wtorek, 03 październik 2017 10:19

W oczekiwaniu na majora Kellera

Na Donbasie starszy kapral Cichy (w końcu to Mirosław Baka) nie będzie odstrzeliwał bandytom głów, a kapral „Houdini” Moraczewski (bardziej znany jako Zbigniew Zamachowski) nie będzie pokazywał sztuczek i wykradał kaset z kompromitującymi materiałami. Major Edward Keller będzie pierwszym po Bogu tylko w kultowym filmie „Demony wojny według Goi”, gdzie ze swoimi żołnierzami uratuje bośniacką wieś i zaprowadzi sprawiedliwość. Ukraińskie realia nie doczekają się postaci Bogusława Lindy, a jeśli gdzieś pod Gorłówką lub Piskami pojawią się „błękitne hełmy”, będą one mieć rozstaw oczu i kolor skóry póki co niewłaściwy Europejczykom.

Od samego początku wojny między Rosją i Ukrainą, delikatnie nazwaną operacją antyterrorystyczną, o kontyngencie pokojowym na terenach tymczasowo okupowanych Ukraińcy mówili niemal jak o panaceum. Rosjanie natomiast reagowali na hasło „kontyngent pokojowy” jak diabeł na wodę święconą. Dla dość dużej liczby Ukraińców „błękitne hełmy” stały się czymś w rodzaju kondotierów, którzy pojawią się na okupowanym Donbasie, w jakieś czterdzieści minut wystrzelają terrorystów i rosyjskich okupantów, a następnie zostaną powitani tradycyjnym chlebem i solą oraz wrócą do swoich włości. Władze Kijowa nie prostowały tej naiwnej opinii obywateli, a po cichu wcielały w życie swoją wizję rozmieszczenia misji pokojowej na tymczasowo okupowanych terytoriach obwodu donieckiego i ługańskiego.

Nagle jednak o wojskach ONZ w strefie ATO zaczęto mówić na Kremlu. Jak zawsze w tym pomieszczeniu funkcjonuje własna idea „zmuszenia do pokoju”, a gospodarz budynku z czerwonej cegły, na którym od czasu do czasu dzwonią kuranty, zdecydował, że kontyngent pokojowy pojawi się na terenie Ukrainy po spełnieniu warunków, które spodobają się samemu Władimirowi Putinowi. Zachcianki kremlowskiego gospodarza przedstawił jego sekretarz prasowy Dmitrij Pieskow: „Istota rosyjskiej propozycji i rosyjskiej inicjatywy polega na tym, że ta misja ONZ mogłaby zapewniać bezpieczeństwo pracowników misji OBWE w tych miejscach, w których wykonują oni swoje zadania”. Jak mówi, misja pokojowa będzie pełnić swoje funkcje na linii rozgraniczającej. Wcześniej Pieskow wskazał również największy lęk swojego szefa. ONZ przygotowuje rezolucję, która oficjalnie nazywa Rosję krajem agresora, co oznacza, że sankcje gospodarcze, i tak negatywnie wpłynęły już na bieżący stan rachunku Putina i jego najbliższego otoczenia, zostaną wzmocnione. „Przy stanowisku, według którego Rosja rzekomo jest agresorem, raczej nie będzie miejsca do manewru. Opinia ta przeczy bowiem realnemu stanowi spraw”, – powiedział Pieskow, odpowiadając na pytanie o to, czy jest możliwy kompromis w sprawie misji ONZ na Donbasie, jeśli Ukraina będzie domagać się włączenia do mandatu misji sformułowania o „zmuszeniu do pokoju”.

W tłumaczeniu z rosyjskiego języka dyplomatycznego inicjatywy Kremla oznaczają, że kraj agresora chce umyć ręce i rozmieścić nie pełnowartościowy kontyngent pokojowy, a ochroniarzy pracowników OBWE (którzy, swoją drogą, nie przepracowują się szczególnie w oddzielnych rejonach obwodu donieckiego i ługańskiego, pojawiając się w naprawdę gorących punktach skrajnie rzadko). Do odcinka granicy z Federacją Rosyjską, który nie podlega kontroli ukraińskich sił zbrojnych, misja pokojowa i tak nie zostanie dopuszczona, co oznacza, że z Federacji na tereny okupowane przez granicę nadal będzie trafiać wszystko, zaczynając od czołgów, a kończąc na nieadekwatnych najemnikach. O takiej specyficznej misji pokojowej wypowiedział się minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow: „To nie siły ONZ, to właśnie misja zajmująca się ochroną obserwatorów OBWE. W pełni odpowiada ona logice porozumienia mińskiego”. Głównym skutkiem innowacji na wschodzie Ukrainy stanie się to, że po wykonaniu tego niezbyt skomplikowanego manewru Rosja, przekonująca, że nie jest stroną konfliktu, będzie mogła stwierdzić: „Wypełniliśmy postanowienia porozumienia mińskiego, proszę znieść sankcje”. Równolegle powtarzana jest mantra o tym, że na Ukrainie ma miejsce nie rosyjska agresja, a wojna obywatelska. Natomiast misja pokojowa będzie w tym procesie znaczącym argumentem, ponieważ „błękitne hełmy” funkcjonują zwykle w strefach wewnętrznych konfliktów. Następnie zostanie wprowadzona przewidziana w postanowieniach porozumienia mińskiego amnestia oraz przeprowadzone lokalne wybory, wskutek których do Rady Najwyższej trafią dzisiejsi kolaboranci. Ukraina złapie się na rosyjski haczyk i początkowo zapomni o eurointegracji, a później powtórzy historię sprzed stu lat, gdy niepodległość została utracona naprawdę i na długo.

