnym zdaniem jest wyrażenie szerokiego, trudnego tematu historycznego w masowym formacie.

Tymczasem „Wołyń” bardziej przypomina ukraińskiego „Przewodnika”.

I to już chyba objaw jakiejś bardziej ogólnej, wschodnioeuropejskiej sytuacji kinowej, kiedy w lokalnych „fabrykach snów” banalne brakuje ludzi i zasobów, by każdy robił tylko to, co umie najlepiej. Jednocześnie banalnie brakuje talentu i uniwersalnego wyczucia kinowego, obserwowanego na przykład wśród południowokoreańskich kinowców, którzy od thrillerów w stylu indie bez uszczerbku przechodzą na hollywoodzkie hity.

Wojciechowi Smarzowskiemu nie udało się przejść na nowy poziom bez uszczerbku.

Jego „Wołyń” to niezbyt żywa hybryda kilku różnorodnych zjawisk – typowych dla reżysera autorskich inkryminacji, gatunku trash horroru i ambicjonalnej „michałkowszczyzny”.

Można również spokojnie stwierdzić, co następuje: Wołyń to też niezbyt świeży i oryginalny (inaczej mówiąc, po prostu banalny) pogląd przeciętnego Polaka na temat „tragedii wołyńskiej”. Kolejny typowy polski film, jedna z wielu poprzednich kinowych opinii na temat „kwestii ukraińskiej”.

Obiektywnie o „Wołyniu” Smarzowskiego nie ma sensu pisać jakiegoś innego tekstu prócz krótkiego, aktualizującego dodatku do materiału portalu „Warianty”, zatytułowanego „Ukraiński trójząb na polskich ekranach kinowych”.

Subiektywnie o Wołyniu można napisać nieco szerszej. W końcu reżyser Wojciech Smarzowski jest dość zauważalnym zjawiskiem polskiego kina.

Kręcąc „Wołyń”, Smarzowski wyraźnie zamierzał przypieczętować swoją twórczą biografię jakimś epickim dziełem, które zapewniłoby mu luksusowe miejsce na najwyższym piętrze polskiego panteonu kinowego. Lepiej byłoby, gdyby tego nie zrobił, bo i w swojej niszy alternatywnej złej satyry na współczesność już wyglądał całkiem przyzwoicie. Jego poprzednie „Wesele” lub „Drogówka” to właśnie takie kino, którego nam dziś brakuje. Dowcipny, ostry obraz współczesnego małego człowieka, z komicznymi i smutnymi momentami, niepozbawiony absurdu i humanizmu.

Wszystko, co jest dobre w „Wołyniu”, to pozostałości charakterystycznego, starego, dobrego Smarzowskiego. Lakoniczna, prawie surowa maniera budowania scen, firmowy europejski realizm, wolna brutalność.

W nowej produkcji to wszystko jest jednak pozbawione samodzielnej ekspresji i zasadniczo zinstrumentalizowane, sprowadzone do poziomu nie tyle autorskiej wypowiedzi, co pomalowanych materiałów.

To by miało sens, gdyby Smarzowski zdołał opanować wybrany format i wydał gładki, całościowy, nieco rzemieślniczy, ale wysokiej jakości produkt kinowy, na przykład, w gatunku horroru. Dobrze pasowałby tu i autorski styl Smarzowskiego, i jego zamiar zaszokowania widza mięsną eksploatacją kontrowersyjnej tematyki historycznej.

Reżyser, świadomie lub nieświadomie, ruszył właśnie w tę stronę. Smarzowski, rzecz jasna, odczuwał opór trudnego, epickiego scenariusza, który nie chciał gładko wpasować się w reżyserskie tory twórcze. Być może potrzebna tu była wiejska prostota Mela Gibsona, a nie smutne wyrafinowanie i egzystencjalne skomplikowanie Wojciecha Smarzowskiego.

Dlatego Wołyń stale próbuje zjechać do łatwiejszego i bardziej zrozumiałego gatunku niezależnych horrorów, a pod koniec zjeżdża tam niemal w pełni.

