sobota, 02 grudzień 2017 14:59

Zepsuta inkarnacja O. Henry'ego

Autor gatunku short-story William Sydney Porter (bardziej znany jako O. Henry) wpadł na nadużyciach finansowych w Stanach Zjednoczonych i uciekł do Hondurasu. Tam ukrywał się przez chwilę, w końcu jednak wrócił do ojczyzny, gdzie został zapakowany do więzienia. Szef Państwowej Agencji ds. Inwestycji i Zarządzania Projektami Narodowymi Ukrainy Władysław Kaśkiw nie miał dobrych pseudonimów, ale również ukrywał się tam, gdzie są palmy, małpy i metysi. Kaśkiw nie stanie się autorem, o którym będą uczyć na uniwersytetach USA lub Wielkiej Brytanii, ma jednak szansę na ciekawą przyszłość gdzieś w Kijowie.

„W nocy 1 listopada Prokuratura Generalna Ukrainy i Służba Bezpieczeństwa dokonały ekstradycji z Panamy na Ukrainę byłego szefa Państwowej Agencji ds. Inwestycji i Zarządzania Projektami Narodowymi Ukrainy Władysława Kaśkiwa, podejrzewanego o przywłaszczenie w 2012 roku w zmowie z innymi osobami środków z budżetu państwowego Ukrainy na kwotę około 7,5 mln hrywien”, – napisał szef Prokuratury Generalnej Ukrainy Jurij Łucenko na Facebooku, otwierając w ten sposób nowy rozdział w biografii być może najbardziej oryginalnego spryciarza w historii Ukrainy.

Władysław Kaśkiw stał się legendą jeszcze w czasach pomarańczowej rewolucji, kiedy kierowana przez niego partia „Pora” była czymś w rodzaju prekursora „Prawego Sektora”. Towarzysze młodego polityka w tamtych czasach obchodzili się bez automatów, dokonywali jednak zauważalnego poruszenia za pomocą metalowych beczek, które przerabiali na bębny, a także stale pikietowali pod różnymi instytucjami. Co prawda złe języki już wtedy mówiły, że Kaśkiw niezbyt poważnie traktował środki, które zostały spożytkowane na wydarzenia z zimy 2004-2005 i to dlatego część finansów zniknęła w nieznanym kierunku. Później „Pora” rozpadła się, po czym w ogóle zeszła na pobocze, sam Kaśkiw jednak wyrósł, nabrał masy i postanowił pójść w wielką politykę. Pod koniec 2005 roku stał się niezależnym doradcą prezydenta Juszczenki, a w 2007 roku uzyskał mandat posła, został członkiem frakcji „Nasza Ukraina – Ludowa Samoobrona” i stanął na czele podkomisji Rady Najwyższej Ukrainy do spraw państwowego budownictwa i miejscowego samorządu. Później Kaśkiw dobrał się do wyższych stanowisk – został doradcą premiera (stanowisko to w owym czasie piastował już Wiktor Janukowycz) ds. inwestycji zagranicznych, a w parlamencie przeniósł się na stanowisko szefa podkomisji ds. inwestycji i rozwoju Komitetu Rady Najwyższej Ukrainy do spraw Przemysłu oraz Polityki Regulacyjnej i Przedsiębiorczości. W tamtych czasach Władysław wyróżniał się również swoim niezwykłym hobby – ludowy deputowany i doradca lubił czasami dorabiać jako kelner w elitarnym lokalu „Caribbean Club”.

Nadejście na ukraiński polityczny Olimp Wiktora Janukowycza stało się apogeum kariery Kaśkiwa. Władysław po tym, jak stanął na czele Państwowej Agencji Inwestycyjnej, opowiadał, że wszelkiego rodzaju Rothschildowie i Rockefellerzy będą nosić pieniądze walizami, a zainwestować swoje środki w gospodarkę Ukrainy zechcą arabscy szejkowie i rekiny z Wall Street. Prawdziwa działalność Kaśkiwa jest godna anegdoty. W 2012 roku podpisał on miliardowy kontrakt z hiszpańską firmą Gas Natural, która miała zainwestować środki w terminale LNG na Ukrainie. Później okazało się, że nikt z Gas Natural nie zna Jordiego Sardy Bonvehi, który stawiał swój autograf pod dokumentami. Śledczy ustalili, że ten potomek Hidalgo nie ma żadnego związku z działalnością inwestycyjną, a pracuje jako instruktor narciarski.

Po Rewolucji Godności Kaśkiw zniknął z przestrzeni informacyjnej i wypłynął dopiero w Panamie. W zeszłym roku miejscowi stróże prawa rzekomo nawet go zatrzymali, jednak emerytowany pracownik frontu inwestycyjnego wniósł kaucję w wysokości 600 tysięcy dolarów i nadal przebywał za oceanem. W tym roku Kaśkiw wrócił jednak do historycznej ojczyzny i nie warto myśleć, że męczyła go tęsknota za sadami wiśniowymi, nad którymi chrabąszcze brzęczą. Powrót był mieszaniną zagadek i nieśmiesznych żartów. Jeszcze w marcu zastępca prokuratora generalnego Jewhen Jenin raportował: „Władze Panamy odmówiły Kaśkiwowi statusu uchodźcy politycznego. To jeszcze nie finał, ale znaczący krok naprzód”. Odpowiednie organy musiały jednak czekać na Władysława na lotnisku Boryspol jeszcze ponad pół roku. Przylot Kaśkiwa na Ukrainę składał się z kalejdoskopu wypowiedzi, które wzajemnie się wykluczają, a ich ostateczny sens jest niezrozumiały.

