Przestarzały Stirlitz na Podolu

Przestarzały Stirlitz na Podolu
Niedawno media obiegła wiadomość, że urzędnicy Służby Bezpieczeństwa Ukrainy na początku czerwca b.r. wykryli w kamieńcu konfidenta rosyjskich służb specjalnych, który podszywając się pod nacjonalistów ukraińskich rozpowszechniał ulotki zachęcające do agresji w stosunku do Polaków . Prawie co miesiąc pojawiają się informacje o wyjawieniu agentów FSB, GRU i SWR w innych regionach Ukrainy, i często zdrajcami okazują się ludzie po czterdziestce…

 

Kamieniec jest wyjątkowym miejscem na Podolu. Pomimo unikalnych warunków miejscowości, dzięki którym miasto jest położone na wyspie wśród ziemi i zamknięte twierdzą jak kluczem, wyróżniają go ludzie. To właśnie o nich zarówno pisarze, jak i poeci przemawiali tak pochlebnie.

kamieniec

Zdjęcie pochodzi ze strony svitua.org


Lecz najlepiej będzie oprzeć się na faktach

Po pierwsze, wg danych demograficznych rejon ten jest prawie monolityczny, jednorodny i wzorcowo ukraiński. Informacje demograficzne świadczą o tym, że większość mieszkańców Podola i Kamieńca w szczególności są Ukraińcami. Według danych jedynego dotychczas spisu ludności przeprowadzonego w roku 2001 na Ukrainie, w Kamieńcu Polaków jest aż 0,6%, a w całym obwodzie chmielnickim – 1,6%. Jednak te dane nie pokrywają się do końca z rzeczywistością.
Nawet przybliżona ocena liczebności wiernych kościoła katolickiego na Podolu pozwala twierdzić o tym, że Polaków w granicach obwodu chmielnickiego jest przynajmniej 100 000.
Warto także mieć na uwadze, że praca rachmistrzów podczas przeprowadzenia spisu wzbudzała spore kontrowersje: są ludzie do dziś mający do nich żal, gdyż pozwalali sobie na wypowiedzi typu: „wszyscy Polacy są w Polsce”.

Po drugie, Podolacy głosują wzorcowo. Wystarczy porównać wyniki wyborów w całej Ukrainie i na Podolu, aby sobie uświadomić, że upodobania mieszkańców Chmielnicczyzny (tak czasami nazywają ten kraj) są niby indykatorem tego, jak głosuje cała Ukraina.

Po trzecie, w czasach byłego ZSRR cały region był przesycony konfidencjonalnymi zakładami produkcyjnymi i edukacyjnymi czy sekretnymi jednostkami wojskowymi. Ich funkcjonowanie było nadzorowane przez tysiące agentów KGB, którzy po upadku imperium sowieckiego nadal tu mieszkają.

Po czwarte, Podole od lat (a pewnie od setek lat) ma rozwinięte sieci komunikacji, jest skrzyżowaniem łączącym zachód Ukrainy z jej częścią środkową, Polesie z Przykarpaciem.

Trochę konkretów

Trudno powiedzieć jak prawdziwe są oficjalne dane mające świadczyć o jednorodności regionu z tymi, które świadczą o tym, że najstarsza w całej Ukrainie diecezja katolicka nazywa się kamieniecką. I w absolutnej większości miejscowości podolskich obchodzą święto Wielkanocy najpierw – polską, a potem – ukraińską. A jedynymi katolikami na Podolu byli i pozostają Polacy.

Aby w dość przybliżony sposób oszacować ilu Ukraińców nadal uznaje tutaj siebie za Polaków pomimo oficjalnych danych, wystarczy przypuścić, że do każdego z ponad 100 kościołów podolskich uczęszcza chociażby 1 000 osób. I nawet te 100 000 należałoby uważać za zbyt zaniżoną liczbę, uwzględniając ilość miejscowości, w których dotychczas, po 300 latach dominowania języka ukraińskiego nadal funkcjonuje reliktowy język polski.

Krócej mówiąc, więcej Polaków niż na Podolu mieszka tylko na Polesiu, wokół zniszczonego w roku 1935 Polskiego Rejonu Narodowego, w tamtejszym obwodzie żytomierskim.

Ukraińcy z Polakami przez wieki żyją na Podolu obok siebie w pokoju. Wołyń Południowy, który administracyjnie został wcielony do obwodu chmielnickiego, nawet ominęła tragedia rzezi wołyńskiej.

