Forum Ekonomiczne banner
czwartek, 29 grudzień 2016 16:11

Nie pamięć

Odchodzący do historii rok 2016 zapisze się w pamięci Polaków i Ukraińców jako wyjątkowy pod pewnym względem. W medialnym dyskursie, zarówno w Polsce jak i na Ukrainie, utrzymuje się nastrój napięcia, który w latach poprzednich utrzymywał się tylko latem. Tradycyjnie to napięcie kumulowało się w okresie rocznicy wołyńskiej Krwawej Niedzieli – daty 11 lipca, wiązanej z apogeum napaści ukraińskich nacjonalistów na polskie osady w roku 1943. Co ciekawe, jeszcze parę lat temu ten okres wzmożenia napięć i dyskusji odznaczał się słabą intensywnością i umiarkowanym rezonansem społeczno-medialnym w porównaniu z takimi historycznymi tematami jak obchody rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, Święta Niepodległości, Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, rocznicy Porozumień Sierpniowych czy nawet katastrofy smoleńskiej. Ani 11 lipca nie był „medialną” rocznicą, ani sam temat Rzezi Wołyńskiej nie dorównywał popularnością dyskusjom dotyczącym Lecha Wałęsy, decyzji o wybuchu w Warszawie powstania w sierpniu 1944 r. albo antykomunistycznego podziemia powojennego. Na te tematy pisano dziesiątki artykułów przewijających się w kolejnych wydaniach tygodników i miesięczników, przedstawiano je w książkach, pod którymi uginały się półki w najpopularniejszych księgarniach.    

W porównaniu do nich temat Rzezi Wołyńskiej stanowił zagadnienie niszowe. Jak to bywa z tematami niszowymi, osoby interesujące się tą kwestią przejawiały najczęściej wręcz fanatyczne zaangażowanie i nie unikały radykalnego języka. To z kolei determinowało rozmaite skandale, wybuchające od czasu do czasu w relacjach polsko-ukraińskich. Były jednak nie tylko głośne i gwałtowne, ale i krótkotrwałe. Problemami dotyczącymi kontaktów ze wschodnim sąsiadem – czy to w kontekście historycznym, czy w odniesieniu do współczesności – żył margines uczestników i odbiorców polskiego dyskursu medialnego. Temat Wołynia nie mógł się przebić do uwagi kreatorów medialnej rzeczywistości, nie istniał w świadomości mas ekscytujących się innymi kontrowersyjnymi sprawami.

Stąd zresztą wypływało poczucie frustracji osób, które uznawały się za strażników pamięci o wołyńskiej zbrodni. W czym chłopi pomordowani na Wołyniu gorsi są od panów oficerów rozstrzelanych w Katyniu? – pytali z goryczą krewni i potomkowie polskich mieszkańców Wołynia. Podkreślali oni dysproporcję w działaniach kolejnych rządów i elit w sferze upamiętnienia ofiar masowych zbrodni na narodzie polskim w krwawym wieku XX. Poczucie wykluczenia ze wspólnoty pamięci narodowej i oparta na tym poczuciu frustracja nierzadko prowadziły do skłonności, by wierzyć w teorie spiskowe. Te z kolei były tworzone i rozsiewane przez samozwańczych stróżów pamięci o Wołyniu, wywodzących się najczęściej ze środowisk skrajnych (przede wszystkim prawicowych, ale nie można zapominać o aktywności postkomunistycznej lewicy). Sprawa nie-pamięci o Wołyniu dostarczała kolejnych argumentów dla narracji kontestującej porządek, jaki nastał w Polsce po roku 1989.    

Historyczna trauma, poczucie marginalizacji oraz proste recepty dostarczane przez politycznych radykałów doprowadziły do ukształtowania się środowiska postulującego kategoryczne rozliczenie się z Ukraińcami za sprawy z historii. Ich zdaniem nie doszło bowiem do rekompensaty krzywd, choćby w wymiarze moralnym, jak to miało miejsce w przypadku rozliczenia reżimu hitlerowskiego i komunistycznego. Co więcej, interes Polski i Polaków – i tych pomordowanych na Wołyniu, i ich krewnych, i tych, którzy mieli odwagę przypominać o zbrodni – miał zostać przehandlowany za wątpliwe korzyści w wyniku politycznych rozgrywek, podejmowanych przez wszystkie obozy rządzące Polską po roku 1989. Popieranie Ukrainy okazało się ważniejsze niż troska o własnych obywateli i rodaków - przekonywano. 

