piątek, 04 sierpień 2017 06:48

Autobusowe piekło na ukraińsko-polskiej granicy. Kto jest winien i co robić?

Niewiarygodnie „żółwie” tempo przekuwania się kolejki przewoźniczych i turystycznych autobusów na ukraińsko-polskiej granicy to problem, który znacznie psuje nam radość i z trybu bezwizowego, i ze wszystkich innych radosnych, europejskich perspektyw. Wiele osób już odczuło to na własnej skórze. Jeszcze więcej Ukraińców po prostu o tym słyszało lub czytało.

Zacznijmy od pełnej kolorytu opowieści lwowianina Mykoły Łesiaka: „18 czerwca miałem wylecieć z Krakowa tanimi liniami lotniczymi do Walencji. Bilet rzecz jasna kupiłem wcześniej. Wylot o 11.30. Zdając sobie sprawę, że z przekraczaniem granicy mogą wystąpić problemy, postanowiłem jechać z zapasem – wziąłem bilet na autobus i wyruszyłem ze Lwowa o 18.45. W Krakowie orientacyjnie powinienem być o 2:00-2.30. Czyli nawet gdyby trzeba było stać na granicy więcej niż się spodziewałem, i tak miałbym wystarczająco dużo czasu, by dojechać do Krakowa, dostać się na lotnisko i jeszcze wypić kawę . Potem jednak zaczęły się dziać niewiarygodne rzeczy. Na ukraińską granicę w Krakowcu dotarliśmy około ósmej wieczorem i »z radością« zauważyłem, że przed nami stoi już 13 autobusów. Właściwie na ukraińską granicę dojechaliśmy już po północy, a tam przestaliśmy kolejne sześć godzin. Następne 40 poświęciliśmy minut na stanie po polskiej stronie, dopóki nie przyszła nasza kolej. Tyle samo czasu zajęła kontrola. W rezultacie z polskiej granicy ruszyliśmy do Krakowa o 7:15 czasu lokalnego. Ostatecznie okazało się, że na przekraczanie granicy poświęciliśmy około 12 godzin. Pożegnałem się z nadzieją, że zdążę na samolot, ale niebo widocznie dosłownie zlitowało się nade mną przez moje nerwy i ze względu na warunki atmosferyczne lot został opóźniony o pół godziny…”.

Natomiast niedawno miał miejsce jeszcze jeden bardzo przykry wypadek, który wzburzył wszystkie media. 8 lipca o godzinie 9:00 grupa dzieci poległych uczestników ATO planowo wyjechała z Kijowa i o 18:00 dotarła do przejść granicznych w tym samym Krakowcu. Dzieci, które już wyobrażały sobie radosny pobyt w obozie w Niemczech, zetknęły się przykrą rzeczywistością – 8 godzin oczekiwania na granicy. O tym jednak później.

W sobotni wieczór dziennikarze Forpostu wyruszyli do Krakowca. Chcieli dowiedzieć się, co i jak, zestawić to, co zobaczyli na własne oczy, ze słowami straży granicznej i opiniami kierowców. Zobaczyli. Zestawili. Wyciągnęli wnioski.

Przyjechali na miejsce około 19.00. Na tle ciemnego nieba wielki napis „Szczęśliwej drogi” był nieco przygnębiający dla pasażerów, którzy już nie pierwszą godzinę czekali na swoją kolej. Naliczono 19 autobusów, czekających na swoją kolej do polskiej granicy. Niektórzy już przeszli weryfikację po stronie polskiej, a niektórzy znajdowali się jeszcze daleko od granicy.

„Nam jeszcze się poszczęściło. Udało się, bo widzicie, ile autobusów przyjechało za nami, – mówi kierowca autobusu Chersoń – Kolonia, stojący jako pierwszy w kolejce do strony polskiej. – Po naszej granicy wszystko jest normalnie, szybko. To Polacy to przeciągają”.