Pokój na Podolu nosi charakter sakralny: podczas obchodów świąt religijnych, wierni różnych obrządków dotrzymują się dni wolnych od pracy, bowiem inaczej mogą obrazić sąsiadów. Tolerancja ponad wszystko! Dzieci ze ślubów „mieszanych” chodzą z babciami i do cerkwi, i do kościoła.

Lecz chorobliwy umysł, opierając się na wyrojonej „wyższości” i „wszechwiedzy” mógłby wykombinować (i zapewne to zrobił) chytry plan jak zaognić na Podolu niechęć pomiędzy Podolakami różnego pochodzenia. Przecież dzięki tym animozjom „uczone Moskale” marzą sobie o utworzeniu jeszcze jednego przyczółku pod hasłem „ruski mir”.

Na co liczą stratedzy moskiewscy? Czy są jakieś poszlaki, aby można liczyć na osiągnięcie przez nich sukcesu w tej kwestii?

Ich koncepcja jest dość prosta i opiera się, pomimo urojeń, przynajmniej częściowo na faktach.

Gdzie jest dwóch Polaków, tam – trzy zdania, a wśród dwóch Ukraińców – trzech hetmanów. I Polacy, i Ukraińcy uwielbiają i umieją dyskutować na każdy temat, a szczególnie o historii i ciężkich losach swoich narodów. Korzystają z każdej okazji, aby udoskonalić swoje umiejętności sokratesowskie i trochę pogdybać.

Robi się to w dość hałaśliwy i emocjonalny sposób, dlatego osobie mało obznajomionej z tradycjami i nawykami Podolaków, ich spór może czasami wydawać się preludium do czegoś ostrzejszego i wręcz niebezpieczniejszego… Stąd prawdopodobnie wynikają u zaleszczuków (Moskowię wg starożytnych tradycji czasami nazywają Zalesiem, a mieszkańców Zalesia – zaleszczukami) marne nadzieje na kłótnie, przecież dla nich nawet języki polski i ukraiński są obce, a gdzie tam jeszcze do etnopsychologii.

Lecz pomimo marności swoich nadziei, używają oni do tego całkiem realnych narzędzi, choć może trochę i podstarzałych, albo nawet przestarzałych czyli agentów byłego KGB.

W połowie lat 80-tych ubiegłego stulecia przeciętny, nowo rekrutowany na Podolu agent tej służby specjalnej już był personą względnie skuteczną z punktu widzenia mieszczanina radzieckiego. Zazwyczaj posiadał on wykształcenie wyższe, stanowisko w jakichś zakładach produkujących czy to lufy armatnie, czy systemy naprowadzające dla rakiet balistycznych, czy kompleksy celownicze dla myśliwców naddźwiękowych… Stał w kolejce na otrzymanie mieszkania, marzył o własnym samochodzie… Może nawet miał małe dziecko.

Problem jedynie polegał na tym, że osiągnięcia te dla zwykłego obywatela „najbardziej sprawiedliwego społeczeństwa na całym świecie” już były granicznymi, przecież generalicja i wierchuszka radziecka (czyli bardzo trafnie nazywane po polsku jako „betony”) też mieli swoje dzieci. Więc spadkobiercy wieśniaków musieli tłumić swoje ambicje i cieszyć się tym, że stanowisko inżyniera czy specjalisty pozwalało na co dzień kupić coś do zjedzenia, raz w tygodniu wypić piwa „Żygulowskiego”, a raz w miesiącu zmienić skarpety i bieliznę. Te ostatnie udawało się pod warunkiem dostępu do sklepów, gdzie takie „wyszukane rzeczy” sprzedawano.

Na szansę przeprowadzki z wynajmowanej kawalerki czy 15 metrowego pokoju w mieszkaniu komunalnym trzeba było czekać kilkanaście lat, jak i możliwości wykupienia samochodu kosztem sprzedanej chaty dziadków lub innego spadku po nich.

Aż tu nagle ubrany w niemiecki garnitur mężczyzna pokazuje legitymację z godłem, i w imieniu wiadomej kontory (tak nazywano KGB wśród pospolitych ludzi), proponuje przyśpieszyć karierę, skrócić kolejki, spełnić marzenia… I to wszystko za całkiem rozsądną cenę: szukać i wykrywać zdrajców, wrogów, a może i szpiegów z przeklętej Ameryki!

