Forum Ekonomiczne banner
wtorek, 27 grudzień 2016 14:43

W trakcie dekomunizacji polskie władze chciały wyburzyć budynek „uniwersytetu”, który Stalin podarował Warszawie

Czterdzieści lat temu w Radomiu wybuchł pierwszy antykomunistyczny bunt

Europejski Urząd Statystyczny (Eurostat) poinformował, że w ubiegłym roku obywatele państw trzecich otrzymali rekordową liczbę zezwoleń na zamieszkanie na czas oznaczony w krajach UE — 2,6 mln. Na Ukraińców, którzy wyjechali szukać lepszego życia za granicą, przypadło prawie 20 procent takich dokumentów, czyli około 500 tysięcy. Większość imigrantów wyjeżdża do Wielkiej Brytanii (633 tysiące) i Polski (ponad 541,5 tysiąca), a także do Francji, Niemiec, Hiszpanii i Włoch. Ukraińcy najczęściej udają się do sąsiedniej Polski, gdzie w zeszłym roku otrzymali ponad 430 tysięcy zezwoleń na pobyt.

Zresztą, kurs na Polskę obierają nie tylko imigranci, ale również turyści. W porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku liczba Ukraińców, którzy wjechali do Polski, wzrosła o 16 procent i wyniosła około 214 tysięcy. Przy czym nie policzono osób, które jedynie przekroczyły granicę państwową. Wszak wielu Ukraińców odwiedza sąsiednie państwa w ramach małego ruchu granicznego lub udaje się tranzytem do innych krajów UE.

Popyt generuje podaż. Na Ukrainę stopniowo przychodzą polscy przewoźnicy. W październiku zaczęły kursować autobusy na nowych trasach: Szczecin — Czerniowce (przez Lwów i Iwano-Frankiwsk) i Poznań — Chersoń (przez Lwów, Tarnopol, Winnicę, Chmielnicki). Kilka miesięcy wcześniej uruchomiono regularne połączenie lotnicze Lwów — Radom. Dwa razy w tygodniu między tymi miastami latają małe samoloty, mogące pomieścić tylko 32 pasażerów. Ceny co prawda „gryzą” — bilet w obie strony kosztuje około 140 dolarów (około 575 złotych), ale lot trwa zaledwie godzinę.

Radom został założony w 1340 roku przez króla Kazimierza III

Władze Radomia, miasta położonego sto kilometrów od Warszawy, mają nadzieję, że będą gościć więcej turystów z Ukrainy. Choć miasto liczące około 220 tysięcy mieszkańców (nieco mniej niż rejon szewczenkowski w Kijowie) trudno nazwać centrum turystycznym lub historycznym. Hasło tego prowincjonalnego miasta brzmi „Siła w precyzji”. Być może jest to związane z tym, że na jego terenie znajduje się największa w kraju fabryka broni. Mimo wszystko Radom zapisał się na kartach historii. To właśnie tutaj 40 lat temu, latem 1976 roku, wybuchł pierwszy w Polsce protest przeciwko władzom radzieckim. Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” Lecha Wałęsy powstał w Gdańsku zaledwie cztery lata później.

Iskrą, z powodu której w Radomiu zapłonął płomień ludowego oburzenia, było wystąpienie ówczesnego premiera Piotra Jaroszewicza, który poinformował o nadchodzących podwyżkach cen żywności prawie o sto procent. I, jak powiedziano by współcześnie, lodówka pokonała telewizor: na ulice wyszły kobiety, których mężowie ciężko pracowali w zakładach przemysłowych. Swoją drogą Polacy nigdy nie darzyli szczególną sympatią władz radzieckich i komunistów. Najwyraźniej plany władz po prostu przelały czarę goryczy.

Starsi mieszkańcy wspominają, że wzburzeni demonstranci wyrzucali na ulice żywność z bufetów partyjnych instytucji pokazując, jak „żrą” komuniści. Potem uczestnicy protestów wznieśli polskie sztandary... Miejscowe kierownictwo obiecało przekazać roszczenia społeczeństwa do Warszawy, jednak zamiast odpowiedzi do miasta przybyły wzmocnione jednostki sił specjalnych. Pomimo faktu, że w akcji brali udział robotnicy fabryki broni, w mieście nie padł ani jeden strzał. Policjantom kategorycznie zakazano używać broni, a protestujący również nie używali jej przeciwko swoim.

