niedziela, 25 grudzień 2016 17:00

Idziemy do przodu, nie oglądając się na prowokacje

Na agresję – zarówno na Ukrainie wobec Polski, jak i odwrotnie – trzeba adekwatnie odpowiedzieć. Jednak należy też mieć w pamięci główną linię: za tymi prowokacjami zawsze może stać trzecia strona, która chce skłócić dwa zaprzyjaźnione narody. Zadaniem obu krajów jest do tego nie dopuścić.

Antyukraińskie nastroje w Polsce nie są niczym niezwykłym. One zawsze były, ale miały pojedynczy i odrębny charakter. Tak jak antypolskie na Ukrainie. Po prostu teraz na tle starych historycznych krzywd, każdy taki wyskok z obu stron postrzegany jest szczególnie ostro. Bada się go pod mikroskopem, szeroko się o nim dyskutuje. Najważniejsze w tym przypadku jest to, aby nie przekroczyć cienkiej granicy pomiędzy prawdziwym wydarzeniem, a propagandą, którą interesują się inne kraje.

W ostatnim czasie doszło do kilku przypadków przejawów antyukraińskich nastrojów. Podczas Marszu Niepodległości w Warszawie spalono ukraińską flagę. Na granicy z Polską strażnik ukarał grzywną ukraińską parę za godło na samochodzie, a w Przemyślu wykrzykiwano hasła "Śmierć Ukraińcom!". W sieciach społecznościowych te wydarzenia wywołały prawdziwą burzę. Przy czym zdania są podzielone. Jedni uważają, że trzeba uważnie śledzić każdy taki przypadek, nadając mu rozgłos i domagając się reakcji społeczeństwa, dyplomatów i władz. Inni, wręcz przeciwnie, apelowali, by nie zwracać uwagi na pojedyncze przypadki, twierdząc, że jest to na rękę tym, którzy starają się skłócić dwa kraje.

„Wschodnik” zaprosił do tej dyskusji polityków, ekspertów, dyplomatów i dziennikarzy, aby dowiedzieć się jak powinni reagować na wybuchy wzajemnej nienawiści obie strony. Aby po pierwsze, zakończyć je i nie dopuścić do podobnych przejawów w przyszłości, a po drugie, aby zachować dobrosąsiedzkie stosunki między dwoma krajami.

Na przykład ambasador Polski na Ukrainie Jan Piekło zaproponował krytyczne spojrzenie na sytuację i ocenę, komu się ona opłaca. Piekło jest przekonany, że w takich prowokacjach, zwłaszcza w Przemyślu, widać rękę Kremla. "Dzisiaj mamy taką sytuację, że Przemyśl staje się miastem prowokacji. Mechanizm jest taki sam, jak w rosyjskiej wojnie hybrydowej. Jest jakaś demonstracja, ktoś krzyknął: "Śmierć Ukraińcom!", 10 minut i film trafia na portale społecznościowe. A następnie z portali społecznościowych przedostaje się do mediów. Efekt jest taki, jak chcieli prowokatorzy. Wszyscy o tym mówią tak, jakby to był problem ukraińsko-polskich stosunków", - powiedział ambasador.

Z kolei politolog Jewhen Magda zaproponował, aby wyobrazić sobie, jak zareagowałyby polskie władze na podobne prowokacje na Ukrainie. "Proponuję wyobrazić sobie, jaka byłaby reakcja polskich władz na podobną demonstrację we Lwowie z apelem »Chełm – ukraińskie miasto!«. To by było tyle w temacie, jak powinna zareagować Warszawa i Kijów na spalenie flagi i sytuację w Przemyślu", - powiedział ekspert.

Polscy dziennikarze także uważają, że takie akty nie powinny pozostawać bezkarne. Zdaniem znanego dziennikarza Pawła Bobołowicza, każdy taki przypadek powinien być dokładnie zbadany, jednak na jego podstawie na pewno nie można oceniać pozycji całego narodu.

«Każdy akt chuligaństwa, prowokacji musi być zbadany. Dotyczy to zarówno Polski, ale też Ukrainy. Jednak w ich pokazywaniu należy zachować rzetelność i zdrowy rozsądek. W naszych wielomilionowych narodach niestety zawsze znajdą się osoby niezrównoważone, głupie, albo złe. Ale ich czyny nie świadczą o całości czynów narodu czy państwa. Przerysowywanie skali, znaczenia negatywnych zachowań pewnych osób wpisuje się nie w proces informacji, lecz tworzenia "obrazka" dla propagandy wymierzonej przeciwko naszym krajom», - mówi Paweł Bobołowicz.

Jego kolega, dziennikarz "Polskiego Radia" Piotr Pogorzelski, który prawie 10 lat pracował na Ukrainie, uważa, że ludzie, którzy popełniają takie czyny, nie mogą pozostawać bezkarni. A polskie władze, nawet lokalne, powinny potępiać te czyny. Jednak Pogorzelski uważa, że władze zwracają na to za mało uwagi.

