Drang nach Osten będzie później

Drang nach Osten będzie później
Premier Ukrainy Wołodymyr Hrojsman dosyć skutecznie opanował obraz „dobrego zarządcy”. W ciągu dwóch lat szef rządu zainicjował zwiększenie minimalnego wynagrodzenia, z różnym stopniem sukcesu, ale jednak wdraża reformy medyczną, emerytalną i edukacyjną, a szczególnie się stara z naprawianiem zawsze złych dróg ukraińskich. Lecz Hrojsman ma kłopot z powrotem siły roboczej do Ukrainy.

 

„Mamy zatrzymać migrację zarobkową, mamy stworzyć normalne warunki dla tego, aby ludzie pracowali na Ukrainie. Już rozpoczęto tworzenie takich warunków. Potrzebujemy czasu, w ciągu miesiąca lub dwóch tego nie da się zrobić. Przypuszczam, że za kilka lat jest możliwe rozwiązać tę kwestię dla tego, aby ludzie zaczęli wracać”, – optymistycznie oznajmił Wołodymyr Hrojsman na posiedzeniu kierowanego przez niego rządu. Wcielać w życie te zamiary będą nie wymyślając roweru – za pomocą zwiększenia wynagrodzenia i jakości miejsc roboczych na Ukrainie.

„Migracyjne” oświadczenie Hrojsmana całkowicie pasuje do kontekstu burzliwej politycznej autopromocji, którą ostatnio premier bardzo się zafascynował, ale z rzeczywistością nie ma nic wspólnego. Oprócz tego, inicjatywy szefa Gabinetu nie za bardzo są skorelowane z postawą prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki, który wcześniej oświadczał, że migracja zarobkowa z Ukrainy jest normalnym procesem integracji kraju z europejskim rynkiem pracy, który przechodziły sąsiednie kraje.

I już całkiem krytycznym dysonansem do intencji Hrojsmana zabrzmiały informacje od jego bezpośrednich podwładnych, którzy trochę lepiej znają się w tym temacie, niż premier. W trakcie posiedzenia Narodowej Rady Społeczno-Ekonomicznej pierwszy zastępca ministra polityki społecznej Ukrainy Olha Krętowska oświadczyła: „Z powodu niewystarczającego wzrostu gospodarczego, niedobór kadr na razie nie jest krytycznym, ale w perspektywie średnioterminowej sytuacja grozi bezpieczeństwu gospodarczemu państwa... Konkurencja o zasoby ludzkie wychodzi na poziom międzynarodowy, popyt na wykwalifikowaną roboczą siłę z Ukrainy rośnie, szczególnie u najbliższych sąsiadów – Polski, Słowacji, Litwy, Chorwacji. Procesy migracyjne mogą nasilić się w najbliższych latach”. Krętowska również zawiadomiła, że, wg obliczeń Związku Przedsiębiorców i Pracodawców Polski, dla wsparcia wzrostu gospodarki tego kraju koniecznym jest przyjęcie 5 milionów emigrantów, a, wg szacunków polskich ekspertów, w roku 2018 ogólna ilość wydanych zaproszeń dla Ukraińców będzie wynosiła 3 miliony. Urzędniczka konstatowała: „W Ministerstwie Polityki Społecznej dostaliśmy zapytanie od Ministerstwa Pracy, Spraw Socjalnych i Rodziny Słowacji, w jakim zawarto wiadomość, że w związku z rozszerzeniem produkcji przedsiębiorstw istniejących w Słowacji oraz budownictwa nowych zakładów produkcyjnych, w perspektywie 3-6 miesięcy w Słowacji przewiduje się istotny niedobór siły roboczej na poziomie 70-100 tysięcy, i rozwiązać ten problem rząd słowacki planuje kosztem przyjmowania pracowników, w tym i z Ukrainy”, powiedziała Krętowska.

Póki premier malował brawurowe projekty zamków na lodzie, jego podwładni odmitologizowali różowe marzenia przełożonego, a prezydent uspakajał tych rodaków, którzy jeszcze nie powędrowali za granicę swojej ojczyzny historycznej, agencja Bloomberg policzyła, że tylko od roku 2015 do 2017 ponad 1 milion Ukraińców wyemigrowało na zarobki za granicę, zwłaszcza do Polski (507 tysięcy osób), Rosji (343 tysiące), Włoch (147 tysięcy), Czech (122 tysiące), USA (23 tysiące) i Białoruś (22 tysiące). Według danych Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ponad 1 milion ludzi wyjechało z Ukrainy tylko w 2017 roku, i teraz, zgodnie z obserwacjami tego departamentu, co miesiąc kraj opuszcza ponad 100 tysięcy obywateli.

