środa, 27 grudzień 2017 10:13

Batrachomyomachia kolaborantów

Okupowane przez Rosjan terytorium obwodu donieckiego i ługańskiego ostatecznie zamieniło się w poligon na eksperymenty z zawartością czerepów kolaborantów.

Okazało się, że nie na darmo złe języki w niedalekiej przeszłości zmieniły obwód doniecki i ługański w Donbabwe i Ługandę, przeprowadzając w ten sposób paralele z Zimbabwe i Ugandą, odległymi krajami afrykańskimi, które żyją w równoległej rzeczywistości cywilizacyjnej. Ostatnie wydarzenia w tak zwanej Ługańskiej Republice Ludowej zbiegły się w czasie z przewrotem w Zimbabwe. Na czarnym kontynencie emerytowanego prezydenta Roberta Mugabe (piastował on swoje stanowisko przez trzydzieści lat bez pięciu tygodni) odprawiano zgodnie ze wszystkimi prawami gatunku – z masowymi akcjami protestu, występami w telewizji wszystkich stron konfliktu, miał miejsce nawet międzynarodowy rozgłos. Ogólnie akcja usunięcia licencjata sztuki i byłego nauczyciela klas początkowych Roberta Gabriela Mugabe była barwna i głośna, ale na szczęście obyło się bez ofiar. To, co w Afryce wyglądało jak żart, na Donbasie przybrało jeszcze bardziej groteskowy wygląd. I w Zimbabwe, i w Ugandzie scenariusz zaczął się podobnie – Mugabe zdymisjonował Emmersona Mnangagwę, wiceprezydenta, z którym wiązano nadzieje na mianowanie go następcą starzejącego się dyktatora, a lider ŁRL Igor Płotnicki zwolnił ze stanowiska ministra spraw wewnętrznych Igora Korneta, którego plany były podobne do planów Emmersona. Czarnoskórzy podnieśli na nogi armię, przejęli kontrolę nad stacjami telewizyjnymi i radiowymi oraz głównymi drogami łączności, a Mugabe, zdając sobie sprawę, że jego czas minął, uciekł za granicę. Następnie obalony władca dostał gwarancje bezpieczeństwa i wrócił do ojczyzny, gdzie obiecano mu ogromną dożywotnią emeryturę i spokojne istnienie.

Ługański pucz miał bardziej skomplikowany scenariusz, który jednak dobrze wpasowuje się w kontekst „wojny hybrydowej”, prowadzonej przez Rosję na Ukrainie. Stażowi Płotnickiego jako lidera indywidualnego bantustanu daleko jest do Mugabe, Igor Wienedyktowicz dowodził Ługandą tylko trzy i pół roku, po pseudoreferendum, w trakcie którego pojawił się ten twór. Co prawda „dowodził” brzmi zbyt poważnie – był jednym z tych, którzy mieli wpływ na strumienie przemytu, operacje z pomocą finansową z Rosji (mówiąc prościej – przywłaszczał sobie środki) i od czasu do czasu kontaktował się z kuratorami pseudorepubliki na Kremlu. Największym asem Płotnickiego był jego podpis pod porozumieniem mińskim, co postrzegano jako swojego rodzaju indulgencję, ponieważ przydawało kolaborantowi podmiotowości i choć trochę wagi politycznej.

Czas każdego uzurpatora jest jednak policzony, a o zmianie statusu społecznego Płotnickiego zadecydował wspomniany „minister” Kornet. Po puczu pojawiła się wersja, że w tym „pojedynku gigantów” zbiegły się interesy wywiadu wojskowego Rosji i asystenta Putina Władysława Surkowa, którzy zajmowali się Płotnickim, a także Federalnej Służby Wywiadu, będących kuratorami Korneta. Jakkolwiek by nie było, ten ostatni zaangażował do rewolucji bojówkarzy z sąsiedniej DRL i sił specjalnych FSB, którzy z wykorzystaniem sprzętu pancernego zablokowali centrum Ługańska. Płotnicki najpierw próbował trzymać fason, bardzo szybko jednak zrozumiał, że nadszedł czas, by spakować walizki i uciec z piwnicy budynku administracyjnego, gdzie początkowo się zabarykadował. W tym czasie w Ługańsku przebywały już regularne oddziały armii Federacji Rosyjskiej w liczbie około 1 tys. żołnierzy, wśród których znalazły się siły specjalne GZW i MSW FR a także ciężki sprzęt: czołgi, transportery opancerzone i sprzęt artyleryjski.

Zwycięzcy trzeba oddać, co należne. Kornet od razu zaprezentował pucz jako ważny wymóg czasowy. Jak mówił, na okupowane terytorium rzekomo już były gotowe wejść ukraińskie siły bezpieczeństwa, a w przypadku sukcesu „ukraińskich agentów” w zakresie wyeliminowania go z kierownictwa „MSW ŁRL” na okupowane terytorium obwodu ługańskiego podobno gotów był przesunąć się 3 Pułk Specjalnego Przeznaczenia Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy. W ten sposób Kornet „uratował” miejscowych przed kolonizatorami z Kijowa. Nie pomogło to jednak głównemu policjantowi Ługandy wspiąć się na lokalny Olimp – sprytnego Korneta wyprzedził „minister bezpieczeństwa państwowego ŁRL” Łeonid Pasicznik. O konsekwencjach tego, co się stało i co jest planowane w najbliższej przyszłości, działacz ten powiedział tak: „Igor Wienedyktowicz Płotnicki podał się do dymisji z powodów zdrowotnych. Wpłynęły na to liczne rany bojowe, skutki kontuzji. Zgodnie z jego decyzją rozpoczynam pełnienie obowiązków lidera Republiki do przyszłych wyborów”. Pasicznik poinformował również, że teraz były szef będzie upoważnionym ze strony „ŁRL” do realizacji postanowień porozumienia mińskiego. Oznacza to, że starego wodza „zjedzono”, ale nie w pełni – zostawiono ciało astralne, do którego przyzwyczaili się uczestnicy rozmów w stolicy Białorusi, a przedstawiciele stron prowadzących negocjacje nie będą musieli przestawiać się na jakąś nową twarz w środowisku.