Więc chętnych, czy nawet poszukiwaczy pracy seksotów (skrót od siekrietnyj sotrudnik – tajny współpracownik) wystarczało.

W roku 1921 Traktat Ryski zapowiadał dla Polski odwojowany i zasłużony pokój, spokój i nadzieję na dobrobyt. Lecz na Ukraińców czekało krwawe upokorzenie przez rozbitą, poniżoną i zhańbioną Armię Czerwoną. Obok Ukraińców na Podolu ten los podzielili również i Polacy. Kamieniec był ostatnią stolicą Ukraińskiej Republiki Ludowej i jego mieszkańcy, wraz ze wszystkimi Podolakami byli pozostawieni na łaskę okrutnego „zwycięzcy”.

Tak, tak, to Armia Czerwona „zwalczyła” tzw. Pańską Polskę i aż do upadku ZSRR komisarze dumnie opowiadali o bohaterstwie czerwonoarmistów podczas rajdu na Warszawę. A to, że stamtąd się wycofali, to tylko wyjątkowo zawdzięczając „przyrodniemu dążeniu komunistów do pokoju między narodami”.

Jeszcze trzy lata sprzymierzeńcy i sympatycy URL, zwykli obywatele, ich rodziny oraz bliscy żyli i umierali w warunkach totalnego terroru zwanego komunizmem wojennym.

W latach 1932-33 Wielki Głód kosił wsie zarówno ukraińskie jak i polskie. Może Polakom w tych czasach było o kilka kilogramów zboża lżej. Prawie każdy miał za Zbruczem krewnych albo rodaków. Niektórzy, oddając kosztowności rodzinne oblegającym wsie enkawudzistom i czerwonoarmistom, aby uratować dzieci, po prostu przemycali zboże w butach, kieszeniach i pod bielizną.

W górnym biegu Zbrucza i Horynia, na Południowym Wołyniu rodacy dosłownie przerzucali Polakom chleb przez rzekę.

Pięć lat po tym okrucieństwie Stalin zaczął szykować najazd na Polskę. NKWD zaczął „operację polską”. Oficjalne liczby mówią o rozstrzelaniu w ciągu 8 miesięcy 111 000 osób. A jeszcze kilka razy tyle powędrowało ku swojej śmierci do Karelii, Kazachstanu, Białomorza, na Kołymę. „operacja polska” miała na celu oczyszczenie przedpola operacyjnego dla marszu wyzwoleńczego Armii Czerwonej.

Podolacy i Wołyniacy ówczesnego obwodu kamieniecko-podolskiego ponieśli w roku 1938 makabryczne straty. Co dwa tygodnie w samym tylko Płoskirowie (niniejszym Chmielnickim) rozstrzeliwano 200 osób! Każde 14 dni! 8 miesięcy z rzędu!

Ten ciągły terror wykosił całe rody, wielu zdziesiątkował i dotknął praktycznie każdej rodziny na Podolu bez względu na pochodzenie. W wielu miejscowościach listy ofiar krwawych czystek stalinowskich są dłuższe niż strat w najokrutniejszej z wojen, współtwórcą której też był Stalin.

W roku 1967, już po tym jak Kamieniec z obwodowego centrum został prowincjonalnym miasteczkiem gdzieś na odludziu, w Chmielnickim podczas budowy nowej galerii handlowej przypadkowo zostały odkryte masowe mogiły z czasów stalinowskiej rzezi na Polakach. Miejsce to natychmiast otrzymało status obiektu tajnego, a zwłoki męczenników komuniści ukryli w dotychczas niewiadomym miejscu.

Stąd i wyjątki… Ukraińcy i Polacy raczej unikali jakichkolwiek kontaktów z KGB dumnie szczycącego się dziedzictwem po NKWD. Pamięć ostrzegała… Chociaż warto także zauważyć, że rzadko byli oni tam zapraszani ze względów ograniczonej wiarygodności.

Dlatego właśnie do szeregów tych seksotów, których tajność była czymś na wzór tajemnicy poliszynela, wchodziły przeważnie osoby tzw. wielkorosyjskiego pochodzenia.

Minęło już więcej niż 30 lat od czasów świetności agentów KGB. Otrzymane poza kolejnością mieszkanie się zestarzało i jakby trochę się skurczyło od nagromadzonego chłamu i łachów. Samochód, który też się udało sprzątnąć z pod nosa jakiemuś dziadkowi odpala raz na trzy razy i zamiast lakieru błyszczy już dziurami.