To byłby wariant. Jeśli PRL-owska produkcja „Wilcze echa” z 1968 roku ujawnia „kwestię ukraińską” poprzez kanony westernu, przedstawiając polskich Ukraińców jako takich sobie Indian z Dzikiego Zachodu, to Smarzowski faktycznie próbuje ujawnić go poprzez kanony redneck horroru, w którym Ukraińcy są zombie wieśniakami. „Wołyń” z pewnością wchodzi na ten teren, wykorzystując szablony takich klasycznych produkcji tego gatunku, jak „Dzieci kukurydzy” lub „Uwolnienie” (1972 r.) – konfrontacji cywilizowanych mieszkańców i dzikich, brudnych wieśniaków, zatkanych pieczęcią głupoty i degradacji oraz pozbawionych człowieczeństwa.

Wszystko jest tu zgodne z kanonem.

Tylko główna bohaterka wie o zbliżaniu się strasznych wydarzeń, podczas gdy inni dla kontrastu muszą pełnić rolę naiwnych optymistów.

Dziwna sekta pali w lasach ognie i odczytuje zaklęcia, zaadresowane do Szatana.

Koszmarne wydarzenia zbliżają się stopniowo, ostrzegają przed nimi liczne „czarne wrony” – przypadkowo użyte nazwisko Bohdana Chmielnickiego (wszystko pozostaje w temacie), coraz częstsze szatańskie zebrania wokół ognia na Łysej Górze. Nawet Holokaust został w „Wołyniu” zinstrumentalizowany na potrzeby gatunku – morderstwa żydów też zostały wepchnięte do filmu tylko jako forma przejrzystej aluzji do nieszczęścia, które właśnie czeka głównych bohaterów.

Główni bohaterowie również są kanoniczni – cnotliwa, dobra blondynka Zosia i ładny, porządny Antek o prawie komsomolskim wyglądzie (co prawda, pojawia się on już w drugiej części filmu, ale jego strukturowa główna rola jest tutaj oczywista). I tak samo kanonicznie tylko ci sympatyczni, dobrzy ludzie w końcu dożywają do świtu.

Smarzowski mógł nakręcić niezły, klimatyczny indie horror w stylu eksperymentów Brytyjczyka Bena Wheatley’a lub niedawnego hitu „Czarownica”, w którym nawet główna bohaterka jest podobna do wołyńskiej Zosi. W tym celu należałoby jednak wybrać jakiś bardziej neutralny okres w historii Wołynia, powiedzmy, lata 20. ubiegłego wieku. Reżyser rzucił się jednak na odtworzenie jednej z najbardziej tragicznych stron w historii II wojny światowej.

Skrzętni widzowie mogą dokładnie policzyć, ile razy w trakcie filmu ukraińskie postacie są prezentowane jako bestie, a ile razy jako ludzie i ile razy to samo dotyczy polskich bohaterów, by zrozumieć, czy Smarzowski nie wyodrębnia Ukraińców.

Niezależnie jednak od takiej arytmetyki, wyodrębnianie jest wyraźnie widoczne już na poziomie doboru charakterystyk – Polacy z reguły są w filmie dobrze ubrani, wyglądają normalnie i po ludzku, Ukraińcy w większości mają charakterystyczne, zdegradowane twarze i wybałuszone oczy – nie są to twarze, a pyski. Polacy wiedzą, co to honor i odwaga, Ukraińcy natomiast przejawiają czysto zwierzęce reakcje – dążenie do przetrwania i dziką agresję. Reżyser niby starał się zrównoważyć negatywy i pozytywy, ale wszystkie pozytywne ukraińskie postacie stanowią wyjątek, a nie regułę, w przeciwieństwie do polskich.

Jest to polski film, nakręcony dla polskiej publiczności i nie ma podstaw, by żądać od niego jakiegoś szczególnego wyważenia i obiektywizmu (tym bardziej, że i na Ukrainie też są z tym problemy).

Gdyby to naprawdę był horror, można byłoby tylko się śmiać i spróbować czerpać przyjemność z wpisania się Ukraińców w prawa tego gatunku.

Smarzowski ma jednak znacznie większe ambicje, a to zrodziło niezbyt dobry film, z którego nie można się pośmiać.

