piątek, 12 maj 2017 15:19

Zignorowane lekcje „Eurowizji”

Ukraina po raz drugi w swojej historii przyjmuje największy konkurs piosenki estradowej. 12 lat temu podczas kijowskiego debiutu „Eurowizji” z organizatorów śmiano się, używając wobec nich nieładnych słów z powodu ich słabości, ale wierzono, że następnym razem wszystko wyjdzie. W 2017 roku Kijów dostał szansę naprawienia błędów, których dopuścił się w przeszłości.
Głupot, zrobionych za czasów Juszczenki, Kijów nie powtórzył, za to wymyślił nowe bzdury. Najgłośniejszym skandalem z czasów pierwszej ukraińskiej „Eurowizji” stał się udział w turnieju zespołu GreenJolly, który trafił na główną scenę dzięki olbrzymiemu wsparciu ze strony ówczesnego humanitarnego wicepremiera Mykoły Tomenki. Zwycięstwo grupy w finale ogólnoukraińskiej selekcji do konkursu piosenki „Eurowizja 2005” Tomenko wyjaśniał, mówiąc, że piosenka tej grupy, zatytułowana „Razem jest nas wielu, nas się nie pokona” stała się prawdziwym hymnem pomarańczowej rewolucji. Zdaniem wicepremiera, ponieważ „Eurowizja” to przede wszystkim konkurs piosenek i krajów, jedyną, tego roku najbardziej konkurencyjną piosenką może być na konkursie hymn pomarańczowej rewolucji, na który czeka europejski widz. „Rzecz jasna można debatować na temat muzycznego poziomu samego zespołu, ale ta piosenka to niezaprzeczalnie hit Ukrainy 2005 roku”, – uważa wicepremier. Mykoła Tomenko był wówczas przekonany, że za pomocą znanych przedstawicieli ukraińskiego show biznesu piosenka GreenJolly zostanie „obramowana” w taki sposób, że będzie nie tylko konkurencyjna, ale też zdoła walczyć o miejsce na podium „Eurowizji”. Podsumowując, chłopcy zajęli z rewolucyjną piosenką zupełnie niehonorowe, dwudzieste miejsce, a Tomenko stał się w środowisku muzycznym pośmiewiskiem, i to nie tylko on.

 

Wówczas Kijów po raz pierwszy zetknął się z masowymi pracami remontowymi i zamknięciem ulic przez organy ścigania. Proces, nazywany „zagospodarowaniem kosztów” (to delikatne określenie dla rozkradania środków budżetowych), został wypracowany jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku, gdy burmistrz stolicy Ołeksandr Omelczenko kilkakrotnie „remontował” Majdan Niepodległości, zakopując w asfalcie miliony hrywien. W 2004 roku podczas przygotowania do kijowskiej „Eurowizji”, która odbyła się w Pałacu Sportu, okoliczne ulice na nowo asfaltowano, a w 2005 roku (tuż przed samą imprezą) położono asfalt jeszcze raz, argumentując to frazami w rodzaju „nie ma granic doskonałości”. Jeśli chodzi o zbyt dużą liczbę stróżów prawa, którzy pilnowali przebiegu konkursu piosenki dwanaście lat temu, faktycznie było ich bardzo wielu. Pikiety policjantów i pracowników Służby Bezpieczeństwa nie pozwalały na swobodne poruszanie się nawet lokatorom budynków, którzy mieli nieszczęście mieszkać w pobliżu centrum bezpośredniego wydarzenia. Biorąc pod uwagę, że w rejonie Pałacu Sportu znajduje się kilka ambasad, także ludzie chcący zrealizować swoje zamiary niezwiązane z „Eurowizją” przeżyli absolutnie zbędne doświadczenie w postaci rozmowy z odpowiednimi organami.

