poniedziałek, 17 październik 2016 16:42

Czerń niech pracuje na czarno. Linkiewicz i Tyma o filmie "Wołyń"

Do kin wszedł film Wojtka Smarzowskiego „Wołyń”. Szefa BCh przedstawia jako oficera nieznanej formacji. Obraz utrwala stereotypy i nie przysłuży się pojednaniu narodów.


Film zawiera scenę śmierci Zygmunta Rumla, poety i dowódcy VIII Okręgu BCh. Wymazano jego nazwisko oraz nazwę ludowej formacji. Szkoda, że w scenariuszu zabrakło relacji Teofila Nadratowskiego, chłopa udzielającego mu ostatniego noclegu przed wyruszeniem na rozmowy z banderowcami: „nikt w to nie wierzył, wszyscy odradzali, przestrzegali. Odświeżyli mundury u Leśniewskich, bo byli w polskich mundurach, z oficerskimi dystynkcjami. Oni już nie wrócili, ale jeszcze nas ostrzegali, żebyśmy szukali ocalenia w bazie samoobrony w Zasmykach”.  

O komentarz do filmu poprosiliśmy dr Olgę Linkiewicz z Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk (konsultantkę historyczną filmu) oraz Piotra Tymę, historyka i prezesa Związku Ukraińców w Polsce.


Natalia Meronowna mieszkająca w Polsce od 8-miu lat wybrała się na premierę. Z ciekawości co w jej życiu, jej synów i miliona Ukraińców pracujących w Polsce zmieni ten film.
 
Olga Linkiewicz: Najlepiej opowiada o tym sam Wojtek Smarzowski. Film nie ma na celu piętnować, ukazywać złego Ukraińca, czy powielać stereotypów, tylko pokazywać zło nacjonalizmu: ideologii, która upowszechniana, propagowana, może prowadzić do zbrodni, do czystek etnicznych. Myślę, że to jest przestroga dla nas wszystkich: dla Polaków i dla Ukraińców. To jest przesłanie bardzo uniwersalne.

Piotr Tyma: Kreuje klimat zagrożenia. Krakowska „Gazeta Wyborcza” przytacza, że obok akademika gdzie mieszkają studenci z Ukrainy pojawił się napis „Wołyń pamiętamy”. Środowiska kibicowskie od jakiegoś czasu wieszają na stadionach baner o tej samej treści. W tekstach zespołów z nurtu tzw. rapu narodowego wzywa się do agresji przeciwko Ukraińcom, zaprzecza się ich człowieczeństwu. To krąży w Internecie. Mowa nienawiści. W Przemyślu zaatakowano ukraińską procesję, na początku października we wsi Werchrata (woj. podkarpackie) doszło do zniszczenia kolejnego ukraińskiego pomnika. Obawiam się, że film jeszcze bardziej uruchomi ciemną stronę emocji polsko-ukraińskich.

Deputowany Rady Najwyższej Ukrainy Mykoła Kniażycki uważa, że film przyczyni się do skomplikowania i tak trudnych relacji polsko-ukraińskich, ostatnio poddanych próbie w segmencie historia-przeszłość-sposób dyskutowania o przeszłości. Ten film utrwala konfrontacyjno-negatywny nurt. W recenzji ukraińskiego dziennikarza czytam, że „Wołyń” jest częścią polskiej polityki historycznej, w której dominuje jednostronna narracja. Pokazuje cierpienie Polaków, ale przede wszystkim odwołuje się do utrwalonego stereotypu Ukraińca. A że jest filmem w miarę dobrze zrobionym, jego oddziaływanie jest zwielokrotnione.


To film o wojnie domowej, jak w Donbasie? O uchodźcach?


Olga Linkiewicz: To nie była wojna domowa. To co stało się na Wołyniu możemy określić mianem rzezi, ludobójstwa czy czystki etnicznej (wiemy, że wciąż trwa dyskusja dotycząca terminologii). Wydarzenia nie miały charakteru spontanicznego, jak chce to przedstawiać część ukraińskiej historiografii. Nie możemy mówić ani o wojnie domowej, ani o buncie ludowym mas. Wydarzenia tak zwanej rzezi wołyńsko-galicyjskiej są udokumentowane i wiemy, że miały charakter zorganizowany (pisze o tym m. in. Grzegorz Motyka). Decyzje były podjęte na szczeblu najwyższym Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów.