Rzecz jasna władze Kijowa nie mogły nie przewidzieć takiego scenariusza i twardo podtrzymują swoje stanowisko – misja musi zostać rozmieszczona na całym terytorium Donbasu, także wzdłuż ukraińsko-rosyjskiej granicy. Powinna również zapewniać bezpieczeństwo ludzi oraz wycofanie pancernego sprzętu i artylerii. Ukraińskim dyplomatom udało się przekonać o celowości podobnego algorytmu także zachodnich partnerów. Specjalny przedstawiciel Departamentu Stanu USA ds. Ukrainy Kurt Volker opowiedział o amerykańskiej wizji misji pokojowej na Donbasie. „Co najpierw powinna zrobić misja pokojowa? Powinna ochraniać i zapewniać pokój, powinna kontrolować wycofanie pancernego sprzętu i artylerii”, – oświadczył Volker. Okazało się, że Amerykanie myślą tak samo jak Poroszenko i są przekonani, że misja powinna zostać rozmieszczona na całym terytorium Donbasu, także wzdłuż ukraińsko-rosyjskiej granicy. „Widzimy konflikt, który trwa od trzech lat. Porozumienie mińskie znalazło się w ślepym punkcie. A teraz mówimy o bezpieczeństwie... Ludzie wciąż giną, ogień nie zostaje wstrzymany, dosłownie kilka dni temu ludzie też ginęli. Powinniśmy więc znaleźć pewne rozwiązanie, wyjść z tego ślepego zaułka. To bardzo ważne”, - podkreślił Volker. Co prawda z porozumieniem mińskim póki co nie wszystko idzie gładko. Volker mówi, że proces w białoruskiej stolicy zatrzymał się w ślepym punkcie, kontynuuje jednak: „Przede wszystkim główny cel (misji pokojowej) to zapewnienie bezpieczeństwa ludzi, a żeby przeprowadzić wybory, musimy wykonać postanowienia porozumienia mińskiego”. Porozumienie jest więc w ślepym punkcie, jego postanowienia trzeba jednak wykonywać – w takich oświadczeniach logika gdzieś się zgubiła.

Amerykański specjalny przedstawiciel Volker jest jednak teraz na Zachodzie najaktywniejszym moderatorem tematu pokoju w ukraińsko-rosyjskiej wojnie. Jak jest przekonany, początkowo trzeba osiągnąć kompromis w sprawie misji, a dopiero potem rozmieszczać ją na Donbasie. Volker zaznaczył również, że podczas negocjacji w ramach procesu normandzkiego i mińskiego dyskutuje się na temat tego, jakie kroki powinny zostać podjęte najpierw – czy dotyczące bezpieczeństwa, czy procesu politycznego. „Rzecz jasna jeśli będziemy mieć misję pokojową, może to dać trochę czasu na podjęcie pewnych politycznych kroków w ramach procesu mińskiego”, – oświadczył Volker. Podkreślił przy tym, że kwestia zatwierdzenia szczególnego trybu realizacji lokalnego samorządu na Donbasie powinna zostać rozpatrzona przez Radę Najwyższą. „O jakich wyborach w ogóle może być mowa, jeśli Ukraina nie ma dostępu do własnych terenów?”, – zapytał Volker. „Wybory są możliwe tylko w tym wypadku, kiedy będziemy mieć bezpieczeństwo”, – podsumował Amerykanin.

Dyplomatyczne dyskusje w Nowym Jorku i Mińsku trwają, a dla zdecydowanej większości praworządnych obywateli wyrażenie „błękitne hełmy” pozostaje zazwyczaj terminem znanym z filmów. Prawdziwe pokojowe siły zbrojne pod egidą ONZ pojawiły się w 1948 roku, kiedy pierwsza misja zaczęła pracować na Bliskim Wschodzie. Działa tam zresztą nadal. Przez cały ten czas misja z różnymi mandatami przeprowadziła 71 operacji, a 16 z nich trwa do dziś. „Błękitne hełmy” od 1949 roku podejmują próby utrzymania porządku między Indiami i Pakistanem (przy czym w błękitnych hełmach ze skrótem UN w różnych konfliktach bierze udział mniej niż 20 tysięcy obywateli tych wrogich dla siebie krajów), misja pokojowa funkcjonuje na północy Cypru oraz w Saharze Zachodniej, w Liberii, Kongo, na Wybrzeżu Kości Słoniowej, w Sudanie, Mali, na Haiti i w innych egzotycznych krajach. W Europie ONZ-owskie misje pokojowe dotąd biorą udział w tymczasowej administracji w Kosowie. Za zapewnianie pokoju na świecie w 1988 roku „błękitne hełmy” ONZ zostały nagrodzone nagrodą Nobla, choć co prawda złe języki mówiły, że Nobla dostały jedynie z okazji czterdziestolecia działalności, a przez całą historię swojego istnienia nie zrobiły nic sensownego.

