środa, 08 listopad 2017 11:43

Truskawiecka wersja Morza Martwego

Biblijna Sodoma i Gomora leżały na brzegu najbardziej słonych wód planety. Nie przeprowadzając żadnych porównań z tymi miejscowościami, stwierdzamy, że całkiem współczesny Truskawiec i Drohobycz mają problemy. Póki co nie jest tak poważne, jak w czasach sprawiedliwego Lota.
Historia, która może mieć wyjątkowo nieoczekiwaną (i, co jest bardzo możliwe, dramatyczną) kontynuację, zaczęła się od lekkiego trzęsienia ziemi. Burmistrz Truskawca Andrij Kulczyński napisał wówczas w sieci Facebook: „Dzisiaj (30 września – red.) w nocy w strefie prac »Poliminerału« (Stebnik) nad starą jamą krasową o powierzchni 100 na 100 metrów runęły sklepienia. Miało to miejsce 500 metrów od drogi Drohobycz – Truskawiec. Zawalił się teren o średnicy 300 metrów na głębokość do 50 metrów”. Mer niespodziewanie zaznaczył, że nic strasznego się nie stało, ponieważ upadek był prognozowany już od dawna i podkreślił, że zagrożenia dla Truskawca i jego złóż mineralnych nie ma. Własny optymizm pan Kulczyński trochę zepsuł, mówiąc, że „na miejscu osuwu z czasem może powstać zbiornik wodny o wysokiej mineralizacji wód jak w Morzu Martwym”. W ten sposób okazało się, że nawet burmistrz nie bardzo wie, jakie cuda dzieją się pod jego stopami.

Tymczasem Państwowa Służba ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, powołując się na dane z opracowania sieci sejsmicznej autorstwa Wydziału ds. Aktywności Sejsmicznej Regionu Karpackiego Instytutu Geofizyki Narodowej Akademii Nauk stwierdziła, że epicentrum nocnego trzęsienia ziemi, do którego doszło o godzinie 00:46 w dniu 30 września, znajdowało na głębokości 2,2 km oraz 6,2 km na wschód od miejsca, w którym powstała dziura. Później pojawiła się informacja, że na ziemiach w pobliżu Drohobycza i Truskawca istnieją duże podziemne jamy, powstałe w wyniku aktywnego wydobycia soli potasowych w latach 70. i 80. ubiegłego wieku. Kierując się logiką Andrija Kulczyckiego, optymistycznie pocieszano się. O wyrwie w glebie wiedziano już od czterdziestu lat, ale niczego nie robiono, tradycyjnie mając nadzieję na to, że Bóg jakoś pomoże uporać się i z tą kabałą. W końcu na mocy orzeczenia Komisji ds. Bezpieczeństwa Techniczno-Ekologicznego i Sytuacji Kryzysowych w miejscu wypadku rozmieszczono uzbrojonych strażników i zaczęto przeprowadzać monitoring.

Historią zainteresowała się Lwowska Obwodowa Administracja Państwowa, która doszła do wniosku, że w najbliższym czasie wokół przepaści w pobliżu Truskawca, powstałej w wyniku trzęsienia ziemi, może dość do obsunięcia się gruntów w odległości około 50 metrów. Jak mówi dyrektor Departamentu Ekologii i Zasobów Naturalnych LOAD Rusłan Hreczanyk, obecnie wyrwę w pobliżu Stebnika badają specjaliści firmy „Instytut Hirimprom” i Państwowej Inspekcji Ekologicznej. Teren monitorują również naukowcy z Iwano-Frankiwskiego Narodowego Uniwersytetu Technicznego Nafty i Gazu.