 

Historią granicząca z anegdotą stało się rozłożenie miasteczka namiotowego „Eurowizji 2005” na Truchanowej Wyspie. Zgodnie z rozporządzeniem Kijowskiej Miejskiej Administracji Państwowej na malowniczej, ale oddalonej od cywilizacji wyspie rozłożono namioty, w których według zamysłu inicjatorów tego wystąpienia mieli nocować goście z jakiegoś Amsterdamu lub Barcelony. Osobliwością tamtejszego komfortu stały się dla fanów muzycznego festiwalu armady dnieprowskich komarów i mniej niebezpieczni, ale tak samo natrętni bezdomni, który bardzo lubią Truchanów w ciepłą porę roku. Urzędników to nie zaniepokoiło i środki na „Euroobóz: Eurowizja 2005” także zostały pomyślnie „zagospodarowane”.

 

W drugiej dekadzie trzeciego tysiąclecia Kijów znów przyjmuje „Eurowizję”, wywalczoną przez krymską Tatarkę Jamalę i znowu ma specyficzne kłopoty. Najpierw ukraińskie miasta dość długo spierały się, która dokładnie metropolia powinna przeprowadzić turniej piosenki, a w konkursie między stolicą, Odessą, Dniprem i Lwowem ostatecznie zwyciężył Kijów. Były to jednak jedynie pączki, których owoce pojawiły się później i osiągnęły takie rozmiary, że w listopadzie ubiegłego roku pojawiła się informacja o możliwości pozbawienia prawa do prowadzenia konkurs piosenki Eurowizji 2017 z powodu problemów z organizacją. Powiedział o tym zastępca dyrektora generalnego Narodowej Telekompanii Ukrainy (NTU) Ołeksandr Charebin. „Na początku października Europejska Unia Nadawców jako właściciel marki »Eurowizja« dała NTU czerwoną kartkę w odniesieniu do terminów i faktycznego przerwania przygotowań do Eurowizji”, – powiedział. Wśród przyczyn Charebin wskazał biurokrację, niedoskonałość przepisów i zaniedbania niektórych urzędników w organizacji konkursu. Ostateczną decyzję w sprawie przeprowadzenia Eurowizji 2017 na Ukrainie Europejska Unia Nadawców powinna miała podjąć na walnym zgromadzeniu w dniu 8 grudnia, a wówczas Kijowowi jednak się poszczęściło.

 

Następny problem zgodnie z oczekiwaniami „podarowali” kijowskiej „Eurowizji” Rosjanie. Od razu po po zwycięstwie Jamali było jasne, że „ruski mir” zadba o jakąś przykrość nawet w tak apolitycznej sferze, jak muzyka. Oficjalny Kijów zabronił wjazdu na terytorium Ukrainy osobom z tzw. czarnych list, na których rosyjscy wykonawcy znaleźli si za to, że popierali aneksję Krymu i wojnę na Donbasie. Ryzyko polegało na tym, że taki zakaz groził międzynarodowym skandalem i utratą międzynarodowego wizerunku. Rosjanie bardzo szybko „rozkręcili” ten temat i niespodziewanie skierowali na ukraińską „Eurowizję”, dziewczynę, która w konkursach eliminacyjnych nie uczestniczyła, ale jest kaleką i występowała na okupowanym Krymie na wózku inwalidzkim. Ukraińskie prawo zabrania wjazdu na okupowany półwysep bez zgody legalnej władzy, dlatego Julija Samojłowa została poinformowana o braku możliwości wjazdu na Ukrainę. Jeśli piosenkarka bardzo chce wziąć udział w konkursie, może wystąpić za pośrednictwem wideo, przebywając choćby w Moskwie, choćby w Bilibinie albo Jużnosachalińsku. Istnieją ku temu techniczne możliwości, ale Rosjanie z tego zrezygnowali.

