sobota, 09 grudzień 2017 19:08

Nowy front białoruski

Oficjalny Mińsk długo i nie bez sukcesów prezentował się jako rozjemca, który, jeśli nie pogodzi Kijowa z Moskwą, to przynajmniej zrobi w tym celu wszystko, co możliwe. Prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka starannie tworzył na kontrolowanym przez siebie terenie wizerunek ostatniej wyspy stabilności w Europie Wschodniej, jednak ostatnie wydarzenia pokazały, że „batiuszka” nie bez powodu nazywany jest „ostatnim dyktatorem kontynentu”, a styczność z tamtejszymi organami jest bardzo szkodliwa dla zdrowia.

Nie wystarczyło czasu, żeby uspokoić debaty w sprawie przeprowadzenia rosyjsko-białoruskich wspólnych ćwiczeń wojskowych „Zapad 2017”, a eksperci wciąż nie mieli wiarygodnych informacji na temat tego, czy wszyscy uzbrojeni obywatele Federacji Rosyjskiej wyjechali ze swoimi czołgami i samolotami z Białorusi do domu, gdy wybuchł skandal z Pawłem Hrybem. Młodego Ukraińca rosyjskie służby specjalne dopadły na terytorium Republiki Białoruskiej, gdzie został on zatrzymany i przewieziony do rosyjskiego aresztu. Nowa historia z udziałem „sąsiadów” zaczęła się od zatrzymania na Białorusi pod zarzutem szpiegostwa własnego korespondenta „UA: Ukraińskie Radio” w tym kraju, obywatela Ukrainy Pawła Szarojki, i ma duże szanse przerodzić się w pełen dyplomatyczny konflikt.

Informacje o zatrzymaniu dziennikarza jako pierwszy z jakiegoś powodu ogłosił nie przedstawiciel Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a prezes zarządu Narodowej Publicznej Sieci Radiowej i Telewizyjnej Ukrainy Zurab Ałasanija. „Zatrzymano własnego korespondenta »UA: Ukraińskie Radio« na Białorusi, obywatela Ukrainy Pawła Szarojkę. Oficjalnych odpowiedzi na nasze pytanie ambasada Białorusi na razie unika. Z naszych własnych nieoficjalnych informacji z Białorusi wynika, że przedstawiono mu standardowe dla zagranicznych korespondentów oskarżenia o »szpiegostwo«”, – powiedział. Potem okazało się, że w czasie, gdy wyszło na jaw jego zatrzymanie, Szarojko znajdował się za kratami białoruskiego Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego już od ponad dwóch tygodni. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy w tym czasie żadnej informacji o losie obywatela albo nie miała, albo nie uznała za stosowne ich upubliczniania.

Odpowiedź urzędników na początku kolejnego skandalu była otwarcie niemrawa. Można przypomnieć sobie tylko reakcję na zdarzenie wicepremiera ds. humanitarnych Wjaczesława Kyryłenki na Twitterze: „Ile są warte oświadczenia Łukaszenki o przyjaźni z narodem ukraińskim, kiedy na Białorusi regularnie znikają nasi obywatele?! Najpierw P. Hryb, teraz korespondent »Ukraińskiego Radia« P. Szarojko. Takie działania naruszają wszystkie umowy i czynią oświadczenia o przyjaźni hipokryzją! Czy Putin decyduje tam o wszystkim?”, – zadał pytanie retoryczne wysokiej rangi urzędnik. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Ukrainy i ambasada Białorusi tymczasem zgodnie z protokołem informowały tylko, że podejmują działania w zakresie ochrony zatrzymanego na Białorusi dziennikarza.