Wszyscy znamy taką narrację dotyczącą Wołynia i pamięci o nim. I dla każdego pozostaje jasne, że przez długie lata faktycznie pozostawała ona poza medialnym głównym nurtem. W imię szlachetnych idei elity starały się nie rozgrzebywać wołyńskich ran; zakładano, iż w ten sposób pozbawi się radykałów możliwości spekulowania pamięcią o zbrodni. Poza tym, w ten sposób Polacy spłacą moralny dług wobec Ukrainy i Ukraińców – narodu przez stulecia w różny sposób dyskryminowanego przez Polaków. To wszystko wpisywało się w pacyfistyczny nastrój epoki „końca historii”, gdy uwierzono, że konflikty etniczne dzięki odpowiedniej postawie mogą stać się już tylko ponurym wspomnieniem.  

Okazało się, że taka strategia w żaden sposób nie uspokaja faktycznych i samozwańczych stróżów pamięci o Wołyniu – wręcz przeciwnie, ich poczucie wykluczenia ulegało nasileniu. Niechęć do podejmowania przez elity tematu Wołynia utworzyła pustkę, która szybko została zagospodarowana przez różnej maści manipulatorów, politycznych spekulantów oraz – w lepszym wypadku – doktrynerów. Oni umiejętnie wykorzystali autentyczne poczucie krzywdy ofiar UPA i ich krewnych, ze zręcznością przekształcali historyczną traumę w lęk dotyczący aktualnych wydarzeń. Krwawy przebieg rewolucji na Ukrainie oraz neoimperialna agresja Rosji ostatecznie odarły ludzi z mrzonek o „końcu historii”. Trudna rzeczywistość zmuszała do postawienia sobie trudnych pytań; proste odpowiedzi dają złudzenie pewności i stabilności. Najprostsze odpowiedzi, jak wiadomo, można znaleźć w historii. Chaos w Europie i na świecie zbiegł się z nasileniem chaosu poznawczego w Polsce – oraz ze zwrotem ku historii, mającej stanowić receptę na cały ten chaos.  

Po ponad dwudziestoletnim okresie pozornej ucieczki od historii okazało się, że przeszłość jednak fascynuje młode pokolenie. Co więcej, sprawy sprzed kilku dziesięcioleci zaczęły zyskiwać status aktualnych, palących problemów. Historia bowiem zaczęła być traktowana jako misja, którą należy kontynuować, a nie jako nudny wykaz dat i nazwisk. Ćwierćwiecze wolności nie przyniosło sprawiedliwości – zbrodniarze z lat wojen i totalitaryzmu wciąż nie zostali ukarani, ofiarom nie zrekompensowano cierpień, narody i społeczeństwa nie wyciągnęły z lekcji historii wniosków.

I na tym gruncie należy rozpatrywać gwałtownie wzrastające zainteresowanie Polaków Wołyniem oraz radykalizację postaw części polskiego społeczeństwa w odniesieniu do Ukrainy. Dla zdecydowanej większości Polaków Wołyń to właśnie taki temat z przeszłości, który z zagadnienia marginalnego nagle stał się przejawem Historii, która atakuje znienacka i bez litości. Zainteresowania Wołyniem nie byłoby, gdyby nie bodźce intensywnie napływające z Ukrainy w postaci popularności symboliki i haseł nawiązujących do OUN i UPA – organizacji kojarzonych z cierpieniami Polaków podczas Rzezi Wołyńskiej. Znaczenie szoku przeżywanego przez Polaków i wykazywanych przez nich reakcji można zrozumieć wtedy, gdy uwzględni się czynnik wynikający z dotychczasowego braku zainteresowania ogółu polskiego społeczeństwa Wołyniem, ukraińskim nacjonalizmem i w ogóle całą Ukrainą. Tym czynnikiem jest brak wiedzy, niemożliwość zinterpretowania obserwowanych faktów i tworzenie wniosków w oparciu o błędne przesłanki.