Piotr Tyma: W pewnym sensie tak. W filmie mamy taką wieś, gdzie Ukraińcy i Polacy są sąsiadami. Jest też odzwierciedlenie doświadczeń milionów ludzi, którzy w wyniku działań wojennych, nakazów władzy, strachu opuszczali swoje domy. To doświadczenie większości narodów europejskich: ludzie na wozach, z dobytkiem szukający schronienia…

 

Wolyn fot. Krzysztof Wiktor Film It 0409fot. Krzysztof Wiktor-Forum Film Poland


Czy obraz wsi i dworu jest prawdziwy?


Olga Linkiewicz: Wołyń Zachodni w 70% zamieszkiwali Ukraińcy i w większości była to uboga ludność chłopska. Wśród Polaków na wsiach były różne grupy. Dawne polskie osadnictwo – chłopi i szlachta zagrodowa – to była ludność „zruszczona” (jak to określano przed II wojną światową), która w znacznej mierze przejęła zwyczaje i język codzienny sąsiadów. Posługiwała się gwarą ukraińskiego. Rodziny z XIX w. osadnictwa żyły w podobnym stylu jak ukraińscy czy też ruscy sąsiedzi, ale zachowały swoją odrębność (przynajmniej część mieszkańców z tej grupy mówiła po polsku). Chociaż Wołyń był zasadniczo biedny, wśród Polaków były rodziny lepiej sytuowane. Taką stosunkowo zamożną wsią były np. Parośla, w których w lutym 1943 doszło do pierwszej rzezi. Ale także u Polaków przeważały biedne, niewielkie gospodarstwa. Warunki materialne osadników z lat 20-tych często były bardzo złe.

Piotr Tyma: Uproszczony. Obok wsi były też kolonie. Polscy osadnicy dostawali ziemię, niejednokrotnie mieli prawo do posiadania broni, współpracowali ściśle z administracją. Ludność miejscowa postrzegała ich jako obcych, a ich stosunek do miejscowych był często pogardliwy. Dwór ukazany jest epizodycznie. W chwili gdy państwo się wali, nie ma policjanta, pojawiają się instynkty zawiści i chęć wzbogacenia się. To nie dotyczy tylko Kresów. Takie same akty kradzieży miały miejsce w Warszawie we wrześniu 1939, w innych regionach Polski, gdy oczyszczano z ludności żydowskiej getta. Jeżeli chodzi o dwór, to mimo państwa, administracji, właściciel ziemski nadal sprawował niemałą władzę. Chłopi byli często od niego zależni. Moja matka opowiadała, że dziadek jeździł do pracy aż pod Płońsk. Bo dziedzic spod Jarosławia miał też tereny pod Płońskim i tam kierował swoich robotników.


Poznamy przyczyny czystki etnicznej?


Olga Linkiewicz: Szukanie przyczyn rzezi w polityce państwa polskiego czy postawie Polaków wobec Ukraińców przed wojną to uproszczenie, typowe dla części historiografii ukraińskiej. To uproszczenie niestety kształtuje pamięć historyczną na Zachodniej Ukrainie.

Petro Tyma: Skutek jest wyrysowany, całe sekwencje zbrodni, napięcia, strachu, palenia wsi. Podłoże konfliktu potraktowano śladowo. To głównie rozmowa na weselu przy wódce. Ktoś nie ma ziemi, Polak-pan, Rusin-cham. To są aluzje. Nie wiadomo czy to frustracja jednego człowieka, czy szersze zjawisko. Niszczona cerkiew na Chełmszczyźnie jest epizodem z fotografią, nie ma sceny w filmie. Rzeczywistość II RP była gorsza niż pokazuje Smarzowski. Żołnierze KOP-u włączyli się w akcję katolicyzacji prawosławnych na Wołyniu. Akcja objęła ok. 7 tys. ludzi. Były interpelacje poselskie w tej sprawie, Maria Dąbrowska pisała o tym w dzienniku. Wieś Hrynki to symbol idiotycznej polityki, przykład bawienia się zapałkami w składzie prochu. Żołnierze KOP-u pod karabinami zmuszali chłopów do przyjęcia komunii w kościele. Czy to nie rodziło chęci zemsty?  To też jest przedwojenny Wołyń. Tysiące ludzi z Wołynia sanacyjne władze aresztowały za strajki chłopskie, za działalność komunistyczną, nacjonalistyczną. Ci ludzie się nie rozpłynęli. Gdy rozpadało się państwo wychodzili z więzień, wrócili na wieś. No i była straszna bieda. Obok sfilmowanej idylli warto pokazać inny obraz – strajki chłopskie, policję strzelającą do rolników, starcia, podpalenia. To często nie miało podłoża narodowego. Decydowało rozwarstwienie społeczne i wielki kryzys.

