czwartek, 20 lipiec 2017 10:12

Wołyń. Pamięć czy zemsta?

"Kresowi" działacze domagają się od władz potępienia nacjonalizmu na Ukrainie i wstrzymania wszelkiego wsparcia dla "banderowców".

Obchody rocznicy tragedii wołyńskiej były w tym roku dość nietypowe z kilku powodów. Po raz pierwszy od ustanowienia w zeszłym roku przez Sejm Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa uroczystości w dniu 11 lipca odbywały się na oficjalnym, państwowym szczeblu. Po drugie, tak zwane "kresowe" organizacje (łączące potomków Polaków, którzy mieszkali na terenie obecnej zachodniej Ukrainy) postanowiły nie przyłączać się do uroczystości państwowych, a przeprowadzić je samodzielnie. Zapewne również przedstawiciele najwyższych polskich władz niezbyt pałali pragnieniem przeprowadzenia ich wspólnie z mieszkańcami Kresów i różnego rodzaju organizacjami radykalnymi. Dodało to sytuacji pewnej pikanterii. Ale wszystko po kolei.

APETYTY MIESZKAŃCÓW KRESÓW
Kresowe organizacje postanowiły przeprowadzić swoje ceremonie upamiętniające w weekend 8-9 lipca, by więcej osób zdołało przyjechać z oddalonych regionów Polski do Warszawy. Ponadto poprzez przeprowadzenie swoich obchodów bez udziału najważniejszych osób w państwie chcieli podkreślić swoje rozczarowanie obecną polityką polskiej elity rządzącej wobec kwestii "wołyńskich" i Ukrainy. A trzeba zaznaczyć, lista tych kwestii, a dokładniej wymagań, stale rośnie. Wydawałoby się, że rok temu mieszkańcy Kresów osiągnęli to, czego od dawna się domagali: uznania tragicznych wydarzeń na Wołyniu za ludobójstwo popełnione przez ukraińskich nacjonalistów, a także ustanowienia 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci. Jak jednak często bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia: uskrzydleni przez sukces zaczęli przedstawiać władzom nowe wymagania. Oceniając z perspektywy ostatniego roku, można nie mieć wątpliwości, że po kolejnych krokach w stronę mieszkańców Kresów będą oni wysuwać kolejne wymagania wobec władz, które i tak już dawno przeszły z płaszczyzny historii czy kwestii humanitarnych do polityki lub nawet geopolityki.

Na kilka tygodni przed 11 lipca organizatorzy "kresowych" uroczystości opublikowali listę osób, wchodzących w skład komitetu organizacyjnego, co mocno zdziwiło wiele osób w Polsce. Na liście znaleźli się między innymi działacze radykalnego ruchu "Falanga", który jeszcze niedawno wchodził w skład prorosyjskiej partii "Zmiana", a lider tego ruchu, Mateusz Piskorski, już od ponad roku figuruje w śledztwie w sprawie szpiegowania na rzecz Rosji. W skład komitetu organizacyjnego weszli także działacze Obozu Wielkiej Polski - organizacji radykalnej, która otwarcie sympatyzuje z bojówkarzami na Donbasie i nawet nie kryje swojego udziału w niszczeniu ukraińskich pomników na południu Polski w latach 2015-2016. Nagrania z niszczenia płyt nagrobnych trafiały przede wszystkim na stronę internetową tak zwanej "Noworosji", którą redagował z Doniecka członek tej organizacji, Dawid Gudziec. Na liście widniało jeszcze wiele podobnych postaci i stowarzyszeń. Nie onieśmielało to jednak zbytnio organizatorów "kresowych" obchodów. Co zresztą nie dziwi, gdyż oni sami nie odeszli daleko od takich poglądów.

PRZECIWKO UKRAINIE CHOĆBY Z DIABŁEM
Podczas publicznych występów aktywistów "kresowych" ceremonii, w oczy rzucało się to, że coraz mniej mówiono o potrzebie historycznego rozejmu, godnego uszanowania ofiar, zainstalowania upamiętniających je krzyży i pomników, a coraz więcej o obecnej "banderowskiej władzy" na Ukrainie i o tym, że Polska w żadnym wypadku nie powinna jej wspierać. Na poparcie tej tezy przedstawiano różne argumenty: i to, że Ukraina jest upadłym państwem, i to, że Kijów stara się wciągnąć Warszawę w wojnę z Rosją po swojej stronie, i to, że Ukraina jest w zmowie z Niemcami przeciwko Polsce.