Jego autobus stoi po stronie ukraińskiej od trzech godzin. Wkrótce przyjedzie do kontroli ze strony Polaków, a tam już będzie tak, jak się uda.

„Tu u nas wszystko jest w porządku, a u Polaków można się wszystkiego spodziewać, – mówi Wasyl z autobusu Iwano-Frankiwsk – Praga. – Mogą sprawdzić szybko, a jak im się zachce – bez wyjaśnień zatrzymują autobus i kilka godzin trzęsą. Nie ma w tym żadnej logiki. Mogą po prostu przeglądać rzeczy w autobusie, a mogą zmusić wszystkich do przejścia z rzeczami do sali autobusowej”.

Szkoda pasażerów. Zwłaszcza tych, którzy już przeszli ukraińską kontrolę, a czekając na wjazd na stronę polską, nie mają prawa wyjść z autobusów. Zresztą, nie mniej szkoda jest także strażników granicznych, którzy czuwają nad porządkiem. W sobotę na zmianie dowodził młodszy inspektor Anatolij Drabyszewski. Nie trzeba było szczególnie się przyglądać, by zauważyć, że strażnik graniczny jest odczuwalnie zmordowany. Jednak ludzie z autobusów, którzy przeszli ukraińską kontrolę, a jeszcze nie przejechali na stronę polską, są wypuszczani na powietrze. „A co zrobić, tam są żywi ludzie, mający swoje potrzeby, często zdarzają się małe dzieci”, – mówią strażnicy, którzy jednak muszą uważać, żeby komuś po długim czasie stania nie puściły nerwy i nie strzeliło do głowy zrobić jakąś burdę lub pieszo ruszyć do Polski. W Krakowcu, jeśli ktoś nie wie, w przeciwieństwie do Szegini, nie przewidziano pieszego przejścia.

„U nas teraz, dzięki Bogu, wszystko jest spokojnie. Bez ekscesów. Bez nieprzewidzianych przypadków”, – mówi starszy zmiany, porucznik Ołeksij Dworak. Na wszelki wypadek na granicy działa punkt medyczny. Gdyby, nie daj Boże, działo się coś poważniejszego, dzwoni się po karetkę. Zdarzało się”.

Dworak dodaje, że w ciągu doby granicę w obu kierunkach przekracza średnio 50 autobusów. Liczba ta nie wydaje się krytyczna. Jest jednak pewien wyjątek. Przejazdy przez granicę nie są równomierne. Czasami w ogóle wszystko jest wolne, a czasami, jak w dniu wizyty dziennikarzy, są tłumy.

„Jeśli przez godzinę na przejście graniczne przybywa po dwa, trzy autobusy w każdym kierunku, to technologicznie opóźnień w ich odprawie być nie może. Jednak w poszczególne dni tygodnia i godziny na przykład na przejście graniczne Krakowiec może przybyć ponad 15 autobusów na godzinę, a 80% z nich to pojazdy przewoźników. Powstaje pytanie, w jaki sposób właściwe organy państwowe wydają zezwolenia na tę lub inną międzynarodową trasę i czy dokonuje się przy tym jakiejś analizy parametrów czasowych przyjazdu tych autobusów na granicę”, – mówią strażnicy graniczni.

Niestety autobusy to nie samochody. O ile osoba fizyczna może wybrać sobie przejście graniczne w zależności od obciążenia, kierowca autobusu nie może tego zrobić. Jeśli w jego dokumentach wskazano „Krakowiec – Korczowa”, to choćby stała tam kolejka złożona z tysiąca samochodów, a Szeginie były puste, nie ma prawa tam zawrócić. Trasy przewoźników są jasno określone w dokumentach zarówno ukraińskiej, jak i polskiej strony.

Jest jeszcze jeden powód, o którym strażnicy wolą nie mówić „pod dyktafon”, ale o którym Forpost dobrze wie. Prawie codziennie na granicę przyjeżdżają autobusy tzw. delegacji, w sprawie których oficjalnie zwracają się wysoko postawieni urzędnicy. Jak powiedział w prywatnej rozmowie pewien strażnik graniczny, „staramy się ich ignorować, ale rozumie pan, sobie też nie chcemy robić problemów”.