Wolyn fot. Krzysztof Wiktor Film It 6615

fot. Krzysztof Wiktor-Forum Film Poland


Obok Polaków i Ukraińców pojawiają się Żydzi, Rosjanie, Niemcy. Są wiernie sportretowani?


Olga Linkiewicz: Mamy szereg relacji, które mówią o pogardliwym stosunku polskiej inteligencji wobec Ukraińców. Ale wiemy też, że stosunki polsko-ukraińskie przed wojną na wsi miały często charakter pokojowy i przyjazny. Funkcjonowało pobratymstwo – czyli więź między mieszkańcami wsi, niebędącymi krewniakami. Pobratymstwo służyło niesieniu sobie pomocy. Przykładowo: katolicka rodzina idąc do kościoła zatrzymywała się u rodziny prawosławnej, by pod ich dachem założyć buty. Udzielano sobie noclegu, pomagano w trudnej sytuacji materialnej. Studenci Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej w Warszawie zebrali ciekawe relacje na ten temat.

Ale powstanie niepodległej Polski nie zostało przyjęte na Wołyniu z entuzjazmem. Istniał mit wywodzący się z I wojny światowej – okresu, w którym nie było konkretnej władzy państwowej na tym terenie: mit „słobody”, życia bez nadzoru, bez panów, bez ucisku. Nie było Rosji, nie było Polski. Z perspektywy wsi powstanie niepodległego państwa polskiego, które jak każde państwo narzucało pewne ramy życia społecznego: podatki, nakazy, zakazy (takie jak ograniczenie upraw tytoniu, wyrębu lasu, czy pędzenia bimbru) traktowano jako ograniczenie „słobody”. Siłą rzeczy urzędnicy i przedstawiciele państwa polskiego nie byli tu mile widziani.

Zwłaszcza w latach 20-tych bardzo popularna była ideologia komunistyczna. W latach 30-tych wzrosła popularność narodowych organizacji ukraińskich. Młode pokolenie było zainteresowane nowinkami, jakie przychodziły z miasta – gramofonem, rowerem czy miejskim strojem. Ale również nowinkami politycznymi.

Piotr Tyma: Niemcy pojawiają jak tacy kulturträgerzy – przyjeżdża elegancki oficer, chłopstwo go wita. Oprócz epizodu z zabijaniem Żydów nie pojawiają się jako winowajcy dramatu ludności Wołynia. A postępowali na terenie Komisariatu Ukraina znacznie brutalniej niż w Generalnej Guberni. Pacyfikacje przypominały te z Zamojszczyzny. Einsatzkommanda zabijały Żydów na ulicach. W innych rejonach Europy wywożono do lasu, do obozu, starano się ukryć zbrodnię. Scena z sowieckimi partyzantami to jedna z najbardziej zakłamanych. „Masz szczęście, że trafiłeś na nas, a nie na chachłów” – mówi dowódca. Tymczasem w tych oddziałach służyło wielu Ukraińców i z USRR i z Wołynia. Sowiecka partyzantka realnie wzmacniała konflikt. Walczyła z UPA, dokonywała dywersji przeciw Niemcom nie patrząc na skutki dla ludności cywilnej. Destabilizacja sytuacji zaczęła się w następstwie prowokacji dywersyjnych oddziałów NKWD oraz rajdu gen. Kowpaka. Dochodziło do bitew Niemców z partyzantami, ale i pacyfikacji wsi.