Perspektywiczny młody specjalista, o potężnym wsparciu kontory, którego znał prawie każdy a przede wszystkim jej kierownictwo, zamienił się w przestarzałego, niemile widzianego w towarzyskiej biesiadzie osobnika (bo kapuje). Była powaga kolegów opleciona napiętymi żyłami strachu przekształciła się w szkło ironii, głęboko raniące obrzękłe ego.

Dobrze, jeśli drzazgi byłej pychy uszkodziły tylko stosunki z ludźmi, mogło być i bywało gorzej, kiedy pozostawiony bez opieki Stirlitz tracił razem z autorytetem i pracę.

Aż tu nagle, dochodzi do spotykania postarzałego seksota z tak samo postarzałym porucznikiem z KGB, który kiedyś obiecywał mu spełnienie marzeń. Tylko porucznik już przedstawia się pułkownikiem i zamiast czerwonej książeczki pokazuje w smartfonie zdjęcie swojego domku letniskowego, i zawiadamia, że jest tu przejazdem z Moskwy, i że zatrzymał się w mieście aby się spotkać ze starym przyjacielem…

I młodość wraca, wspomnienia burzą nostalgię, były seksot już jest prawie zakochany w tym poruczniku-pułkowniku. Leje się wódeczka, rozmowa w miarę jej wypijania szybciej i szybciej toczy się w kierunku polityki, byłej „świętności”, ku niewdzięcznym swołoczom chochłackim, wieśniackiej zacofanej kulturze i pod koniec butelki kręci się wyjątkowo wokół przeklętej Ukrainy… Żegnając, porucznik-pułkownik życzy i obiecuje pomoc, przypomina, że swoich nie porzucają, opłaca wypite i, jak mówią Amerykanie, sleeper is awakened.

Za parę dni telefon z Moskwy czy Riazania i przestarzały Stirlitz jest już gotowy odradzać „Wielką Rosję” za drobne wynagrodzenie.

Całkiem realistyczny scenariusz, opierający się na faktach…

Ale do czego ten pojedynczy seksot z rozczesanym, obrzękłym i zranionym ego? Czy potrafi on zrobić cokolwiek istotnego dla Moskwy? Czy jest on w stanie, biorąc pod uwagę jego wiek i bardzo ograniczone zdolności oraz możliwości, coś wysadzić w powietrze?

Jednak wymagania jego reaktywowanych szefów są znacznie niższe niż wcześniej: należy tylko wśród Ukraińców i Polaków nadal żyjących w pokoju wrzucić odrobinę podejrzliwości, zawiści czy zazdrości. Drobne zamieszki, sprzeczki, obrazy, powyolbrzymiać zasługi, a w dobre wspomnienia zasiać wątpliwości. I narzędzia do tego są prymitywne – ulotki, plakaty sprofilowane do najbardziej aktywnej części ludności kraju…

I jest ich znacznie więcej: na Podolu w czasach radzieckich istniały dziesiątki organizacji, zakładów, jednostek którymi opiekował się KGB, a wokół nich – dziesiątki agentów… Tam gdzie szkodę od jednego agenta trudno będzie zauważyć, 100 Stirlitzów może wywołać w walczącym kraju zmiany w nastrojach, podważające wiarygodność przyszłych wyborów. Uważając na to, że Podole jest wyróżnikiem tendencji wyborczych w całej Ukrainie, szkoda od działalności NKWD-KGB-FSB może być o wiele większa w porównaniu z skandalem wywołanym w Stanach Zjednoczonych, Francji i Zjednoczonym Królestwie.

Każdy zawodowy wojskowy odpracowywał kiedyś nawyk: słyszysz kulę – nie twoja – padnij, bo jest jedną z serii. Ten pierwszy „ptaszek”, którego SBU ujawniła, jak najpewniej jest jednym z serii.

Latem 2014 roku w Chmielnickim i Kamieńcu pojawiali się „przebierańcy” w strojach rosyjskich kazaków. Podolacy potrafili dość uprzejmie, bez zbytniej przemocy i rozlewu krwi wskazać tym mankurtom drzwi.

A już trzy lata później Nadija Sawczenko szukała tutaj „podwykonawców” dla swojego równie wariackiego, jak podłego i okrutnego planu ostrzelania Rady Najwyższej Ukrainy z moździerzy.

Włodzimierz Dubniewicz

Artykuły powiązane