piątek, 22 wrzesień 2017 16:58

(Nie)śmieszne manewry

Ćwiczenia wojskowe „Zapad 2017” stały najgłośniejszym tematem na długo przed ich rozpoczęciem i przestaną nim być dopiero po 30 września, dniu, w którym rosyjskie wojska powinny całkowicie opuścić terytorium Białorusi. W rozumieniu Rosjan termin „powinny” zbyt często ma jednak przeinaczone znaczenie.

Jeśli wierzyć starej bajce, rosyjski żołnierz może ugotować kaszę z siekiery. Teraz okazało się, że rosyjscy technolodzy polityczni mogą spowodować lokalny armagedon i postawić na nogi pół Europy dzięki dobrze przemyślanym technologiom informacyjnym. Ćwiczenia wojskowe pod nazwą „Zapad” odbywały się jeszcze w czasach Związku Radzieckiego (na terytorium Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej oraz zbliżonych do tych terenów obwodów Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej), jednak po rozpadzie ZSRR manewry na jakiś czas zostały przerwane z powodu braku wszystkiego, czego mogło brakować. Do 1999 roku Federacja Rosyjska w pewnej mierze uporała się z kryzysem gospodarczym i wznowiła manewry „Zapad”, organizowane teraz co cztery lata.

O tym, że manewry, odbywające się w bezpośrednim sąsiedztwie granic państw członkowskich NATO, mają na celu zepsucie Europejczykom nerwów i zaprezentowanie militarnych „mięśni” putinowskiej Rosji, mówiono od dawna. Porównywano je z ćwiczeniami wojsk rosyjskich w 2008 roku na północnym Kaukazie, które zakończyły się „zmuszeniem” Gruzji do „pokoju” oraz faktyczną okupacją Osetii Południowej i Abchazji. Wspominano manewry z 2014 roku w pobliżu Soczi, będące wstępem do aneksji Krymu i wojny na Donbasie.

W swoim czasie brytyjska gazeta „The Guardian” pisała o tych ćwiczeniach wojskowych tak: „W ciągu ostatniej dekady rosyjskie siły zbrojne uległy szybkiej modernizacji, a »Zapad« zapewnia im możliwość masowych treningów. Moskwa oskarża NATO o rosnące napięcie w związku z rozmieszczeniem w ostatnich latach większych sił Sojuszu w krajach graniczących z Rosją. NATO stwierdza, że intensyfikacja rozmieszczenia wiąże się z rosyjską aneksją Krymu”. Ponadto wydanie przypominało: „Rosja nie zgłosiła, ilu żołnierzy weźmie udział w ćwiczeniach »Zapad 2017«, jednak stały przedstawiciel Rosji przy NATO Aleksandr Gruszko oświadczył, że w manewrach nie przewidziano udziału więcej niż 13 tysięcy żołnierzy – jest to ograniczenie, zgodnie z którym Rosja, według międzynarodowej umowy, zobowiązana jest umożliwić żołnierzom z innych krajów obserwację ćwiczeń”.

Z kolei „Financial Times” twierdzi, że ćwiczenia odbędą się na tle najbardziej napiętych stosunków między Wschodem i Zachodem od momentu upadku muru Berlińskiego, wobec czego niepokój sąsiednich krajów jest zrozumiały. Dowodzący amerykańskimi wojskami w Europie generał Ben Hodges powiedział, że ćwiczenia te mogą być rodzajem „konia trojańskiego”, który pozwoli Moskwie przerzucić na Białoruś swoje wojska i sprzęt, a potem je tam zostawić.

Członkowie NATO ze stażem przejęli się rosyjsko-białoruskimi grami na świeżym powietrzu, nie przeciągali jednak struny. Na przykład minister obrony Wielkiej Brytanii Michael Fallon powiedział, że „Zapad 2017” ma na celu sprowokowanie NATO i wypróbowanie jego obrony. „Rosja wypróbowuje nas przy każdej okazji. Przed nami jawi się coraz bardziej agresywna Rosja i musimy sobie z tym radzić”, – powiedział Fallon, podkreślając przy tym, że „sojusz NATO musi być silny”.