Dla przeciętnego polskiego obserwatora to, co dzieje się na Ukrainie od 2013 r., jest zupełnym novum, czymś bez precedensu. Nieprzygotowany odbiorca nie znał wszystkich czynników, które złożyły się na wybuch rewolucji, jej krwawy przebieg oraz na reakcje społeczeństwa i nowej władzy. Tym bardziej nie znał faktycznego podłoża wszystkich haseł, którymi szermował Kreml, gdy wprowadzał na Krym i do Donbasu swoich uprzejmych aż do zieloności ludzików.

Na ekranach telewizorów widać było bunt ludzi z portretami Bandery i symboliką organizacji winnych śmierci i cierpień Polaków na Wołyniu. Przy tak silnym impulsie nieważne stawały się: kontekst wydarzeń na Majdanie, wieloznaczność ludzkich postaw, deklaracje sympatii i lojalności wobec Polski oraz gesty mające uwiarygodniać te deklaracje, ani wreszcie to, że czerwono-czarne proporce wcale nie stanowiły większości wobec neutralnej ideologicznie symboliki narodowej. Zresztą  na tle morza ukraińskich flag widoczne były w końcu także flagi polskie. Krwawy przebieg rewolucji jedynie utwierdzał sceptyków w przekonaniu, że władza przechodzi właśnie w ręce ludzi sensem życia których jest wywoływanie kolejnych rzezi. Merytoryczne, oparte na głębokiej analizie i znajomości różnych niuansów wypowiedzi ekspertów nie znajdowały słuchaczy – któż by w takiej sytuacji interesował się dzieleniem włosa na czworo i roztrząsaniem tysiąca małych spraw, które złożyły się na ukraiński dramat.

Przerażony zjadacz medialnego chleba odczuwał potrzebę, by słuchać „odważnych” i „antysystemowych” wojowników pióra, którzy stawali się wiarygodni nie dzięki wiedzy i doświadczeniu, ale dzięki ostremu językowi. Umiejętnie wykorzystywali oni podział na media „systemowe” i „niezależne”, a także przekonanie o tym, że światowi macherzy coś ukrywają przed ludźmi. Skoro pojawia się szansa na to, by poznać choć kawałek prawdy, to trzeba z niej korzystać – tak przekonywano. Tak można uzyskać status świadomego, niezależnego poszukiwacza prawdy i stać się kimś lepszym od rzeszy „lemingów” i „pelikanów” bezmyślnie łykających to, co podaje im telewizja.  

Pojawiło się zapotrzebowanie na alternatywne wobec mainstreamowych źródła informacji. I szybko się one pojawiły: serwisy internetowe tworzone, nadzorowane, finansowane przez różnego rodzaju jawne i niejawne rosyjskie organizacje i instytucje. Tradycyjna polska rusofobia została zneutralizowana przez medialny produkt skrojony na miarę potrzeb i oczekiwań nieprzygotowanego, zagubionego, sfrustrowanego i naładowanego negatywnego emocjami odbiorcy. Propaganda to nie wymyślanie bajek; wiarygodna propaganda musi umiejętnie żonglować i manipulować faktami oraz odwoływać się do tego, co przeżywa jej odbiorca i tego, co on chce usłyszeć. Rosyjscy agitatorzy po mistrzowsku wykorzystują chaos, kryzys i napięcia niszczące polskie społeczeństwo.

I tak należy rozumieć sprawę Wołynia. To, że różne czynniki, nie zawsze reprezentujące interesy Polski, spekulują pamięcią o Wołyniu, to prawda. Ale nie rozpętały one zamieszania z niczego, nie weszły na puste pole. Ich propaganda jest skuteczna, gdyż odnosi się do tego, co faktycznie przeżywa polskie społeczeństwo. A to czuje się zdezorientowane, osamotnione, zagrożone. Polacy widzą, że historia, choćby w postaci symbolicznych nawiązań, powraca. Czują także, że nie wszystkie sprawy z przeszłości zostały rozwiązane, a nie wszystkie rany – zaleczone. Nie tylko okupacja niemiecka, ale i sowiecka, a nawet terror stalinowski zaraz po zakończeniu wojny nie stanowią już takiej traumy jak kiedyś. Ból został wyleczony przez terapię – czyli przez społeczne praktyki upamiętniania i oddawania hołdu ofiarom.