Nerwy i wizerunek Prokuraturze Generalnej zaczął psuć były pierwszy zastępca przewodniczącego Administracji Prezydenta Janukowycza Andrij Portnow, który w przeciwieństwie do Kaśkiwa po zmianie władzy wyjechał nie na zachodnią półkulę, a do Rosji, gdzie klimat jest lepszy, a o ekstradycji nie było mowy. „Prokuratura Generalna poinformowała o wspólnej z SBU, udanej operacji w sprawie Władysława Kaśkiwa, który przebywał w Panamie, nazywając to pierwszym przypadkiem ekstradycji i stwierdzając, że ostrzegano, iż nikt i nigdzie się nie ukryje. Delikatnie mówiąc, jest to tani PR, a nie operacja specjalna. Kaśkiw kilka miesięcy temu na piśmie poprosił panamskie władze o swoją dobrowolną ekstradycję na Ukrainę, udowadniał panamskiemu sądowi, że nie ma nic do ukrycia, a potem jeszcze kupił bilet na własny koszt. Wczoraj swobodnie poruszał się po lotnisku w Amsterdamie, a w nocy przyleciał do Kijowa, wcześniej informując o tym ukraińskich śledczych”, – zniweczył Portnow ekspresyjną relację Łucenki.

Z finansowymi cyframi wokół Kaśkiwa również wyszedł casus. Peczerski Sąd Rejonowy Kijowa tak szybko, jak to możliwe, w dniu powrotu zbiega, wyznaczył wobec niego alternatywny środek zapobiegaw czy w postaci kaucji, która wyniosła aż 160 tysięcy hrywien – kwota ta wydaje się śmieszna w porównaniu z milionami, o których kradzież podejrzewa się Kaśkiwa. Sędziowie zdecydowali się na taki gest po tym, jak jego ochrona przedstawiła sądowi zaświadczenie o pełnej rekompensacie ostatniej wyrządzonej państwu szkody, uwzględniając również, że ma on piątkę nieletnich dzieci.

Ucieszony takim przebiegiem spraw Kaśkiw nieprzemyślanie powiedział: „By przerwać spekulacje dotyczące strat Skarbu Państwa, postanowiłem je zrekompensować niezależnie od ostatecznego orzeczenia sądu. Z tych samych powodów postanowiłem samodzielnie zapłacić za przelot”. Pierwsze logiczne pytanie brzmi: jeśli nie jesteś niczemu winny, po co coś rekompensować? Drugie – jaką kwotę odda do budżetu państwa Kaśkiw? Tę, którą podał minister spraw wewnętrznych Arsen Awakow, 225 mln hrywien 7,5 mln hrywien w wersji Łucenki czy 400 mln hrywien, które naliczyli dziennikarze? Być może Władysław wymyśli jakąś własną liczbę i do tego sprowadzi się budżet państwa.

Mimo że po raz kolejny z dużej chmury spadł mały deszcz, a głośna sprawa stopniowo rozeszła się po kościach, prokurator generalny nie stracił optymizmu. „W trakcie śledztwa sądowego może on skorzystać z prawa wskazania najwyższego członka grupy przestępczej, a wtedy będzie mógł wykorzystać pewne okoliczności łagodzące, które zatwierdzi sąd”, – powiedział Łucenko, choć przyznał, że Kaśkiw nie współpracuje ze śledczymi. Szef Prokuratury Generalnej odpowiedział wówczas na jedno z powyższych pytań: „Główny Zarząd Państwowej Służby Skarbowej Ukrainy w zaadresowanym do nas liście z dnia 31.10 poinformował o rejestracji środków w budżecie (...). Od Kaśkiwa W. W. do budżetu państwa przekazywane są środki zgodnie z postanowieniem z dnia 25.10.2017 w kwocie 7 470 990,65 hrywien, które 25.10.2017 zostały przelane na odpowiedni rachunek otwarty w kodzie klasyfikacji »Dochody budżetu« w ramach pobrania opłat od osób odpowiedzialnych za szkodę państwa, przedsiębiorstwa, organizacji”. Sytuacja zrobiła się bardzo skomplikowana, ponieważ, jak wynikało ze słów Łucenki, Kaśkiw przelał pieniądze na rachunek ukraińskiego budżetu jeszcze będąc za granicą.

Podczas gdy Prokuratura Generalna potępia zwolnienie Kaśkiwa po wpłaceniu kaucji, a konspirolodzy tworzą hipotezy na temat prawdopodobnych przyczyn powrotu Władysława do rodzinnego ogniska i tego, jaka siła polityczna wykorzystuje znane mu informacje (a mówiono, że jest ich dość dużo), pragmatycy skłaniają się ku wersji, że inwestycyjny „geniusz” po prostu uznał, iż 600 tysięcy dolarów to znacznie więcej niż 7,5 mln hrywien i łatwiej jest „zrekompensować” trochę pieniędzy Ukrainie, niż regularnie oddawać „ciężko zarobione” środki Panamie. Sam Kaśkiw z rozmachem świętował swój come back do „Caribbean Clubu”. Być może przypomni sobie o O.Henrym i napisze kiedyś „Królów i kapustę”.

Jurij Cwiach

 

Praca w Polsce