„Miejsce obsunięcia się gruntu zostało ogrodzone, by nie dopuszczać do niego osób postronnych. Przeprowadzono odpowiednie prace w zakresie wyjaśniania sytuacji miejscowej ludności. Teren w promieniu około 50 m od przepaści jest niebezpieczny, bo w każdej chwili może dojść do obsunięcia się gruntu, – powiedział Rusłan Hreczanyk. – W nocy zakończyły się poprzednie badania tego obszaru, należy dokonać weryfikacji ich wyników i przekazać je administracji państwowej. Jeśli chodzi o bardziej szczegółowe badania, ich cenę obliczają teraz specjaliści z Iwano-Frankiwskiego Narodowego Uniwersytetu Technicznego Nafty i Gazu. Kiedy będzie ona znana, a według ostrożnych szacunków jest to co najmniej 1,5 mln hrywien, obwodowe władze zwrócą się do Gabinetu Ministrów z prośbą o przeznaczenie pieniędzy z funduszu rezerwowego”.

Jak mówi szef Państwowej Inspekcji Ekologicznej w obwodzie lwowskim Mykoła Małanycz, o możliwości obsunięcia się gruntu wiedziano już około 10 lat temu. Przez cały ten czas sp. z o. o. „Stebnickie Przedsiębiorstwo Górniczo-Chemiczne »Poliminerał«” nie robiła nic w celu usunięcia zagrożenia. „Obsunięcie się gruntu było prognozowane – badacze wyraźnie potwierdzili to już 10 lat temu. Po tym, jak zakład przeszedł w ręce prywatne, znaleziono tam jamy krasowe. Został wówczas opracowany szczegółowy projekt konserwacji i rekultywacji, w ramach którego zamierzano te jamy wypełnić solanką o określonym stężeniu, ale tego nie zrobiono – powiedział Mykoła Małanycz. – Państwowa Inspekcja Ekologiczna od trzech lat prowadzi monitoring i wprowadza odpowiednie przypisy, ponieważ firma ta nie spełnia wszystkich wymogów, przewidzianych w umowie kupna i sprzedaży. Wszystkie materiały skierowano do prokuratury, Służby Bezpieczeństwa i Funduszu Mienia Państwowego. Trzy miesiące temu w związku z tym wszczęto postępowanie karne”.

Firma „Poliminerał”, figurująca w tej sprawie, jest szczególnym „rodzynkiem”. Od 2013 roku ta spółka z ograniczoną odpowiedzialnością należy do przedsiębiorcy Ołeha Bachmatiuka, którego majątek magazyn „Forbes” oszacował na 1 miliard dolarów. Oligarcha specjalizuje się w kompleksie rolniczym i operacjach w sektorze finansowym. W ostatnim czasie Bachmatiuk ma ciągłe problemy i z Narodowym Bankiem Ukrainy, i z organami ścigania. Jego aktywa tymczasowo aresztowano, po czym areszt został zniesiony, a proces zaczynał się od nowa. To jasne, że mając takie kłopoty, 43-letni przedsiębiorca nie zwracał uwagi na „jakieś tam” trzęsienia ziemi, obsunięcia gruntów i ewentualne katastrofy ekologiczne. Tymczasem wspomniany Mykoła Małanycz poinformował, że w bieżącym roku w związku z działalnością „Poliminerału” LOAP skierowała 34 listy do wszystkich możliwych instancji – od struktur kontrolujących do Funduszu Mienia Państwowego i odpowiednich ministerstw, które poinformowano o niedotrzymaniu przez firmę warunków umowy.

Podczas gdy obwodowa administracja podejmuje próby pociągnięcia Bachmatiuka do odpowiedzialności, zwykli obywatele spodziewają się, że w ich sąsiedztwie pojawi się nowa ciekawostka przyrodnicza (na to liczą optymiści) lub nastąpi kolejne trzęsienie ziemi, a wyrwa urośnie do katastrofalnych rozmiarów (tego boją się pesymiści). Natomiast specjaliści „łatają” bieżące problemy. Na drodze łączącej Truskawiec i Drohobycz już odkryto liczne pęknięcia, które pojawiły się tam po zawaleniu się jam krasowych w opuszczonych kopalniach potasowych. Okazało się, że takie jamy ciągną się także pod główną autostradą wiodącą do znanego ukraińskiego kurortu, a zdaniem ekspertów jej zawalenie się to tylko kwestia czasu. Obecnie pozwolono tu tylko na ruch samochodów osobowych, a specjaliści opracowują plan alternatywnej trasy. Według prognoz tych, którzy spodziewają się katastrofy, mogą zawalić się co najmniej dwa kilometry drogi.