Wyliczankę wystarczająco absurdalnych oświadczeń można byłoby kontynuować. Co więcej, w rzeczywistości odrzuca się argumentację strony ukraińskiej, zgodnie z którą za prowokacjami i niszczeniem polskich pomników w Hucie Pieniackiej, próbą spalenia szkoły w Mościskach czy ostrzelaniem z granatnika konsulatu Polski w Łucku stoi Rosja. Oczywiście to źle, że w żadnym z tych przypadków przestępców nie zatrzymano. Zresztą, naprawdę nie trzeba tu być wielkim jasnowidzem, a wystarczy rozumieć naturę i konsekwencję procesów: na początku agresji Rosji na Ukrainie w 2014 roku w ogóle nie było takich incydentów. Natomiast po rozpoczęciu działań wojennych na Donbasie w Polsce od razu ktoś zaczął interesować się ukraińskimi miejscami pamięci na południu kraju, rozbijając pomniki i czekając na odpowiednią reakcję Ukrainy. Nie doczekawszy się wzrostu antypolskich nastrojów na Ukrainie, w tym roku ktoś zaczął metodycznie robić to na Ukrainie, by poprzez akty wandalizmu przykuć uwagę Polaków i nastawić ich przeciwko Ukraińcom. Rzecz jasna "winowajca" jest znany - to ukraińscy nacjonaliści. Mieszkańcom Kresów bardzo pasuje ta wersja, gdyż ładnie wpisuje się w narrację kontynuacji "polityki ludobójstwa", prowadzonej przez ukraińskich nacjonalistów wobec Polaków. Jeszcze bardziej jest ona korzystna dla Rosji.

"BRATERSKA" POMOC
Moskwa chce rzucić między Ukraińców i Polaków "kość niezgody", jak najbardziej ich skłócić, by pozbawić Kijów politycznego wsparcia w Warszawie w kwestii przynależności Krymu lub sytuacji na Donbasie, czy też maksymalnie zniechęcić ich do aktywności w tym kierunku.

Wydaje się, są to najważniejsze fakty, o których już wiele powiedziano. Nie zważają jednak na to "kresowi" działacze, którzy zaczęli nieświadomie, ale ogólnie zapewne z wielką świadomością przetwarzać tezy rosyjskiej propagandy o "faszystowskiej" Ukrainie, o rzekomej naturalnej nienawiści Ukraińców wobec Polaków, o tym, że nigdy nie staną się oni bratnimi narodami, a zawsze będą dla siebie wrogami lub przynajmniej konkurentami.

Jeśli stronie polskiej zabraknie odpowiedniej "argumentacji", to na pomoc im zawsze przyjdą Rosjanie z kolejną porcją swoich argumentów. Przykładowo, znany rosyjski historyk i propagandzista Aleksandr Diukow właśnie 11 lipca zaprezentował w Warszawie polski przekład swojej książki "Dlaczego walczymy z Polakami?". Przedstawił w niej opinię, że ukraińscy nacjonaliści zawsze przygotowywali ludobójstwa na Polakach. Czyż nie jest to argument dla tezy o niszczeniu polskich zabytków właśnie przez Ukraińców? Aluzje ze strony "kresowych" działaczy podczas uroczystości 11 lipca w Warszawie, że w niszczenie polskich pomników na Ukrainie mogą być zamieszani Ukraińcy, radośnie zostały podchwycone przez kremlowskie media. Propagandowa RT po "kresowych" obchodach poinformowała, że w Warszawie "wezwano Ukrainę do tego, by nie oskarżać Rosji o antypolskie akcje".

Podczas publicznych uroczystości "kresowi" działacze przedstawili swoje wymagania wobec polskich władz: zamiast rezolucji przyjąć ustawę o "ludobójstwie", która od razu podniesie rangę wydarzenia, a także porównać ukraiński nacjonalizm do hitlerowskiej lub bolszewickiej ideologii. Równolegle wymaga się od władz potępienia nacjonalizmu na Ukrainie i zaprzestania wsparcia "banderowców".