Rzeź Wołyńska nigdy nie stanowiła zagadnienia pierwszoplanowego w polskiej polityce pamięci i w pamięci zbiorowej polskiego społeczeństwa. Niemieccy i sowieccy sprawcy dwudziestowiecznych zbrodni na narodzie polskim stali się przedmiotem licznych opracowań naukowych i popularnych, są znani z imienia i nazwiska, ich działania zostały zbadane i opisane. Podobnie stało się z ich ofiarami – przywrócono im imiona, wydobyto je z mroku zapomnienia, przeniesiono z dołów śmierci do własnych mogił. Wołyń wciąż spowity jest aurą tajemniczości, kontrowersji, tabu i cenzury. Zarówno mordercy i ofiary pozbawieni są indywidualnego wymiaru, czego najlepszym przykładem jest uparte wiązanie osoby Stepana Bandery ze zbrodnią na Polakach. Znajomość nazwiska Romana Szuchewycza dowodzi wręcz eksperckiego poziomu wiedzy na temat ukraińskiego nacjonalizmu; postać Dmytra Klaczkiwskiego/Kłyma Sawura jest prawie w ogóle nieznana szerszemu ogółowi, a cóż dopiero mówić o członkach OUN i UPA regionalnego i najniższego szczebla, którzy faktycznie ponoszą odpowiedzialność za mordy na Polakach? Symbolem zbrodni stało się przerażające zdjęcie „wianuszka” martwych dzieci, które naprawdę zostało wykonane przed wojną. Nie wiadomo do końca, ile osób zginęło i jakie kategorie ofiar obejmują podawane przez różne źródła liczby – etnicznych Polaków? Obywateli II RP wszystkich narodowości?

Przeczulenie pewnych środowisk na punkcie ukraińskiego nacjonalizmu (a nawet patriotyzmu) oraz upowszechnianie się tego typu postaw jest reakcją (co prawda przesadzoną, niesprawiedliwą, opartą na emocjach zamiast faktów) na nierównomiernie okazywaną troskę dla ofiar XX-wiecznych konfliktów oraz niepowracanie do pamięci o Wołyniu w imię partnerskich relacji z Ukrainą. Poczucie niesprawiedliwości było tym bardziej dotkliwe, gdy obserwowano, jak Ukraińcy otwarcie demonstrują poczucia patriotyczne oparte na własnym, subiektywnym postrzeganiu kwestii historycznych dotyczących kontrowersyjnych, bolesnych dla Polaków spraw. Czemu im wolno, a nam nie? – pytali emocjonalnie polscy stróżowie pamięci; różnej maści prowokatorzy i awanturnicy zaczęli podsuwać proste i przez to kuszące odpowiedzi, aż w końcu sprawę zaczęła nakręcać kremlowska agentura.

Po polskiej stronie można zobaczyć reakcje które należy ocenić jako skandaliczne, powtarzające stereotypy, oparte na niewiedzy, nieznajomości Ukrainy, niechęci do niej, lęku. Krótko mówiąc, polski dyskurs dotyczący polsko-ukraińskich relacji, zwłaszcza w kontekście krwawych wydarzeń z historii, stoi na niskim poziomie. Ważne jest jednak postawienie sobie pytania dlaczego tak się dzieje? I dalej, co Ukraińcy naprawdę wiedzą o Polakach? Czy nie dolewają czasem oliwy do ognia i nie dostarczają polskim wrogom współpracy argumentów? Czemu dotychczasowa strategia porozumienia oraz odprężenia i ucieczki od bolesnej historii zawiodła? Jak odebrać pamięć o Wołyniu radykałom i szowinistom?

Tych pytań brakuje w polsko-ukraińskiej dyskusji.


Michał Urban

 

Praca w Polsce

 

 

linia102.pl promo