Zresztą, jednoznacznie mówić o przyszłości Płotnickiego nie można, ponieważ zbyt wiele osób, które uciekły z pseudorepublik do Rosji, nieoczekiwanie oddało tam Bogu duszę i zostało zapomnianych. Nie mniej mgliście wyglądają także perspektywy samych „republik ludowych”. Dziennikarz i ekspert wojskowy Jurij Butusow przedstawił swoje prognozy rozwoju sytuacji. „Jeśli w Ługańsku głównym przeciwnikiem Płotnickiego stały się oddziały Igora Korneta, to głównym publicznym przeciwnikiem Zacharczenki w Doniecku jest Chodakowski (jeden z przywódców rosyjskich najemników na Donbasie – red.). Ma on wpływy oraz oddanych mu dowódców w 100 Brygadzie »Gwardii Republikańskiej«, podporządkowanej Zacharczence, a także w 11 Pułku Strzelców Zmotoryzowanych oraz kilku batalionach obrony terytorialnej. Chodakowski próbuje także udowodnić, że Zacharczenko zagraża systemowi bezpieczeństwa, którym kierują bezpośrednio »moskiewscy kuratorzy« – »Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego DRL«. To po prostu filia rosyjskich służb specjalnych. Oczywiście Chodakowski dostał zgodę Rosjan na wzmocnienie jawnej, bezpośredniej krytyki Zacharczenki. Sytuacja w Doniecku zaostrza się”, – rozstawił piony na donbaskiej szachownicy Butusow.

Sam lider „DRL” Aleksandr Zacharczenko reanimował idee utworzenia Noworosji. Kilka miesięcy temu ten terrorysta poruszył wszystkich (jak się później okazało, w tym także Kreml) informacjami o tym, że w Doniecku odbył się zjazd, na którym obecne były delegacje z różnych regionów Ukrainy, a w trakcie tego wydarzenia postanowiono zbudować państwową formację o nazwie „Noworosja”. Rezonans był wtedy poważny, jednak rosyjscy kuratorzy dość szybko wyjaśnili Zacharczence, by zaprzestał nadużyć i „noworosyjski” hałas ucichł. Teraz temat poruszył „przewodniczący ludowej rady »DRL«” Denis Puszylin, zdaniem którego obecnie najlepszy wariant to połączenie Donbabwe i Ługandy. Przeszkodą ku temu jest porozumienie mińskie. „Rzecz w porozumieniu mińskim. Obie »republiki« są jego sygnatariuszami. Jeśli »Noworosja« zostanie utworzona teraz, od razu pojawi się pytanie o porozumienie mińskie”, — wyjaśnił zastępca przewodniczącego „Ludowej Rady »ŁRL«” Dmitrij Choroszyłow. Polowi dowódcy na takie niuanse jak dyplomacja uwagi nie zwracają. Na przykład przywódca batalionu „Brianka” (okupowane terytorium obwodu ługańskiego) Dmitrij Pindiurin wezwał Zacharczenkę do natychmiastowego połączenia „DRL” i „ŁRL”, ogłoszenia Noworosji i dalszego promowania „ruskiego mira”.

Stanowisko oficjalnego Kijowa w sprawie wydarzeń w oddzielnych rejonach obwodu donieckiego i ługańskiego najbardziej zwięźle wyraził premier Ukrainy Wołodymyr Hrojsman. „To, że obecnie trwają bandyckie potyczki – chciałbym, żeby skończyło się na tym, by wzajemnie się po prostu zniszczyli, a przy tym nie ucierpieli cywile. Jesteśmy gotowi na wszystko to, co dotyczy Ukrainy, co trzeba będzie zrobić w sferze obronnej jeśli pojawią się jakieś zagrożenia”, – powiedział i stało się jasne, że władze zajmują obecnie pozycję chińskiego mędrca, który siedział na brzegu rzeki i czekał, aż fale przeniosą obok niego trupy wrogów.

W VI w. p. n. e. pojawiła się parodia homerowskiej „Iliady” pod tytułem „Batrachomyomachia”, gdzie walczyli nie bohaterowie i bogowie, a żaby z myszami. Taka parodia rozgrywa się teraz na wschodzie Ukrainy, gdzie Zacharczenko zrzuca Płotnickiego ze stanowiska, krzyczy o czołgach, które pierwszy poprowadzi na Kijów, a potem dojdzie do Londynu. Wszystkie komiczne płazy i gryzonie Donbabwe i Ługandy są szczególnie widoczne podczas „przewrotów” w rodzaju najświeższego, kiedy dla wszystkich staje się jasne, że to, na jaką wysokość mają skakać żaby i w jakiej oktawie mają piszczeć myszy, dyktuje wyłącznie Kreml.

Jurij Cwiach

 

Praca w Polsce