Według oficjalnych danych na terenach, na których działają misje pokojowe, bierze w nich udział ponad 95 tysięcy żołnierzy i policjantów w błękitnych hełmach. Większość żołnierzy w kontyngentach pokojowych stanowią przy tym przedstawiciele Azji, a także wielu Afrykanów. Największą reprezentację w ONZ-owskim kontyngencie pokojowym ma wspomniany Pakistan, trochę mniej jest żołnierzy z Bangladeszu. Błękitne hełmy nosi też wielu obywateli Ghany, Etiopii, Egiptu i Ruandy. Przedstawicieli Unii Europejskiej w szeregach uzbrojonych misji pokojowych jest mniej niż 10%.

Jednak to nie kolor skóry jest czymś, o czym najczęściej wspomina się w związku z „błękitnymi hełmami”. W „historii choroby” figurują przede wszystkim wydarzenia z 1994 roku, kiedy belgijski kontyngent nie interweniował podczas masakry urządzonej przez bojówkarzy plemienia Hutu swoim rodakom z plemienia Tutsi w środkowoafrykańskiej Ruandzie (swoją drogą, obecnie w siłach pokojowych służy około 3,5 tysiąca przedstawicieli tego kraju). Belgowie wycofali się, a wskutek ludobójstwa zginęło co najmniej 800 tysięcy osób. Najbardziej znany przypadek pochodzi z 1995 roku, kiedy to holenderskie wojska pokojowe wydały Serbom oddział muzułmańskich Bośniaków, a ci jeńców wyrżnęli. Natomiast do największych porażek misji pokojowych doszło właśnie w Afryce. W 2016 roku gruzińscy i francuscy żołnierze z kontyngentu w Republice Środkowoafrykańskiej zostali oskarżeni o wykorzystywanie seksualne nieletnich. Niedawno The Associated Press opublikowała informacje o tym, że przez ostatnie 13 lat misje pokojowe i pracownicy ONZ zostali oskarżeni o 700 przypadków przemocy seksualnej i wykorzystywania w Kongo. Łącznie na świecie liczba skarg sięgnęła 2000. Zaznaczono, że w Kongo stacjonuje największy kontyngent pokojowy ONZ, którego koszt utrzymania wynosi miliard dolarów rocznie. Do dziś ONZ dostaje skargi związane z przemocą seksualną, której dopuszczają się przedstawiciele misji pokojowych. W 2017 roku wpłynęły 43 skargi z całego świata, a jedna trzecia z nich przypadła na Kongo. Agencja AP opowiedziała o przypadku 14-letniej dziewczynki z tego kraju, zgwałconej przez przedstawiciela misji pokojowej ONZ z Pakistanu na oczach innych dzieci w obozie uchodźców. Dziewczynka poinformowała o gwałcie, jednak ONZ nie udzieliło jej żadnej pomocy. Później okazało się, że zaszła w ciążę i urodziła dwójkę dzieci. Agencja zaznacza, że przez ponad rok prowadziła śledztwo w tej sprawie. Pomimo reformy, którą Organizacja Narodów Zjednoczonych obiecała przeprowadzić w ciągu dziesięciu lat, kierownictwo ONZ nie zdołało powstrzymać przypadków przemocy seksualnej i nie pomagało jej ofiarom. Postępowania w tych sprawach zostały przerwane lub przekazane krajom, z których pochodzili przestępcy z misji pokojowych.

Dla Ukrainy pojawienie się „błękitnych hełmów” w rozwoju wojskowego scenariusza póki co pozostaje sprawą odległej przyszłości. W końcu nawet jeśli Rada Bezpieczeństwa ONZ sprawnie przyjmie odpowiednie orzeczenie, co, biorąc pod uwagę biurokrację całej Organizacji, jest mało prawdopodobne, Zgromadzenie Ogólne rozpocznie debaty na temat uprawnień misji pokojowych i źródeł ich finansowania. Budżet misji będzie zapełniany według pewnego schematu dzięki wkładom krajów członkowskich ONZ, a orzeczenie o skierowaniu swoich żołnierzy do strefy konfliktu każde z państw przyjmie osobno. Póki co można natomiast obejrzeć „Demony wojny według Goi” i mieć nadzieję, że czasem także w życiu bywa tak, jak w filmie. Z happy endem.

Jurij Cwiach

 

Opinie wyrażone w dziale "Publicystyka", przekazują poglądy samych autorów i nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji.

 

Praca w Polsce