Rzecz jasna, nawet jeden autobus pod protekcją w dzień pogody nie zmieni. Jeśli jednak przybywa w godzinach szczytu, nie daje nikomu spokoju: ani strażnikom granicznym, ani pasażerom, którzy mordują się w kolejce. Ponadto tacy przewoźnicy, jak się okazuje, nie bardzo chcą aktywnie współpracować ze służbami kontrolnymi przed wyjazdem oraz zaplanować czasu i miejsca przekroczenia granicy w zależności od stanu ruchu autobusowego w danym kierunku. Mówią, że postanowili jechać przez Krakowiec, a nie przez Szeginie i basta!

„Stoimy czwarty godzinę. Dobrze, że chociaż nigdzie nam się nie śpieszy”, – mówią dwie zmęczone, ale nie złe dziewczyny z autobusu Kijów – Pilzno. Ich pojazd jest dziewiąty w kolejce. Można pomyśleć, że za dwie godzinki ich nastrój się zmieni: zmęczenie nie minie, a przyjdzie złość.

Dalej można zobaczyć matkę z zupełnie małym dzieckiem. Ich autobus stoi na samym końcu kolejki, jeszcze nawet nie na ukraińskiej granicy. Mama, pulchna brunetka, póki co całkiem spokojnie rozmawia z tatą i jeszcze jakąś kobietą. Dziecko tymczasem poznaje świat swoimi wielkimi oczami, intuicyjnie patrząc z ukosa na mamine piersi, pachnące mlekiem. Prawdę mówiąc, nie wiadomo, jak, wiedząc o sytuacji na granicy, można wybrać się w drogę z takim dzieckiem. Zapewne ludzie bardzo tego potrzebują, a innego sposobu niż autobus po prostu nie mają.

Nie wiadomo też, czy to obiektywnie, czy to ze względu na poprawność, czy ze względów patriotycznych, jednak nikt z osób, z który rozmawiali dziennikarze, ani słowem nie poskarżył się na ukraińskich celników i strażników granicznych. Mówią, że wszystko idzie szybko i poprawnie, a wszelkim opóźnieniom w kolejce winni są Polacy. Nasi sąsiedzi naprawdę czasami mogą zaskoczyć swoim brakiem pośpiechu i pewną zbyt sumienną, długą zmianą.

„Bardzo wiele zależy u nich od zmiany, – mówi, potrząsając wąsami, kierowca Ihor. – Jest to już dobrze znany fakt. Jedni pracują szybko i sprawnie, a drudzy nawet w twoją stronę nie spojrzą, dopóki nie dożują kanapki”.

Jednak przy całej chęci zrzucenia winy na Polaków trzeba obiektywnym. Ukraińcy, delikatnie mówiąc, nie zachowują się po sąsiedzku. I tu przede wszystkim trzeba „wielce podziękować” ukraińskim kierowcom, którzy pomimo pasażerów wożą przemyt. Dziennikarz Forpostu kiedyś sam był świadkiem, jak dwóch „kierowców” przed granicą wymieniało się wódką, nie czując wstydu przed pasażerami. Z jakiegoś powodu nawet wtedy nie pomyślał, że staje się zakładnikiem ich chęci zarobku. Czasy się zmieniają. Kierowcy w gruncie rzeczy nie.

