wtorek, 22 sierpień 2017 07:16

Nowy adwokat Ukrainy

Stwierdzenie, że Polska jest przewodnikiem Ukrainy w Europie, w ostatnim czasie zaczęło tracić status aksjomatu. Natomiast funkcje, które jeszcze do niedawna pełniła dla Kijowa Warszawa, zaczęło wykonywać Wilno.
Stosunki Polski i Ukrainy w najnowszej historii przez dwie i pół dekady można było uznać za spokojne, a nawet idealne – Rzeczpospolita jako pierwsza uznała niepodległość nowego państwa w centrum Europy, na najwyższym poziomie między przywódcami krajów zawsze panowało zrozumienie, nawet przeciętni obywatele doskonale odnajdowali wspólny język. Czarny kot przebiegł między dwiema społecznościami, gdy Ukraina zaznała rosyjskiej agresji. Problemy pojawiły się nie tylko na poziomie obyczajowym, gdy marginalne grupy po obu stronach granicy krzyczały jedni o tym, że nie zapomną tragedii wołyńskiej, a drudzy, że będą pamiętać akcję "Wisła". Premier Beata Szydło niemal wprost mówiła o Ukraińcach jako narodzie migrantów zarobkowych i błagających żebraków, a minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski zupełnie niedyplomatycznie oświadczył: "Nasze przesłanie jest bardzo jasne: z Banderą do Europy nie wejdziecie. Mówimy to i głośno, i cicho (...). Będziemy od Ukrainy stanowczo się domagali, by wszystkie sprawy zostały wyczyszczone, zanim Kijów stanie u wrót Europy, prosząc o członkostwo".

Waszczykowski niemal dosłownie powtórzył lutową przemowę przewodniczącego partii "Prawo i Sprawiedliwość" Jarosława Kaczyńskiego, który dodatkowo podkreślił, że Ukraińcy "przebili Niemców w okrucieństwie względem Polaków". "Krótko mówiąc, to sprawa pewnego wyboru Ukrainy. Powiedziałem wyraźnie panu prezydentowi Poroszence, że z Banderą to oni (Ukraina – red.) do Europy nie wejdą. To jest sprawa dla mnie jasna, bo wykazaliśmy ogromną cierpliwość, ale są jej granice", – mówił Kaczyński, a jego słowa w dziwny sposób pokrywają się z nienawiścią do Bandery i UPA, które od czasu do czasu wyrzucają z siebie rosyjscy politycy i tamtejsze propagandowe media.

Kaczyńskiemu poradził być delikatniejszym w swoich eskapadach pod adresem Ukraińców kierownik Centrum Badań Holokaustu "Babi Jar" Marek Siwiec, który w niedawnej audycji telewizyjnej przypomniał, jak w 1996 roku wraz ze swoim ukraińskim partnerem Wołodymyrem Horbulinem (do tej pory jednym z obdarzonych największym autorytetem ukraińskich polityków) dyskutował o wspólnej deklaracji prezydentów Ukrainy i Polski, Łeonida Kuczmy i Aleksandra Kwaśniewskiego. "Dwadzieścia lat temu mówiono nam, że jest za wcześnie, by odgrzebywać niełatwą ukraińsko-polską historię. Oczywiście nie można powiedzieć, że dzisiaj nie wiedzieliśmy, kim był Stepan Bandera, a ja jestem wielkim przeciwnikiem tego, by politycy wykorzystywali tę postać w spekulacjach", – podkreślił Siwiec. Samego lidera "PiS-u" ekspert ostrzegł: "Kaczyński może nie zdążyć »wyrzucić« Ukrainy z UE, bo najpierw zrobią to z nami. A uczynią tak przez negatywne słowa pod adresem historii sąsiedniego narodu. Dziś Ukraina prowadzi wojnę. My, Polacy, powinniśmy was wspierać. To nasza państwowa pozycja. Jednocześnie nie oznacza to, że zbrodnie zostaną zapomniane. Uważam, że nasza pamięć historyczna powinna być wspólna".