Lepszych sojuszników rosyjskiego reżimu w Polsce nie dało się wymyślić. Nie jest więc zaskakujące, że takie postacie jak pan Diukow, który zajmuje się badaniem zbrodni "kijowskiej junty" na Donbasie, a w czasie wolnym pomaga Polakom "zrozumieć istotę OUN", będą regularnie przyjeżdżać do Polski i dbać o to, by Polacy i Ukraińcy nie daj Boże nie pogodzili się na płaszczyźnie historycznej.

WŁADZA MIĘDZY MŁOTEM A KOWADŁEM
Polskie władze zdają sobie sprawę, że "kresowi" działacze radykalizują się i wysuwają coraz to nowsze wymagania. A jeśli dodać jeszcze do tego bardzo znaczący wpływ, jaki wywierają na nich "rosyjscy przyjaciele", sytuacja staje się coraz bardziej niewygoda dla polskiego estabilishmentu. Z jednej strony niby należy ich wspierać, ponieważ jest to polityka pamięci historycznej państwa, bliska obecnym polskim władzom. Z drugiej natomiast rosnące wymagania mieszkańców Kresów już dawno przekroczyły granicę czysto humanitarnych i coraz bardziej przesuwają się na teren polityki, co w połączeniu z rosyjską aktywnością w tym kierunku wyprowadza polskie władze na "pole minowe". Idąc na kolejne, czasami bardzo ekstrawaganckie ustępstwa wobec mieszkańców Kresów, Warszawa ryzykuje pogorszenie relacji z Kijowem, a to nie leży w jej interesie.

Zapewne nieprzypadkowo prezydent Polski Andrzej Duda zrezygnował z patronatu nad "kresowymi" obchodami tragedii wołyńskiej. Władze w ogóle zachowały się raczej powściągliwie. Po głośnych wypowiedziach lidera PiS-u Jarosława Kaczyńskiego i szefa MSZ o "Ukraińcach z Banderą w Europie" oraz nie mniej hucznej reakcji Ukraińców Polska zapewne postanowiła, że wystarczy naginania sytuacji w polsko-ukraińskich stosunkach i trzeba przyhamować. Tym bardziej, że dwustronne stosunki i bez tego są teraz dość chłodne. I to wszystko przez te właśnie kwestie historyczne.

Polskie władze zarówno na szczeblu centralnym, jak i lokalnym przez długi czas starały się nie zauważać niszczenia ukraińskich pomników w Polsce, a jeśli nawet je zauważały, to w ramach usprawiedliwienia mówiono, że ten czy inny pomnik i tak został nielegalnie zainstalowany w latach 90. bez zgody lokalnych władz. Nie ma pomnika – nie ma problemu. Nie ma znaczenia, że nie było do końca w ten sposób. Część z tych pomników została zainstalowana legalnie, za pieniądze polskich władz, a część z nich - zniszczona bezpośrednio na miejscach pochówków na cmentarzu.

Publiczny demontaż w kwietniu tego roku kolejnego ukraińskiego pomnika w Hruszowicach w pobliżu Przemyśla, czego w ramach prowokacji dokonali polscy nacjonaliści przed rocznicą akcji "Wisła", czyli przymusowego wysiedlenia ponad 100 tys. Ukraińców z ich ziem na północ i zachód Polski, spowodował, że cierpliwość ukraińskich władz się skończyła. Ukraińsko-polska współpraca w zakresie poszukiwania miejsc pochówku Polaków zmarłych w czasie II wojny światowej na terenie Ukrainy została wstrzymana. Ukraińcy domagają się szacunku do miejsc pamięci w Polsce oraz odbudowy zniszczonych pomników, a strona polska oskarża ukraińską o niechęć do konstruktywnej współpracy. Problem trzeba jednak rozwiązać, a emocje nie są tu najlepszym sojusznikiem. Pole manewru i wzajemnych ustępstw musi zostać stworzone, w przeciwnym razie sytuacja może się tylko pogarszać.

LEKCJE HISTORII I POLITYCZNA WSPÓŁCZESNOŚĆ
Prezydent Andrzej Duda, stojąc obok Pomnika Ofiar Tragedii Wołyńskiej w Gdańsku, podkreślał, że o zbrodniach popełnionych na Wołyniu należy pamiętać, by nigdy się one nie powtórzyły. Jednocześnie zaznaczył, że należy o tym przypominać nie po to, by podsycać negatywne podejście do narodu ukraińskiego. "Musimy pamiętać o tym, jako o elemencie budowania dobrych relacji pomiędzy naszymi narodami, jak najlepszych", – podkreślił Duda.