Temat niezaprzeczalnie jest bowiem trudny – niełatwo o trudniejszy. Smarzowski zabrał się za niego, nie mając jakichś ważnych, wartych osobnego oświadczenia myśli, tylko niewyraźną kaszę osobistych emocji i rozpowszechnionych w Polsce stereotypów. W tym sensie jego partnerem w „epokowym historycznym płótnie” jest Rosjanin Nikita Michałkow.

Można odczuć, jak (przynajmniej na początku) poza horrorem Smarzowski próbował nakręcić również dobry, epicki dramat obyczajowy. Ach, te piękne muszkieterskie przysięgi przed Bogiem i czyny honoru, których brakuje w naszej nijakiej epoce! A te piękne paralele śmierci i narodzin! A te ślubne weseliska! Ten wysoki styl! Smarzowski to jednak nawet nie Michałkow, choć sukces „Róży” słodko zasugerował polskiemu reżyserowi coś przeciwstawnego.

„Wołyń” jest sprzedawany jako obiektywna, dialektyczna historia, która może uleczyć rany z przeszłości. Jednak to zupełnie nie tak.

Smarzowski powtarza w wywiadach, że jego film nie jest skierowany przeciwko Ukraińcom, a przeciwko wszelkim skrajnym formom nacjonalizmu i nienawiści.

Reżyser podkreśla, że „Wołyń” to „nie podręcznik historii, a moje spojrzenie na ówczesne wydarzenia” i wierzy, że „po obejrzeniu widz przytuli swoje dziecko i inaczej spojrzy na świat”.

W końcu produkcja „powstała po to, by pamiętać, a nie mścić”.

Czyli autor jednocześnie skrywa się pod „subiektywnością” swojej pozycji („to nie podręcznik do historii”) i stara się, by jakieś ważne, społecznie istotne wnioski dotarły do szerokiej publiczności (a to właśnie jest zadanie podręcznika).

Próby przedstawienia tematu jako materiału poświęconego „pamięci”, a nie „zemście”, jak już wspomniano, naprawdę są w filmie obecne. W historię wpleciono „wspólne” dzieci, „wspólne” rodziny, pojawiają się „równoważące” przykłady zachowania Ukraińców i Polaków. Problem w tym, że to wszystko nie bardzo działa na ogólnym tle profesjonalnie wykonanego zombie thrillera. Jest to postrzegane raczej jako wstawki służące „wymazaniu”, a nie jako główne przesłanie. Jakie w ogóle przesłanie może być zawarte w horrorze, prócz zdenerwowania ze strachu?

W ten sposób wszystko, co zrobił Smarzowski, by ponownie odkryć temat Wołynia, to napędzenie rodakom świeżego strachu i zdenerwowania.

Jak mówi sam reżyser, pochodzi z polskiego Podkarpacia i od małego uczono go o banderowcach. Jego zdaniem dzięki temu łatwiej było mu poruszać się w temacie. Wygląda jednak na to, że w rzeczywistości dzięki temu łatwiej było mu po prostu przekazać stare stereotypy.

W Polsce „Wołyń” jest postrzegany jako szeroko zakrojona, artystyczna rekonstrukcja tych wydarzeń, wybawienie zmarłych ofiar od zapomnienia. Jest to jednak tylko kolejne powtórzenie przeciętnego, współczesnego polskiego poglądu.

Ukraińcy „zarzucają temat rzezi na Kresach w szerszym kontekście – od czasów Symona Petlury aż do lat pięćdziesiątych. A nie można porównywać akcji »Wisła« z rzezią wołyńską!” – oburza się Smarzowski, brzmiąc przy tym jak każdy stary, polski, wąsaty wujek z sąsiedniej klatki.

Natomiast prawdziwi ludzie tego czasu, prawdziwe ofiary dalej tkwią w ciemności niewiedzy i pogardy. W końcu gatunek horroru i omszała „michałkowszczyzna” nie nadają się raczej do skutecznego uspokojenia i wyzwolenia martwych dusz i widm.

Zachęta, by nie powtarzać cudzych błędów – oto główny przekaz „Wołynia” dla ukraińskiego widza.

Andrij Bondarenko, varianty.lviv.ua

 

Praca w Polsce