Pamiętna scena: przemyka wilk i daruje życie kobiecie z dzieckiem. Homo homini lupus est?


Olga Linkiewicz: W tej chwili trwa dyskusja, czy próbując uporać się z przeszłością należy rozmawiać, czy należy krzyczeć. Jedna i druga forma jest uprawniona i ma sens. Nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, że film „Wołyń” jest krzykiem. Smarzowski w swojej twórczości od lat koncentruje się na pokazywaniu przemocy, antagonizmów i ciemnej strony natury ludzkiej.

Wojna zmienia sytuację społeczną, równowagę i postawy społeczne. Przemoc objawia się w formie dotąd niespotykanej. Proszę pamiętać, że przed rzezią wołyńsko-galicyjską dochodzi do Holokaustu, do masowych mordów ludności żydowskiej na miejscu, we wsiach. Inicjatywa i przebieg akcji antypolskiej były wynikiem działań formacji OUN i UPA. To nie jest tak, że chłopi sami z siebie biorą siekiery, idą do sąsiadów i ich mordują – częściowo pod wpływem przymusu, częściowo zachęty OUN, zaczynają przyłączać się do mordów na sąsiadach. Oczywiście nie wszyscy. Jest szereg przykładów pomocy i ostrzegania przed niebezpieczeństwem.

Piotr Tyma: Jest też scena wyłowienia zwłok księdza, gdy padają słowa: „to nie zwierzęta, zwierzęta się nie znęcają nad ludźmi”. Wilk, sceny z flagami, okrzyki „Sława Ukrainie”, demoniczni upowcy, ich oficer fanatyk żądny krwi. Takie sceny wdrukowują w pamięć widza negatywny obraz, odwołują się do skojarzeń. Film poprzez naturalistyczne, mocne sceny przywiązuje widza do takiej narracji.


O czym nakręcić film kolejny film o Polakach i Ukraińcach?


Olga Linkiewicz: Brak nowej, współczesnej opowieści o akcji „Wisła”. O losach społeczności ukraińskiej i rodzin mieszanych na Ziemiach Zachodnich.

Bardzo ciekawym okresem są lata 20 lata i 30 XX w. na Ziemiach Wschodnich, które są słabo opisane w historiografii, a co dopiero mówić o bardziej popularnych formach opowiadania o przeszłości. Z jednej strony współżycie mieszkańców, niepozbawione codziennych konfliktów, było dobre. Z drugiej treści nacjonalistyczne i komunistyczne miały bardzo silny wpływ na wieś i antagonizowały mieszkańców. To jest temat wciąż ciekawy dla ludzi na Ukrainie i w Polsce. Dzieci i wnuki przesiedleńców na Ziemie Zachodnie są tym zainteresowane – tworzą grupy w Internecie i na Facebooku, które wymieniają się zdjęciami i materiałami. Na przykład Olejów na Podolu to świetny portal, na którym byli mieszkańcy starają się mówić otwarcie o przedwojennej rzeczywistości i pokazywać ją za pośrednictwem różnych źródeł.

Piotr Tyma: O ludzkich wyborach, bo świat z natury nie jest czarno-biały. Jest gen. Szeptycki i metropolita Szeptycki, ta sama rodzina. Wiaczesław Lipiński – Polak i rzymski katolik – został liderem ukraińskich konserwatystów, dyplomatą w 1918. Jego ukraińskość była wyborem. Są obecne na pograniczu małżeństwa polsko-ukraińsko-żydowskie. To więzy wbrew ideologii, uprzedzeniom i systemom. Taki obraz Wołynia opisuje wydana w 2010 powieść Wołodymyra Łysa „Stulecie Jakuba”. Ukazuje jak trudne było życie zwyczajnych ludzi poddanych presji historii. Biedny chłopak z Wołynia żeni się z Polką. Polka jest z miasta, ciężko jej się odnaleźć w prawosławnej wsi. Potem przychodzi okupacja. I to co umyka z polskiej perspektywy: kolektywizacja, represje i sowietyzacja w latach 1944-56. ZSRR, jego rozpad, reket… Wszystko wydarza się w życiu jednego człowieka.

 

Rozmawiał: Manuel Ferreras-Tascón

 

Praca w Polsce