Większe zaniepokojenie wyrazili bezpośredni sąsiedzi Rosjan. Minister spraw zagranicznych Litwy Linas Linkevičius w ogóle wezwał Federację Rosyjską do odwołania ćwiczeń „Zapad 2017”. „Jesteśmy zaniepokojeni tym, że Moskwa przerzuciła na Białoruś i do granic krajów bałtyckich 4 tysiące systemów zdolnych do przenoszenia broni jądrowej, a także nie mniej niż 30 tysięcy żołnierzy. To niebezpieczne brzęczenie bronią musi się skończyć”, – powiedział szef MSZ Litwy, nazywając nieprawdopodobnymi rosyjskie dane o tym, że w ćwiczeniach weźmie udział 12 tysięcy żołnierzy. Ponadto szef litewskiego resortu spraw zagranicznych przypomniał, że Rosja w ostatnim czasie co tydzień dokonywała średnio 10 tajnych lotów nad terytorium NATO w krajach bałtyckich.

Sposoby reagowania na ćwiczenia „Zapad 2017” omówili także szefowie Sztabów Generalnych Sił Zbrojnych Ukrainy i Polski. Generał broni Leszek Surawski zauważył: „Z doświadczenia poprzednich lat widzimy, że Rosjanie z każdym kolejnym szkoleniem angażują coraz większe siły. Mówią, że te szkolenia służą obronie, zmobilizowali jednak 100 tysięcy żołnierzy. Jeśli przerzut jednej pancernej armii to ochrona, ilu żołnierzy trzeba przerzucić, by był to atak?”.

To właśnie kwestia wielkości ludzkiego i technicznego kontyngentu zaostrzyła się w sposób szczególny. Rosja i Białoruś zapewniały, że w manewrach weźmie udział około 12,7 tysiąca wojskowych. Jednocześnie na terytorium Białorusi zostanie zaangażowanych około 10,2 tysiąca żołnierzy, 370 jednostek sprzętu pancernego, w tym 140 czołgów, do 150 jednostek sprzętu artyleryjskiego oraz reaktywnej artylerii, a także ponad 40 samolotów i śmigłowców. Ponadto Ministerstwo Obrony RFN wskazywało, że rzeczywista liczba uczestników ćwiczeń będzie wynosić nie mniej niż 100 tys. żołnierzy. Jak uważa NATO, jednym z powodów, z których rosyjscy wojskowi zaniżają liczbę żołnierzy, jest dążenie Federacji Rosyjskiej do obejścia zasad przejrzystości ćwiczeń wojskowych. Zgodnie z obowiązującymi przepisami jeśli liczba uczestników ćwiczeń wojskowych przekracza 13 tys. osób, Rosja jako członek Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) musi udostępnić innym członkom organizacji szerokie możliwości obserwacji przebiegu manewrów, włącznie z lotami nad terytorium ćwiczeń i rozmowami z zaangażowanymi żołnierzami.

Europa, a także Ukraina, nie uwierzyły w oficjalne informacje, umieszczone na stronie internetowej ćwiczeń „Zapad”. Według tych danych w ćwiczeniach weźmie udział 12,7 tys. wojskowych (7,2 tys. ze strony Białorusi i 5,5 tys. ze strony Federacji Rosyjskiej), 70 samolotów, 680 jednostek sprzętu wojskowego, w tym około 250 czołgów i 200 jednostek systemów artyleryjskich, a nawet 10 okrętów. Według oceny specjalistów z krajów NATO są to największe manewry wojskowe w Rosji od czasu upadku ZSRR.