 

Pozbywszy się „zapiekłych przyjaciół” w postaci Rosjan (ci powiedzieli, że konkurs piosenki w ogóle ich nie interesuje, przypominając przy tym lisa z bajki Ezopa, który nie może dosięgnąć winogrona), organizatorzy „Eurowizji 2017” popadli w tradycyjne kłopoty finansowe. Okazało się, że w kraju, który odbija wrogą agresję, są zbędne pieniądze do wydania ich na buty i stroje dla prowadzących koncert lub na wynagrodzenia dla tych, którzy na tym koncercie śpiewają. Stroje dla prowadzących Ołesi Kononowej i Anastasiji Riabokoń, zaprojektowane przez firmę „Lake Studio”, będą kosztować 140 tysiący hrywien za dwa komplety – jeden szary i jeden zielony. Cenę żakietów oceniono na 47 tysięcy hrywien., spodni – na 23 tysiące hrywien. Kolejne 150 tysięcy hrywien dostanie osoba fizyczna jako przedsiębiorca Burenina Ołena Bałerijiwna za trzy stroje, a następne 695 tysięcy hrywien będzie kosztować designerskie ubranie prowadzących autorstwa przedsiębiorcy Wozianowej Kateryny Fedoriwny (marka handlowa Indposhiv). Znany prezenter telewizyjny Dżedżuła Andrij Wołodymyrowycz dostanie 2,49 miliona hrywien.

 

Ponadto strona internetowa „Naszi Hroszi”, lubiąca psuć nastrój obywateli, którzy z kolei lubią pieniądze, podliczyła wartość usług trzech znanych ukraińskich piosenkarek w końcowej części Eurowizji, oceniając ją na 1,58 miliona hrywien. Najwięcej będzie kosztować występ Jamali – 986 tysięcy hrywien. Rusłana dostanie 394 tysięcy hrywien za swój występ w 2017, ponieważ wygrała konkurs piosenki Eurowizji w 2004 roku. W finale Eurowizji wystąpi również grupa „Onuka” z Narodową Orkiestrą Akademicką Instrumentów Ludowych, co będzie kosztować 213 tysięcy hrywien. Danych dotyczących występu Wierki Serdiuczki, która w 2007 roku zajęła na Eurowizji drugie miejsce, na obecnym show nie ma. Jednakże spółka z o. o. „Prezydent Film Ukrainy” Tetiany Biłorozowej dostanie 1,80 miliona hrywien za produkcję krótkometrażowego filmu „Eurowizja z Wierką Serdiuczką”. Po co budżet państwa ponosi te koszty, nie wiadomo.

 

Oprócz pieniędzy w procesie urzeczywistniania „Eurowizji 2017” istnieją jednak inne, śmieszniejsze niuanse. Po pierwsze warto pamiętać o zabawnych aspektach w kontekście finansowym. Takim przykładem stał się budynek „Naftohazu”, który zaczęto budować jeszcze w 1986 roku. Potem jednak o budowie zapomniano, a niepotrzebny do niczego drapacz chmur po prostu podpierał niebo. Obecnie niedobudowany obiekt znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca przeprowadzenia finału konkursu. Postanowiono więc jeśli nie dobudować, to przynajmniej doprowadzić go do ludzkiego wyglądu, by niechlujna konstrukcja nie straszyła zagranicznych gości. Wyszło znowu brzydko. Na niedokończonej, niezgrabnej nieruchomości (ten budynek nigdy nie zostanie ukończony, bo nie ma to sensu) postanowiono powiesić banery z pięknymi zdjęciami, by nie psuć uczestnikom i gościom „Eurowizji” krajobrazu. Na proces uprawy „ukulturowienia” niedokończonej budowy z budżetu państwa przeznaczono pięć milionów hrywien, by na „szkielecie” pojawiły się banery. W sieci społecznej Facebook uznano, że gdyby budynek oblepiono w całości banknotami hrywien, to wyszłoby taniej. Kolejny banerowy casus polega na tym, że, jak pokazuje doświadczenie, ten rodzaj „ozdoby” krajobrazu miejskiego jest bardzo trwały – we Lwowie i w tym samym Kijowie do tej pory wiszą poszarpane i strasznie brudne banery z reklamą mistrzostw Europy w piłce nożnej, które odbyły się w 2012 roku.