Być może trzeźwe myśli kierownika Centrum Badań Holokaustu zostały wysłuchane w ojczyźnie, bo w ostatnim wywiadzie dla rosyjskiego wydania "Kommiersant" wspomniany Waszczykowski nieco pohamował własną agresywną retorykę i mówił już w sposób trochę bardziej wyważony. "My pamiętamy. My nie zapomnimy o rzezi wołyńskiej, wiemy, że gloryfikuje się UPA. Nie znaczy to jednak, że zapomnimy, jak bardzo niepodległa i suwerenna Ukraina jest ważna dla bezpieczeństwa w naszej części Europy. Dalej jesteśmy gotowi współpracować z Ukrainą i ją wspierać", – powiedział szef polskiego resortu spraw zagranicznych, ale i tak nie mógł powstrzymać się przed krytycznymi uwagami w stronę banderowców, oskarżając ich zarówno o rzeź wołyńską, jak i o holokaust. Kolejnej noty protestacyjnej w tej sprawie ambasador Polski na Ukrainie Jan Piekło nie dostał, został jednak zmuszony do zapoznania się z tym nieprzyjemnym dokumentem z innego powodu.

Nowy skandal pojawił się teraz praktycznie na równym podłożu przez czyjąś hipertroficzną kreatywność. Pan Piekło, jak mówi rzecznik MSZ Ukrainy Marjana Beca, dostał notę przez zamiary Polski, dotyczące umieszczenia na stronach nowego paszportu wizerunku "Cmentarza Orląt", znajdującego się na terenie Cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie, gdyż zgodnie z planem polskiego MSW na nowym paszporcie zostaną przedstawione ważne dla Polski historyczne postacie i motywy. W nocie wyrażono stanowczy protest Ukrainy wobec tego pomysłu. "Ukraina rozpatruje takie zamiary jako nieprzyjazny krok, który negatywnie wpływa na rozwój strategicznego partnerstwa ukraińsko-polskiego", – podkreśliła rzeczniczka. Polska inicjatywa polega na tym, by w następnym roku z okazji stulecia niepodległości wydać nowy projekt paszportu. W przygotowaniu dokumentów zostanie wykorzystany wspomniany Pomnik Orląt we Lwowie, może się również pojawić wizerunek Ostrej Bramy (znanej jako Brama Świtu), znajdującej się w Wilnie. Litwa zareagowała szybciej niż Ukraina – tydzień przed kijowską notą protestacyjną minister spraw zagranicznych Linas Linkevičius oświadczył, że wyjaśnił sytuację tymczasowemu ambasadorowi Polski i ostrzegł, że tak być nie powinno.

Przypomnijmy, że polski pomnik wojskowy lub "Cmentarz Obrońców Lwowa", znany także jako Pomnik Orląt, znajduje się na terenie Cmentarza Łyczakowskiego. Są tutaj pochowani Polacy – uczestnicy walk przeciwko Zachodnioukraińskiej Republice Ludowej z 1918 roku oraz przeciwko bolszewikom z 1920 roku, a także ofiary niemiecko-polskiej wojny z 1939 roku i ruchu oporu z lat 1922-1944. W 1971 roku cmentarz został zniszczony przez radzieckie władze. W latach 1989-2005 pomnik częściowo odbudowano, a do procesu przyłączali się bezpośrednio prezydenci Kwaśniewski, Kuczma i Juszczenko.