Mimo dość trudnych czasów, II wojny światowej, w Starym Mieście i okolicach zachowało się wiele zabytków: najstarsza świątynia Radomia — kościół św. Wacława, zbudowany w XIII wieku, kościół św. Jana Chrzciciela, zbudowany jeszcze przez króla Kazimierza Wielkiego, budynek Ratusza, wzniesiony na rynku w XIX wieku... W Radomiu działa muzeum słynnego malarza Jacka Malczewskiego, który urodził się w mieście i często przyjeżdżał tam rysować, a także nowo wybudowane na miejscu dawnej elektrowni Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia”. Nawiasem mówiąc, na pomysł jego założenia wpadł zmarły niedawno wybitny polski reżyser Andrzej Wajda.

Wszystkie prace konserwatorskie i budowa nowych obiektów infrastruktury są finansowane z dotacji Unii Europejskiej. Ale UE przeznacza tylko do 70 procent potrzebnych środków, resztę finansowania zapewnia strona polska, to ona jest odpowiedzialna za ścisłą ewidencję wydatkowanych pieniędzy. Warto zauważyć, że lwią część budżetu Radomia stanowią inwestycje. Co roku z miejskiej kasy wydaje się pięć milionów złotych na realizację najlepszych projektów rozwoju miasta, proponowanych przez obywateli. Latem odbywa się tu wiele festiwali muzycznych, największe polskie airshow, a jesienią — Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski i Radomski Festiwal Jazzowy. Dzięki temu Radom można śmiało włączyć w plany zwiedzania Polski.

W odróżnieniu od popularnych wśród turystów Warszawy i Krakowa, życie tutaj jest znacznie tańsze, a do tego sprawnie funkcjonuje bezpośrednie połączenia autobusowe i kolejowe z centrami kultury. Na przykład wynajęcie w Warszawie małej garsoniery (kawalerki) kosztuje półtora — dwa tysiące złotych (10-13 tysięcy hrywien) miesięcznie, a w Radomiu gość zapłaci od 540 do 1200 złotych (3,5—8 tysięcy hrywien). Jak to się mówi, poczuj różnicę. Dla porównania płaca minimalna w Polsce wynosi około 1850 złotych (nieco ponad 12 tysięcy hrywien), a emerytura — 900 złotych (prawie sześć tysięcy hrywien).

Bilet autobusowy z Radomia do Warszawy kosztuje od 12 do 25 złotych (80-165 hrywien), przejazd busem — 18-25 złotych (120-165 hrywien), pociągiem — około 25 złotych. Codziennie wszystkie środki transportu wykonują około 120 kursów. W kierunku Krakowa znajdującego się prawie 200 km od Radomia — 23 kursy. Pociągiem można tam dojechać za 40 zł (ponad 260 hrywien), a busem lub autobusem — od 20 do 30 zł (130-200 hrywien).

Turyście nie sprawi trudności dostanie się do Szydłowca położonego w pobliżu Radomia. Tam, w lewym skrzydle piętnastowiecznego zamku, należącego kiedyś do szlachetnych rodów Szydłowieckich i Radziwiłłów, działa obecnie największe polskie Muzeum Ludowych Instrumentów Muzycznych. Około dwa tysiące eksponatów stanowi dwie trzecie instrumentów ludowych, przechowywanych w innych polskich muzeach. Najstarsze z nich to basy kaliskie i mazowieckie z XVIII wieku, a także tarapata z XIX wieku. Nawiasem mówiąc, na kopiach ostatnich odwiedzający mogą „grać” do woli.

Pracownicy wszystkich muzeów, które odwiedzali ukraińscy dziennikarze odwiedzający Polskę w ramach tournée prasowego, zainicjowanego przez Polską Organizację Turystyczną, starali się, aby każda ekspozycja przekazywała gościom nie tylko maksimum informacji, ale i zawierała niepowtarzalną „wisienkę na torcie”. Kustosze Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie doszli do wniosku, że turystów nudzi zwykłe oglądanie starych polskich strojów ludowych, w związku z czym porozumieli się w sprawie współpracy z właścicielem dużej kolekcji strojów i akcesoriów piłkarskich. W ten sposób jedna ekspozycja zgromadziła rzeczy na pierwszy rzut oka nie pasujące do siebie, na przykład spódnice i damskie nakrycia głowy z początku ubiegłego wieku i koszulki graczy z różnych drużyn.

W Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN goście nie znajdą znanych, powszednich eksponatów. POLIN jest muzealnym pomnikiem, czymś przypominającym izraelski Yad Vashem, który przechowuje tylko informacje i pamięć. Od 2013 roku Muzeum Historii Żydów Polskich działa w nowym budynku, który zbudowano na miejscu dawnego getta warszawskiego, gdzie w czasie II wojny światowej na terenie o powierzchni zaledwie 2,5 kilometra kwadratowego skumulowano około pół miliona Żydów. Władze okupacyjne wydawały im na karty po jednym bochenku chleba na... miesiąc. Dorosłym, którzy mieli obowiązek noszenia na ubraniu sześcioramiennej gwiazdy, nie wolno było opuszczać terenu getta. Za ogrodzenie mogły wychodzić tylko dzieci do 13 roku życia, które nie nosiły oznaczenia. Często to właśnie one stawały się żywicielami rodziny.

Pod koniec II wojny światowej faszyści zrównali getto z ziemią, zresztą jak i praktycznie całą Warszawę, w tym jej historyczne centrum. Tego losu nie uniknęła również bazylika archikatedralna św. Jana Chrzciciela, najstarsza katolicka świątynia polskiej stolicy, obiekt wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W 1939 roku bazylika mocno ucierpiała w czasie bombardowania, a w 1944 roku, podczas powstania warszawskiego, została zniszczona. Na pamiątkę tych wydarzeń w ścianę odbudowanej świątyni wmurowano fragment czołgu, który przyczynił się do jej zniszczenia.

Nafaszerowana materiałami wybuchowymi maszyna bojowa sterowana zdalnie wjechała do świątyni i eksplodowała. Rozprawiwszy się z uczestnikami powstania warszawskiego ukrywającymi się w katedrze, faszyści ostatecznie zburzyli świątynię. Ze straszliwej masakry ocalała tylko figura Chrystusa. Jeden z kapłanów położył ją na podłodze, schował pod ubraniami i przysypał śmieciami. Faszyści najwidoczniej pomyśleli, że leży tam jedna z ofiar...

Warszawskie Stare Miasto zostało wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako „wyjątkowy przykład niemal kompletnej rekonstrukcji historycznego okresu od XIII do XX wieku”. Warto zauważyć, że status ten przeszkodził w zniszczeniu jednego z budynków już współczesnej Warszawy. Chodzi o wybudowanym w latach pięćdziesiątych XX wieku Pałacu Kultury i Nauki — dokładną kopię uniwersytetu w Moskwie. Pomysłodawcą był Józef Stalin, którego imię nosił budynek. Historycy twierdzą, że był to nie tylko prezent, ale i symbol przyświecający celom politycznym i ideologicznym - zademonstrowaniu wszystkim radzieckiego przywództwa po tej stronie „żelaznej kurtyny”, która rozdzieliła ZSRR i państwa Układu Warszawskiego od Zachodu.

*42-piętrowy „stalinowski drapacz chmur” znajduje się w dziesiątce najwyższych budynków w krajach Unii Europejskiej

Polskie media pisały, że wkrótce po śmierci Stalina budynek chciano zburzyć, widząc w nim raczej symbol radzieckiej okupacji, niż hojny prezent przyjaźnie nastawionego kraju. Pałac otrzymał ironiczne przezwiska: Pekin (skrót od PKiN — Pałac Kultury i Nauki; oprócz tego tak nazywał się największy dom publiczny w przedwojennej Warszawie) i Pajac („pajac” jest podobny brzmieniowo do słowa „pałac”). Ale w czasie, kiedy w społeczeństwie toczyła się dyskusja, budynek wpisano na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i już nie można było go zburzyć. 42-piętrowy kolos zbudowany w stalinowskim „gotyckim” stylu stał się jedną z atrakcji centrum polskiej stolicy.

 

Iryna Hołotiuk, Fakty.ua

 

Praca w Polsce

 

 

linia102.pl promo