Lwowska Rada Obwodowa na dziś zdołała wydzielić tylko 1,48 mln hrywien na badania jam krasowych w pobliżu Truskawca. Dyrektor Departamentu Ekologii i Zasobów Naturalnych Lwowskiej Obwodowej Administracji Państwowej Rusłan Hreczanyk podczas omawiania tej kwestii oświadczył, że środki te zostaną przeznaczone na monitorowanie sytuacji, która powstała po zawaleniu się jam krasowych w opuszczonych kopalniach. Monitoring prowadzić będą specjaliści z Iwano-Frankiwskiego Narodowego Uniwersytetu Technicznego Nafty i Gazu i niemieckiej firmy K-UTEC AG. Gabinet Ministrów ma utworzyć rządową komisję ds. badania przyczyn obsunięcia się gruntu, która, co najważniejsze, wymyśli, co robić dalej. A policja i Służba Bezpieczeństwa Ukrainy zgodnie ze swoimi obowiązkami mają znaleźć i pociągnąć do odpowiedzialności osoby, których działania lub bezczynność doprowadziły do takiej sytuacji.

Jednakże w Galicji zawsze było więcej optymistów niż pesymistów. Dlatego Truskawiec nie zabrał się za szybkie rozwiązywanie problemu zawalenia się jam krasowych, a wybrał zupełnie inny, oryginalny sposób. Mieszkaniec Truskawca Ihor Kisak za własne środki postanowił zainstalować 12-metrowy betonowy posąg Jezusa Chrystusa, według planów mający być kopią „Chrystusa Zbawiciela” z brazylijskiego Rio de Janeiro. Ta architektoniczna budowla stanie w najwyższym punkcie Truskawca na górze Hoszowskiej. Autor nie mówi, ile kosztowało go zainstalowanie pomnika Mesjasza, jednak aspekt finansowy przejawił się w czymś innym – budowę próbowała skontrolować komisja lokalnego oddziału Państwowej Inspekcji Architektoniczno-Budowlanej. Architekci mieli sprawdzić, czy podczas ustawiania rzeźby nie zostały naruszone normy budowlane, co mogłoby doprowadzić do zniszczenia góry Hoszowskiej. Ihor Kisak nie wpuścił jednak przedstawicieli resortu na plac budowy, za co został ukarany grzywną w wysokości 50 tys. hrywien. Mężczyzna już odwołał się od tej kary w sądzie. „Gdyby ludzie, którzy nazywali siebie komisją Państwowej Inspekcji Architektoniczno-Budowlanej, mieli wszystkie odpowiednie dokumenty, nie stawiałbym im żadnego oporu. Nie mieli ani zaświadczeń, ani nakazu sprawdzenia tej budowy, wobec czego przeszkodziłem im legalne. I udowodnię to w sądzie”, – dodał Ihor Kisak.

Teraz można się spodziewać, że pojawi się kolejny przedsiębiorczy mieszkaniec, który wypełni jamy krasowe wodą, jaka wchłonie w siebie pierwiastki z tablicy Mendelejewa, a tych jest tam pod dostatkiem. Potem można zrobić coś w rodzaju izraelskiego Morza Martwego i czekać na napływ turystów i waluty. Optymizm mieszkańców Truskawca może pokonać wszelkie przeciwności losu.

Jurij Cwiach
4RgN5lAoQHU

 

Praca w Polsce