Nie mniej interesująco wygląda i aspekt finansowy tej sprawy. Po pierwsze, tematem migracyjnym mocno interesują się banki centralne obu krajów. Według prognoz Narodowego Banku Polski, przed upływem roku 2020 na polski rynek pracy będzie przyjeżdżać 200-300 tysięcy Ukraińców rocznie. Zgodnie ze słowami zastępcy dyrektora Departamentu Analiz Ekonomicznych Banku Narodowego Polski Jacka Kotłowskiego, ilość obywateli ukraińskich na rynku pracy w Polsce rośnie, chociaż tempo wzrostu trochę zwolniło. Wedle danych badania Banku Narodowego, przed rokiem 2050 brak rąk do pracy na polskim rynku pracy będzie wynosił około 10,6 milionów osób w wieku 18-44, i sytuację może zrównoważyć migracja 4,5 milionów pracowników zza wschodniej granicy Polski. Narodowy Bank Ukrainy z kolei przewiduje, że migracja zarobkowa z Ukrainy będzie nadal wzrastać jeszcze 2-3 lata. Jednak w Banku Narodowym Ukrainy są i optymistyczni sprzymierzeńcy Hrojsmana. „W perspektywie krótkoterminowej przewidujemy, że emigracja będzie nadal wzrastać, ale w perspektywie średnioterminowej jest oczekiwana jakaś konwergencja poziomów wynagrodzeń i produktywności, co pomoże trochę uspokoić sytuację”, wyjaśnił w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej Biznes dyrektor Departamentu Polityki Pieniężnej i Analizy Ekonomicznej Narodowego Banku Serhij Nikołajczuk

A co się tyczy bezpośrednio pieniędzy „migracyjnych”, to tu złożyła się paradoksalna sytuacja. Oficjalna wersja – smutna: wg danych Instytutu Gospodarki i Prognozowania Narodowej Akademii Nauk Ukrainy, kraj zaczynając od roku 2015, co roku traci blisko 40 miliardów hrywien w związku z migracją Ukraińców za granicę. Całkiem inne liczby przytacza prezes Komitetu Ekonomistów Ukrainy Andrij Nowak. „Według wyników roku 2017 tylko oficjalnymi przelewami gotówkowymi, ukraińscy pracownicy migrujący przekazali z całego świata na Ukrainę 9,3 miliardów dolarów. Dla porównania: tzw. bezpośrednich inwestycji zagranicznych w ciągu roku zeszłego wpłynęło na Ukrainę tylko 2,5 miliarda, z których 1,5 miliarda dolarów to pieniądze z offshor’ów. Czyli nie są to inwestycje, lecz refinansowanie przez ukraińskich oligarchów własnych firm z rajów podatkowych. W rzeczywistości na Ukrainę przybyło nie więcej 1 miliarda dolarów zagranicznych inwestycji. Na razie pieniądze robotników migrujących bardziej tworzą bilans walutowy na Ukrainie, niż inwestycje, które podobno przyciąga władza”, – wyjaśnił w jednym z wywiadów ekspert.

O tym czy mocno pragną wrócić na Ukrainę jej obywatele, którzy usadowili się za granicą, opanowali tam biznes i krok po kroku obrośli posiadłościami świadczą poniższe informacje z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji Polski: „Wśród osób fizycznych utrzymuje się wzrost zainteresowania kupnem ziemi na terytorium Polski przez obywateli Ukrainy. W roku 2017 roku, otrzymali oni 134 zezwolenia, co wynosi prawie 50% wszystkich zezwoleń na zakup nieruchomości gruntowych, wydanych osobom fizycznym (w 2016 roku – 47%)”. W Ministerstwie zauważyli, że w roku 2017 obcokrajowcy otrzymali 224 zezwolenia na nabycie 270 działek gruntowych.

Trochę osłodzić nie za bardzo smaczną dla patriotycznej futurologii Wołodymyra Hrojsmana pigułkę może wiadomość służby prasowej Stowarzyszenia Ogólnokrajowego Firm Zatrudnienia Międzynarodowego, odnoszącą się do wyników badania socjologicznego, przeprowadzonego na Ukrainie na zamówienie polskiej firmy Personnel Service. „Badanie pokazało, że tylko 11% ukraińskich migrantów chce pozostać w Polsce na zawsze. Jednak duże firmy polskie dokładają wysiłków, aby Ukraińcy zostali w pracy na wiele lat. Na razie co dla przeważającej większości ukraińskich obywateli migracja nosi tymczasowy, powtarzający się i krótkoterminowy charakter”, – uspokajają w Stowarzyszeniu.

I na zakończenie trochę z teorii spisku, bez jakiej obecnie nie jest możliwie wyobrażenie sobie jakiegokolwiek problemu, który chociażby w najmniejszym stopniu ma związek z polityką. Od czasu do czasu, w środowisku ukraińskich technologów politycznych, obsługujących interesy opozycji wyskakuje temat o celowej strategii władzy „wypierania” za granicę społecznie aktywnej i politycznie kompetentnej ludności Ukrainy, aby bez proaktywnych obywateli łatwiej fałszować wybory prezydenta i Rady Najwyższej do których już odliczają miesiące.

Jurij Cwiach

Artykuły powiązane