Ukraińscy strażnicy graniczni nieoficjalnie, ale szczerze przyznają: by uniknąć sytuacji konfliktowych z podróżującymi przez granicę pasażerami oraz zmniejszyć liczbę autobusów przed i na samym przejściu granicznym, minimalizują i dokładność, i czas oględzin autobusu. Jednak polskie służby kontrolne bez względu na długie oczekiwanie pasażerów po stronie ukraińskiej wręcz przeciwnie –kontrolują autobus starannie, nie zwracając uwagi na czas i gromadzenie się innych pojazdów przed przejściem granicznym. W przypadku wykrycia przemytu często podejmowana jest decyzja o całkowitej, dogłębnej kontroli pozostałych ukraińskich pojazdów, nawet w „obciążone” dni tygodnia. Wyjaśnienie jest jedno: nie woźcie przemytu – nie będziemy przetrzymywać autobusów. I kto odważy się powiedzieć, że Polacy nie mają racji? Z drugiej strony co mają zrobić ukraińscy pasażerowie? Profilaktycznie przed rozpoczęciem jazdy bić kierowcę?

Przy okazji, skandaliczna historia z opóźnieniem dzieci ofiar żołnierzy ze strefy АТО również jest pośrednio związana z przemytem. W tym dniu Polacy odkryli w dwóch autobusach przemycane papierosy. Polska prasa z ekscytacją pisała potem o suczce Ginie, która w podłodze wnętrza autobusu jadącego do Niemiec wywęszyła 1490 paczek papierosów, a w luku bagażowym autobusu Kijów – Wrocław – 1420 paczek. Po tych znaleziskach wszystkie następne autobusy były dokładnie kontrolowane, co spowodowało powstanie sporej kolejki. Kogo właściwie należy winić: Bogu ducha winnych ukraińskich pograniczników, polskie suczki z fenomenalnym węchem czy nadal ukraińskich przemytników?

Strażnicy, z którymi udało się porozmawiać, dość boleśnie odczuwają zarzuty, które posypały się w ich stronę po incydencie z dziecięcym autobusem. „U siebie odprawiliśmy ten autobus w mniej niż pół godziny. Resztę czasu czekał na odjechanie najpierw po ukraińskiej stronie przejścia granicznego, a po odprawie – po polskiej. Dla autobusów przewidziano tylko jeden pas. Nie mogliśmy przecież na rękach przenieść go po dachach poprzednich autobusów i wnieść na terytorium Polski. Czy my nie rozumiemy sytuacji? Wśród nas jest wiele osób, które przeszły wojnę”, – mówi jeden z inspektorów.

Dziennikarze obeszli z prawej strony ukraiński punkt kontrolny. Idealny asfalt prowadzi do betonowych bloków, a następnie do ogrodzenia z drutu kolczastego, odgradzającego dalszą drogę. Dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej, już w Korczowej, znajduje się punkt końcowy długiej polskiej autostrady A4, przebiegającej od granicy ukraińskiej do niemieckiej, automatycznie przechodząc już w jej odnogę. Właśnie z tą autostradą dwa kraje wiązały wielkie plany. Kiedy jednak Polacy budowali swoje przejścia graniczne, Ukraińcy na mocy woli ohydnego Janukowycza i jego „brygady” zmieniali eurointegracyjny kurs. A przeznaczonych na budowę ukraińskiego przejścia granicznego pieniędzy należy poszukać w kieszeniach Kliujewa.

Teraz na własne oczy można obserwować zupełnie absurdalny obraz: długie kolejki na granicy, w pobliżu trasa gotowa dla samochodów, na wprost – gotowa polska infrastruktura graniczna, a na terenie ukraińskim– bloki i drut kolczasty, odgradzający trasę, wzdłuż której roi się od różnego rodzaju kramów galicyjskiej flory. A przy tym budowa przejść granicznych dla samochodów osobowych to dla państwa w zasadzie nie pieniądze.

Wobec tego nie trzeba być naukowcem, by zrozumieć dwie proste rzeczy. Należy zatrzymać przemyt, chociażby poprzez wprowadzenie drakońskich kar, a także zorganizować przynajmniej infrastrukturę istniejących przejść granicznych. Wszystko to jest możliwe. A wtedy w razie czego można apelować do Polaka z jego niedojedzoną kanapką i przykrą suczką Giną.


Roman Onyszkewicz, forpost.lviv.ua

 

Praca w Polsce