W historii „Zapadu” trafiał się jednak również niemal anegdotyczny (o ile to możliwe w temacie tak drastycznym, jak wojskowy) moment. Szef Sztabu Generalnego Białorusi Oleg Bełokoniew poinformował, że plan manewrów opiera się na doświadczeniu badania konfliktów zbrojnych z ostatnich lat — „wzrostu aktywności nielegalnych formacji zbrojnych oraz międzynarodowych organizacji separatystycznych i terrorystycznych, korzystających z zagranicznego wsparcia”. Znaleźć terrorystów w krajach bałtyckich lub na polskiej Suwalszczyźnie jest dość trudno, więc dla legendy manewrów stworzono Wiejsznorię, Wiesbarię i Łubenię, mające zagrażać wojskom Federacji Rosyjskiej i Białorusi. Cymes polega na tym, że Wesbaria znajduje się na terenie Litwy, a Łubenia na terenie Polski i stamtąd miały być prowadzone jakieś agresywne działania przeciwko biednej Wiejsznorii. Później okazało się, że mapy zaprezentowane przez rosyjskie i białoruskie dowództwo różniły się jak mapa narysowana przez Marco Polo i Muhiddina Piri. Zostały na nich przedstawione jakieś istniejące na tym świecie rzeczy, jednak wizerunki te miały niewielki związek z rzeczywistością.

Reakcja Białorusinów na „utworzenie” Wiejsznorii, Wiesbarii i Łubenii była godna. Rozumiejąc, że z niebezpieczeństwem najlepiej można poradzić sobie za pomocą śmiechu, dowcipnisie dali upust fantazji. Powstał hymn, godło i paszport Wiejsznorii, a sam termin zmienił się w popularny w Internecie mem.

O poważnym aspekcie rozwoju wydarzeń opowiedział wyczerpująco na antenie jednego z kanałów telewizyjnych ekspert wojskowy Ołeksij Arestowycz. Jego zdaniem „Zapad 2017” skupi się na korytarzu suwalskim, co jest koszmarem Polski, krajów bałtyckich, NATO i UE. A Rosjanie z powodzeniem i skutecznie pracują z lękami swoich przeciwników. Jeśli chodzi o sytuację na Białorusi, Arestowycz zaznaczył, że kraj ten znajduje się obecnie na rozdrożu – albo będzie to suwerenne, niezależne państwo, albo całkowicie uzależniona od Rosji mała część ziem. Zdaniem eksperta na Białorusi jest teraz realizowany wariant krymski, co oznacza, że Rosjanie nie tyle chcą zostawić swoje czołgi na skrzyżowaniach, co aktywnie pracują z białoruskimi strukturami siłowymi, dyplomatami i liderami opinii, przeciągając ich na swoją stronę, by, gdy przyjdzie na to czas, 90% białoruskich żołnierzy uznało, że są zwolennikami niepodległej Białorusi w sojuszu z Rosją, a nie w pełni suwerennej Białorusi bez żadnych wojskowych i politycznych związków z Federacją Rosyjską. Na razie wszystko dzieje się w tym kraju tak samo, jak miało to miejsce z Krymem, gdy 90% składu SBU przeszło na stronę FR. W tym celu nie trzeba zostawiać na Białorusi 40 tysięcy żołnierzy, potrzebne są tylko kompleksowe działania, co właśnie robi Rosja.

Natomiast prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka jest pełen optymizmu. „Jak zostaną wprowadzone tu wojska, tak równiutko stąd pójdą... Zostaną wysadzone gdzieś w pobliżu poligonu, rozbiją obóz, będzie tam skład amunicji bojowej — tylko po to, by strzelać do tarczy strzeleckich, pozostałe pociski to amunicja ćwiczebna. Wszystko jest pod kontrolą”, – powiedział „batiuszka” przed rozpoczęciem ćwiczeń „Zapad 2017”. Czy optymizm najważniejszego Białorusina jest uzasadniony, okaże się już w najbliższym czasie.

 
Jurij Cwiach

 

Praca w Polsce