 

Osobno warto wspomnieć o tradycyjnych niedorzecznościach, bez których nie można sobie wyobrazić jakiejkolwiek dużej międzynarodowej imprezy na Ukrainie. Przed otwarciem konkursu użytkowników sieci społecznych oburzyło to, że bilety na „Eurowizję” są w języku rosyjskim. Dyrektor generalny pałacu „Ukraina” Roman Nedzelski na swej stronie na Facebooku opublikował zdjęcia dwóch rosyjskojęzycznych biletów na konkurs z własnym komentarzem: „»Eurowizja 2017« odbywa się na »Łużnikach« czy jednak na Ukrainie, w Kijowie?!”.

 

Z rosyjsko-ukraińskimi relacjami miał także związek casus z Arką Przyjaźni Narodów. Budowla, która pojawiła się na dnieprowskich wzgórzach na początku lat 80., od razu została nazwana „jarzmem” i „pomnikiem zmarłego rowerzysty”, gdyż wizualnie przypomina albo rolniczy inwentarz, albo pół koła roweru. Arka na cześć „zjednoczenia” Ukrainy z Rosją, mającego miejsce w 1654 roku, z okazji Eurowizji postanowiono pomalować w kolory tęczy. Instalacja nazywa się „Arch of Diversity” („Łuk Różnorodności”). Zaklejono go różnokolorowym akrylem, który po zakończeniu finału konkursu obiecano usunąć. Różnokolorowość „jarzma” powstrzymywali działacze "Prawego Sektora", ponieważ, jak mówi przedstawiciel organizacji Artem Skoropadski, taka ozdoba to ukryta propaganda LGBT. Każdy ma swoje robaki, która go zjadają, a działacze zobaczyli dokładnie to, co chcieli zobaczyć. By jednak nie tworzyć napiętej sytuacji, znaleziono wyjście. „Znaleźliśmy kompromis. Na tym odcinku, który pozostał niedokończony, zostanie umieszczony fragment ukraińskiego ornamentu. Żadnych konfliktów nie będzie”, — zapewnił szczególnie zaniepokojonych orientacją seksualną obiektów architektonicznych burmistrz Kijowa Witalij Kłyczko.

 

Do absurdu można doprowadzić nawet tak pokojową sprawę, jak zagospodarowanie tzw fan zony. Na oficjalnej stronie przedsiębiorstwa państwowego „Arena Lwów” (stadion wybudowany na EURO 2012) napisano: „Do kierownictwa przedsiębiorstwa państwowego »Arena Lwów« zwrócili się organizatorzy konkursu piosenki »Eurowizja« z prośbą o zapewnienie części krzeseł w celu zagospodarowania trybun dla publiczności. Dlatego wymagana ilość krzeseł została zdemontowana z trybun stadionu »Arena Lwów« i przekazana Międzynarodowemu Centrum Wystawowemu (miasto Kijów) w celu przeprowadzenia tam konkursu piosenki »Eurowizja«”. „Wymagana ilość krzeseł” to siedem tysięcy plastikowych taboretów, które przejechały 550 kilometrów, by goście stolicy nie siedzieli na krawężnikach lub trawnikach. Biorąc pod uwagę koszt demontażu i transportu oraz to, co po konkursie zostanie skierowane z powrotem, plastikowe fotele śmiało można nazwać złotymi.

 

Ogólnie jednak święto, choć zorganizowane bez kwalifikacji, nie może się nie udać, bo ludzie na Ukrainie lubią śpiewać i są serdeczni, barszcz jest smaczny, a wódka – tania.

 


Jurij Cwiach

 

Praca w Polsce