Na tle dość już znanych ukraińsko-polskich nieporozumień wyraźniej postrzega się stanowisko kraju, który teraz najbardziej zawzięcie poddaje Kijowowi ramię. Litwa nie ogranicza się tylko do zgodnego z protokołem zapewnienia o przyjaźni i wsparciu ukraińskich interesów w konfrontacji z Rosjanami na Donbasie, choć niedawna wizyta prezydent tego nadbałtyckiego kraju Dalii Grybauskaitė stała się bardzo ważnym wydarzeniem. Głównym punktem rozmów było promowanie przez Litwę ukraińskich interesów w kontekście członkostwa w NATO oraz wzmocnienie współpracy w celu przeciwstawienia się rosyjskiej agresji. Ponadto Grybauskaitė najbardziej wyraźnie spośród europejskich liderów wyrażała poparcie dla sankcji USA wobec Federacji Rosyjskiej, podczas gdy na przykład Francja na poziomie MSZ nazwała je sprzecznymi z prawem międzynarodowym. "Z naszego punktu widzenia, z punktu widzenia NATO, Unii Europejskiej i OBWE sytuacja na wschodnich granicach pogarsza się, demonstracyjne agresywne zachowanie do tej pory się utrzymuje. Dlatego nie ma żadnych warunków do osłabienia dowolnych sankcji", – powiedziała Grybauskaitė. Znamienna jest także nieoficjalna część współczesnych, ukraińsko-litewskich stosunków. Tylko podczas koncertu "Razem do zwycięstwa", który odbył się w Dniu Obrońców Wolności Litwy, na wsparcie ukraińskich żołnierzy, którzy walczą w strefie ATO, a także dla ich rodzin zebrano 110 tysięcy euro. "Dla Ukrainy dzisiejszy dzień to czas, kiedy trzeba jednocześnie walczyć na froncie, bronić kraju i żyć, dążyć do zmian, wierzyć w przyszłość. Litwa jest jednym z tych, którzy mogą lepiej zrozumieć wielu braci Ukraińców. Nigdy nie zapomnimy, że w styczniu 1991 roku grupa wolontariuszy z Ukrainy znalazła się wśród obrońców Sejmu. W ostatnim czasie razem przeżywamy wyzwania i zagrożenia, które pojawiają się w naszych krajach. Zawsze mocno wspieramy siebie nawzajem. To serdeczne pragnienie pomagania Ukrainie, obrony prawa do wolności. Za waszą i naszą wolność. Chwała Ukrainie, Chwała Litwie!", – powiedziała prezydent Litwy. Od tego czasu z krajów bałtyckich do strefy ATO trafia sprzęt wojskowy, w tym termowizory i peryskopy, a dziesiątki ukraińskich żołnierzy przechodzą na Litwie leczenie i rehabilitację. "Będziemy kontynuować ten program (rehabilitację ukraińskich żołnierzy — red.). Jest dla nas bardzo ważne, by nie tylko pod względem wojskowym pomagać Ukrainie, ale także leczyć i rehabilitować waszych wojskowych, zwłaszcza tych, którzy byli na froncie. To nie jest tak dużo ludzi. Mimo wszystko jesteśmy jednak dumni, że nasi ludzie przyjmują waszych wojskowych jak swoich synów. Będziemy pomagać i humanitarnie, i wojskowo", – podkreśliła w tej sprawie Grybauskaitė.

Na uwagę zasługuje także inicjatywa deputowanego litewskiego Sejmu, byłego rzecznika prasowego Dalii Grybauskaitė Linasa Balsisa, który poruszył kwestię konieczności ponownego postawienia pytania o przynależność obwodu kaliningradzkiego i jego centrum administracyjnego, które kiedyś nazywano Królewcem. "Kaliningrad nie został w Poczdamie lub Helsinkach oddany Rosji w dożywotnie użytkowanie. Powiedziano: oddajemy pod administrację ZSRR, dopóki w Europie nie zostanie podpisany ostateczny traktat pokojowy" – oświadczył Linas Balsis. Jak mówi, Rosja sama naruszyła zasady nienaruszalności granic. "Aneksja Krymu (wszystkie oskarżenia, którym Federacja Rosyjska zaprzecza, mówiąc o dobrowolnym włączeniu półwyspu w skład swoich podmiotów) pokazała, że powojenny porządek w Europie kończy się, ponieważ Rosja naruszyła zasadę nienaruszalności granic ", – powiedział deputowany.

W ten sposób, kiedy Polska pokonuje swoje wewnętrzne problemy i tworzy kłopoty na arenie międzynarodowej, Kijów zyskał przyjaciół, którzy mogą konkurować o tytuł, który, wydawałoby się, jest związany z Warszawą na zawsze – "europejski adwokat Ukrainy".

Jurij Cwiach

Opinie wyrażone w dziale "Publicystyka", przekazują poglądy samych autorów i nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji.


 

Praca w Polsce