Natomiast białoruskie służby specjalne były bardziej wymowne. Komitet Bezpieczeństwa Państwowego Białorusi powiedział o „przekonujących dowodach na działalność szpiegowską” zatrzymanego i tworzenie przez niego sieci agenturalnej. W tej sprawie wszczęto śledztwo na podstawie artykułu 358 Kodeksu karnego Białorusi „Szpiegostwo” oraz podjęto decyzję o zastosowaniu wobec Szarojki środka zapobiegawczego w postaci aresztu. „25 października 2017 r. Komitet Bezpieczeństwa Państwowego podczas powadzenia akcji agenturalnej zatrzymał na gorącym uczynku kadrowego oficera Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy Pawła Szarojkę. Biorąc pod uwagę doświadczenie jego pracy jako szefa służby prasowej GZW Ministerstwa Obrony, jako przykrywkę powierzono mu stanowisko korespondenta narodowej publicznej spółki telewizyjno-radiowej Ukrainy. Na Białorusi Szarojko stworzył sieć agenturalną wśród obywateli Republiki Białorusi, którzy za wynagrodzenie wykonywali zlecone przez niego zadania zbierania informacji o charakterze zwiadowczym w sektorze wojskowo-politycznym”, – powiedział przedstawiciel białoruskiego KBP. By obraz walki członków białoruskiego komitetu z zagraniczną agenturą prezentował się lepiej, poinformowano, że podczas przeszukania zatrzymanego znaleziono kopie doniesień wywiadowczych, które wcześniej skierował on do centrum. Ponadto, jak mówi przedstawiciel KBP Białorusi, podczas zbierania materiałów niejawnych został zatrzymany obywatel Republiki Białoruś, który prowadził działalność szpiegowską na rzecz Ukrainy. „Białorusin przyznał się do winy i powiedział, że zgodnie z zadaniami od ukraińskiej służby wywiadu wojskowego za pieniądze zajmował się zbieraniem i przekazywaniem informacji o obronności Republiki Białorusi. Wszczęto wobec niego postępowanie karne na podstawie artykułu 356 Kodeksu karnego Republiki Białorusi »Zdrada państwa«”, – powiedział przedstawiciel KBP.

Później białoruskie kanały państwowe pokazywały film z zatrzymaniem i zeznaniami Szarojki. „W 2016 roku podczas zmiany kierownika operacyjnego zostałem przeniesiony z działu zajmującego się dziennikarzami działającymi pod przykrywką do działu, w którym pracują dyplomaci pod przykrywką”, – mówił na nagraniu zatrzymany Ukrainiec, wobec czego wyciągnięto logiczny wniosek , że dziennikarz jest szpiegiem. Historię nieco psuła demonstracja służbowego zaświadczenia Szarojki, na którym obok jego zdjęcia figuruje napis „pułkownik”. Trudno wyobrazić sobie, by James Bond w razie potrzeby przyjechał gdzieś do Bobrujska z dokumentem, w którym obok jego własnego zdjęcia napisano „agent MI-6”. To już jednak szczegóły, podobnie jak „kopie doniesień do Centrum”.

Jakkolwiek nie wyglądałoby nagranie, Szarojko wspomniał o jeszcze jednym pułkowniku – Skworcowie Ihorze Wasyliowyczu z którym znał się jeszcze z czasów pracy w ukraińskim Ministerstwie Obrony. Szarojko faktycznie osiem lat temu pracował w biurze prasowym tego resortu i Białorusinom wystarczyło to, by Skworcow, będący doradcą w ambasadzie Ukrainy na Białorusi, uzyskał status persona non grata. „Szarojko przyznał, że jest pracownikiem kadrowego aparatu wywiadu wojskowego, działającym pod przykrywką, a także ujawnił swój stopień wojskowy – pułkownik. Potwierdził, że koordynacją jego działalności wywiadowczej zajmował się pracownik Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy Ihor Skworcow, działający pod przykrywką na stanowisku doradcy Ambasady Ukrainy na Białorusi. Za działalność niezgodną ze statusem dyplomatycznym Skworcowa uznano za persona non grata”, – oświadczył KBP Białorusi.