Są to bardzo właściwe słowa. O tragicznych wydarzeniach należy pamiętać w obu krajach, prowadząc wspólne seminaria i konferencje, oraz uczyć w szkołach, co doprowadziło do masowych zabójstw Polaków, a później także Ukraińców. Robić to nie tendencyjnie, wybielając siebie i oskarżając drugą stronę o wszystkie grzechy śmiertelne. Historia nie jest czarno-biała, jak chcieliby to przedstawić niektórzy. Strona ukraińska i polska powinny przede wszystkim sporządzić katalog własnych przewin, a nie przewin sąsiada. Od tego należy zacząć dialog i szukać kompromisu.

Ukraińcy powinni uznać wiele znaczących rzeczy, bez których nie jest możliwy dialog z Polakami, przede wszystkim to, że na Wołyniu zginęło o wiele więcej Polaków niż Ukraińców, że UPA to nie tylko heroiczna walka z radzieckimi i hitlerowskimi okupantami, ale też haniebna strona czystek etnicznych na Wołyniu, dla których nie ma usprawiedliwienia oraz że należy je potępić.

Natomiast strona polska powinna przestać udawać, że ukraińskie ofiary tej wspólnej tragedii nie są tak samo ważne, ponieważ, jak mówiono, było ich o wiele mniej oraz stanowiło to reakcję na działania Ukraińców. Ukraińskie kobiety i dzieci nie są w żaden sposób drugorzędne w porównaniu z polskimi, choćby ze względów chrześcijańskiej moralności. Trzeba to sobie uświadomić.

Bardzo znacząca i symboliczna była publikacja polskiego kanału historycznego TVP Historia na Facebooku z 11 lipca. Informacje na temat rocznicy masowych mordów Polaków na Wołyniu kanał błędnie zilustrował zdjęciem nie polskich, a ukraińskich ofiar, zabitych przez Polaków. Szybko zwrócili na to uwagę internauci, po czym zdjęcie zostało zmienione. To pokazuje, że w Polsce panuje stereotyp wyłącznie polskiej ofiary. Natomiast o ukraińskiej woli się nie wspominać.

Ponadto, Polacy nie powinni dziś przypierać Ukraińców do muru, bezkompromisowo zmuszając ich do przyjęcia polskiego punktu widzenia na te tragiczne wydarzenia. Zrozumienie krzywd, zadanych przez własny naród komuś innemu to zawsze długi i bolesny proces, który nie może odbyć się zbyt szybko. Może on trwać dziesięciolecia. Strona polska powinna to zrozumieć. Natomiast wymagania Warszawy, by Ukraina zrobiła to "tu i teraz", nieco przypominają szantaż. Jest to tym bardziej smutne, jeśli weźmie się pod uwagę, że dzieje się to w momencie rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie. Nie chce się myśleć, że wrażliwa dla Ukrainy chwila jest świadomie wykorzystywana, kiedy Kijów potrzebuje wsparcia. Natomiast inna strona motywuje to wsparcie koniecznością ustępstw na płaszczyźnie historycznej. Oświadczenia w rodzaju "z Banderą do Europy nie wejdziecie" wyglądają właśnie jak szantaż polityczny, który nie powinien być wykorzystywany w dialogu z partnerem, zwłaszcza gdy ten partner jest przy tym nazywany strategicznym.

Jedno z głównych haseł mieszkańców Kresów w Polsce brzmi: "Nie o zemstę, lecz o pamięć wołają ofiary". W ostatnim czasie coraz częściej wydaje się, że chodzi im właśnie o pomstę. Pozostaje mieć nadzieję, że polskie elity mają jednak inne spojrzenie na tę kwestię. Zwłaszcza biorąc pod uwagę czynnik wpływu północnego sąsiada, który umiejętnie lawiruje między Polakami i Ukraińcami, natrętnie interweniuje w problemy historyczne oraz realizuje starą, dobrą koncepcję "dziel i rządź".

Jurij Banachewycz, Ukrinform (Warszawa)

 

Praca w Polsce