«Polskie władze mają tendencję do ignorowania tego rodzaju incydentów jednocześnie domagając się zdecydowanych działań władz innych państw, jeśli na ich terytorium dochodzi do napadów na Polaków”, - mówi Pogorzelski. Jego zdaniem, władze ukraińskie powinny się domagać reakcji ze strony polskiej.

Jako przykład właściwej reakcji władz dziennikarz wymienił incydent w Przemyślu, gdy 30-letni Polak, który wykrzykiwał hasła "Śmierć Ukraińcom!" został zatrzymany i teraz grozi mu 5 lat więzienia. Jednocześnie Pogorzelski uważa, że nacisk trzeba kłaść na bardziej zaawansowane kwestie.

«Jednocześnie jednak i jedna i druga strona powinny podkreślać, że w społeczeństwie polskim jest ogółem pozytywne nastawienie do Ukraińców i pojedyncze przypadki agresywnych zachowań nie powinny nam tego przesłaniać. Idioci znajdą się w każdym kraju, ale to nie znaczy, że całe społeczeństwo składa się z idiotów», - oświadczył dziennikarz.

Tymczasem część ekspertów na Ukrainie jest nastawiona bardziej wojowniczo. Zdaniem ukraińskiego politologa Wołodymyra Cybulki, każdy przypadek przejawienia agresji Polaków wobec Ukraińców należy udokumentować i zażądać od władz lokalnych reakcji, także na piśmie.

"Następnym krokiem powinna być inicjatywa ustawodawcza, zgodnie z którą za przestępstwa wobec Polaków i Polski Ukraińcy odbywaliby karę w Polsce i odwrotnie, za przestępstwa przeciwko Ukraińcom – na Ukrainie", - sugeruje ekspert.

Jego zdaniem, nie można ignorować antyukraińskich ataków, ponieważ nieukarane zło wywołuje jeszcze większe zło. Szczególnie ważne jest, zdaniem Cybulki, aby pojawiła się reakcja ze strony instytucji państwowych. "Na razie polski rząd nie tylko nie powstrzymuje ekstremistów, ale i prowokuje ich, jak w przypadku Przemyśla, będąc jednym z organizatorów antyukraińskich akcji" - twierdzi ekspert.

Jego zdaniem, taka polityka może doprowadzić do tego, że Ukraińcy, którzy pracują w Polsce, czując dyskomfort i wrogość, skierują się na inne rynki pracy – do Słowacji i Czech. Biorąc pod uwagę stały niedobór siły roboczej w Polsce, może to uderzyć w gospodarkę kraju.

Z kolei, współprzewodniczący polsko-ukraińskiej parlamentarnej „grupy przyjaźni" Mykoła Kniażycki jest przekonany, że za wieloma przypadkami agresji Polaków wobec Ukrainy stoi zamaskowana rosyjska propaganda.

"Nie chodzi tylko o to, że w Przemyślu wykrzykiwano antyukraińskie hasła. Rzecz w tym, że jednym z inicjatorów akcji była radykalna organizacja, której przywódcy wciąż znajdują się w DRL i ŁRL. Ponadto, w organizacji "Marszu Orląt" brały udział polskie oficjalne organy. Dlatego musimy nie tylko ukarać winnych, ale i zrobić wszystko, aby rosyjska propaganda nie maskowała się pod polskim nacjonalizmem", - oświadczył Kniażycki.

Przy tym podkreślił, że i Ukraina, i Polska powinny robić wszystko, aby zachować dobrosąsiedzkie stosunki i na arenie międzynarodowej reprezentować wspólny front. Według Kniażyckiego obie strony przejawiają taką wolę polityczną. Jego zdaniem to właśnie Michał Dworczyk, współprzewodniczący międzyparlamentarnej grupy Ukraina-Polska, jako jeden z pierwszych zwrócił się do prokuratury z żądaniem zbadania zarówno antyukraińskch haseł w Przemyślu, jak i innych przypadków przejawów agresji w stosunku do Ukrainy.

Choć różnią się w szczegółach, wszystkie komentarze sprowadzają się do jednego: przy wszystkich prowokacjach i przejawach agresji najważniejsze jest to, by nie zapomnieć, że istnieje przyjaźń i współpraca dwóch krajów. Najlepiej tę tezę sformułował ambasador Jan Piekło, odpowiadając na pytanie "Wschodnika" dotyczące tego, jak na antyukraińskie ekscesy w Polsce powinni reagować dziennikarze. "Podchodzić odpowiedzialnie i krytycznie. Pisać o tym, że zdarzają się czyste prowokacje, które ktoś dokładnie planuje. Jednak z drugiej strony istnieje dynamiczna współpraca obu krajów, wizyty pierwszych osób. My po prostu robimy swoje, nie oglądając się na prowokacje" - powiedział Jan Piekło.

Wiktorija Czyrwa

 

Praca w Polsce