środa, 10 maj 2017 08:48

Przekraczanie granicy z Polską: jak „łowi się” prostych Ukraińców (eksperyment)

Na weekend majowy pojechałam samochodem na Cracovia Maraton. Taki rodzaj transportu wybrałam wyłącznie z powodu motywacji „sam sobie panem”: jedziesz tam, gdzie chcesz, bez bycia uwiązanym do rozkładu jazdy pociągów czy autobusów. Jest to też wersja budżetowa – płaci się tylko za benzynę.

„Minusem” jest niepewność na granicy: po obu stronach stoją kilometrowe kolejki na obu pasach. Ci, którzy przestrzegają przepisów ruchu drogowego, stoją godzinami i czekają na swoją kolej. Okresowo do kolejki z różnych stron „wpychają się” inne samochody, co oczywiście wywołuje oburzenie u innych kierowców, wyrażające się trąbieniem i krzykami.

Przy tym istnieje trzeci pas ruchu, którym samochody przemykają to w jedną, to w drugą stronę. Na Ukrainę - ci, którzy przeszli granicę z polskiej strony, z Ukrainy - ci, którzy zuchwale przejeżdżą za pieniądze. Tak zwane „wymuszenia” na granicy nie są nowością, jednak ich rozmiary wychodzą poza skalę.

W celu przekroczenia granicy wybraliśmy przejście „Szeginie-Medyka” (obwód lwowski, rejon mościski), wcześniej upewniając się, że na tym przejściu granicznym kolejki są najmniejsza wśród wszystkich dostępnych korytarzy (120 samochodów według stanu na godzinę 8.00, przepustowość granicy - 80 samochodów na godzinę).

Kolejka w kierunku Polski była widoczna na długo przed urzędem celnym, a kiedy dołączyliśmy do kilometrowej kolumny, do naszego samochodu dosłownie wpadł „lokalny pośrednik”, który za 200 hrywien obiecał doprowadzić samochód maksymalnie blisko granicy. Nie zdążywszy zareagować na propozycję nieznajomego, przejechaliśmy 30 metrów i zatrzymaliśmy się tuż za jego autem.

Przy czym „przedsiębiorca” natychmiast poprosił o swoje wynagrodzenie i wrócił na koniec kolejki „łowić” takich samych naiwniaków, jak my, chcących jak najszybciej dostać się na polską ziemię. A tymczasem przed nami pozostawało 70 samochodów. Pieniądze musiałam oddać, oczywiście było to przykre.

Morał jest taki: chcesz zrobić wszystko szybko - jedź poboczem i przygotuj pieniądze za „przeskoczenie” kolejki. Przy tym, jak się okazało, istnieje nawet siatka taryf: 200, 500 i 1000 hrywien (tysiąc należy zapłacić za miejsca w pierwszym rzędzie). Przy tym ani jednego znaku, ani jednej instrukcji czy wyjaśnień. Szczerze żal mi cudzoziemców, którzy nie są na bieżąco ze wszystkimi tymi „wilczymi” przepisami.

Oczywiście strażnicy absolutnie nie wpływają na sytuację. W czasie, kiedy „wybrane” samochody przejeżdżają bez kolejki, wszyscy stoją w kilometrowych kolejkach.

Można odnieść wrażenie, że nie jest to granica dwóch państw europejskich. Po ukraińskiej stronie do tej pory w modzie są talony z lat dziewięćdziesiątych, arogancka kontrola bez „dzień dobry i do widzenia” i w dosłownym sensie „rewizja” rzeczy osobistych. Polacy pod tym względem są trochę bardziej zdyscyplinowani.

I jeśli trzy godziny spędzone na granicy można nadrobić w podróży, to straconych sił i nerwów nikt nam nie zwróci.


Oksana Łoj,  podrobnosti.ua

 

Praca w Polsce