Niemały problem ze szpiegostwem miał i ma ambasador Ukrainy na Białorusi Ihor Kyzym. Początkowo w wywiadzie dla białoruskiej telewizji TUT.BY dyplomata zareagował na kilka logicznych pytań. „Uważnie zapoznałem się z materiałami z briefingu, przeprowadzonego przez KBP. Mam kilka pytań. Co za sieć agenturalna? Dlaczego poinformowano o zatrzymaniu Pawła i nieznanego Białorusina? Jeśli jest to sieć, musi tam być wielu członków. Po drugie – dlaczego nie ma jakichś dowodów, np. zdjęć lub filmów?”. Ponadto Kyzym sceptycznie odniósł się do informacji KBP o tym, że Szarojko złożył zeznania. „Przepraszam, nie chcę komentować pracy służb specjalnych. Nie wiem, jak działają służby specjalne Białorusi, ale wiem, jak pracowały w czasach radzieckich ...”. Białoruski komitet nazwał jednak ukraińskiego dziennikarza szpiegiem i rady już na to nie było.

Historia rozwinęła się zgodnie z przyjętymi w takich przypadkach zasadami gry. „W związku z informacjami strony białoruskiej w sprawie ogłoszenia persona non grata pracownika ambasady Ukrainy na Białorusi chciałbym zauważyć, że strona ukraińska na zasadzie wzajemności również odesłała białoruskiego dyplomatę z Ukrainy”, – powiedziała rzecznik MSZ Ukrainy Marjana Beca.

Najgłośniej jednak (póki co) zabrzmiał w kontekście szpiegowskim kontekście głos samego kontrowersyjnego prezydenta Białorusi Alaksandra Łukaszenki. Z jego słów wynikało, że o ukraińskim Bondzie rozmawiał z Petrem Poroszenką jeszcze 2 listopada podczas spotkania w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Rzekomo porozumieli się wówczas, by „zamieść śmieci pod dywan” i nie nagłaśniać sprawy. „Zadał mi on (Poroszenko – red.) to pytanie. Odpowiedziałem mu, wykorzystując fakty. Przyznałem, że od pierwszego do ostatniego dnia operacji neutralizacji sieci szpiegowskiej byłem w temacie. Taka praktyka – kierownik KBP mnie informował”, – powiedział Łukaszenka. „Batiuszka” oskarżył stronę ukraińską o naruszenie trybu ciszy i zarzucił Kijowowi, co następuje: „Narobili hałasu, wszystko nagłośniono w mediach. Co miałem robić? Zmieniłem swoją decyzję i powiedziałem, by przedstawić niektóre fakty w mediach, żeby ludzie zrozumieli, że nie naginamy sytuacji w stosunkach z Ukrainą. I pokazaliśmy to”. Zbędny w jak zawsze płomiennej przemowie Łukaszenki był zwrot „żadnego moskiewskiego śladu w tej sprawie szukać nie warto, bo go tam nie ma”. W ten prosty sposób prezydent Białorusi, sam tego nie chcąc, pokazał, kto jest szarą eminencją skandalu.

Podczas gdy wszystkie zainteresowane strony szukają wyjścia z sytuacji, które byłoby dla nich jak najmniej szkodliwe, obywatelom Ukrainy przydałoby się porządnie pomyśleć o celowości wyjazdów do kraju, w którym do tej pory istnieje Komitet Bezpieczeństwa Państwowego i w którym „nie ma żadnego moskiewskiego śladu”. Nawet na negocjacje do Mińska, nawet w składzie oficjalnej delegacji. Może nagle Łukaszenka przypomni Kuczmie, że dwadzieścia lat temu na jakimś oficjalnym raucie ten niezbyt uprzejme poklepał go po ramieniu? A może rosyjska FSB zechce po raz kolejny pokazać, kto jest na Białorusi prawdziwym gospodarzem?

 
Jurij Cwiach

 

Praca w Polsce