Różne oblicza Lwowa

Różne oblicza Lwowa
Lwów. Miasto, w którym byłeś już tyle razy, o którym tyle się naczytałeś, które poznałeś do tego stopnia że jest jednym z nielicznych zjawisk o których możesz powiedzieć, że masz o nich jakieś pojęcie. Miasto, które momentami już irytuje i nudzi jak wszystko, co staje się bliskie i oczywiste. Ale nawet do najlepiej znanej sobie rzeki nie da się wejść dwa razy. Czas zmienia obiekt poznania, ale i poznającego. A może to nie upływ czasu, ale nasza dotychczasowa nieuwaga i nowe spostrzeżenia sprawiają, że to, co widzimy po raz kolejny, wydaje się inne?

Przy każdym wyjeździe ze Lwowa w świadomości powstaje nowe o nim wyobrażenie. To, co wydawało się prawdą o Lwowie podczas poprzedniej wizyty, teraz jest już nieaktualne i niewystarczające. Miasto, wydające się być przykładem konserwatyzmu i ponadczasowości, po raz kolejny pokazało swoje inne oblicze. I okazuje się, że inni ludzie widzą – i znają – zupełnie inny Lwów.       

Gród nad Pełtwią, rzeką ukrytą pod ziemią, jest ważny nie tyle ze względu na swoją fizyczną postać, ale przez to, w jaki sposób istnieje w wyobraźni ludzi. I chodzi tutaj nie tylko o wyobraźnię jednostek: reżyserów, malarzy, rzeźbiarzy, a przede wszystkim poetów i pisarzy, bo to oni najmocniej ugruntowali status Lwowa jako miasta-legendy. Najważniejsze jest to, w jaki sposób Lwów jest obecny w wyobraźni zbiorowości, a konkretnie – jak istnieje w wyobraźni narodów. Lwów literacki i artystyczny najczęściej pokazuje nie to, jak istnieje w wyobraźni konkretnego twórcy, ale jak funkcjonuje w świadomości przedstawicieli konkretnego narodu.

 

14642
Dzień dzisiejszy Lwowa jest jedynie zaproszeniem do jego bogatej przeszłości. Wydaje się, jakby każdy kto mieszka lub choćby przez chwilę przebywa we Lwowie dokonywał podróży w czasie. I dla dawnych, i dla obecnych gospodarzy miasta jasne jest, że jego złota epoka minęła, a teraźniejszość jest jedynie westchnieniem za minionym wspaniałym czasem. Być we Lwowie to oddawać się melancholii za utraconym pięknem. I na tym kończą się podobieństwa między wyobraźnią gospodarzy dawnych i obecnych. Historia Lwowa jest piękna – przyznają obie strony. Ale które konkretnie epoki? Jakie przejawy historii Lwowa? Do kogo ta historia należy?

Polacy i Ukraińcy, bo o nich mowa, są głęboko zanurzeni w historii Lwowa. Przy czym chodzi tu właśnie o wspomniane wcześniej upajanie się melancholijnym wspomnieniem utraconej wielkości. Historia, rozumiana jako poznawanie faktów, jest potrzebna jedynie jako wyszukiwanie argumentów na rzecz tezy, iż Lwów – wraz z całą jego wspaniałością i majestatem – był nasz i tylko nasz, przez co my także jesteśmy wspaniali i majestatyczni, a oni nie liczą się wcale.

W przypadku Polaków wszystko wydaje się łatwiejsze do zrozumienia. Lwów w istocie był bardzo ważnym ośrodkiem kultury polskiej, miastem o statusie jednego z najważniejszych ośrodków dla całego kraju. Wskutek tragicznych wydarzeń historycznych znalazł się poza granicami naszego państwa. Wraz z miastem jako fizycznym obiektem utraciliśmy fenomen życia, którego toczyło się w tymże obiekcie. Działa zatem syndrom „raju utraconego”, poczucia dojmującej straty, które skłania do tęsknoty oraz do idealizowania przeszłości.  

leo pedestrians 2

Co jednak z Ukraińcami? Przecież mają oni nareszcie Lwów dla siebie?

Jednak i oni z olbrzymią przyjemnością patrzą w przeszłość. I nawet Lwów dla Ukraińców ma wartość przede wszystkim jako skarbnica historii, a miasto z przeszłości porusza ich wyobraźnię jeszcze mocniej niż to dzisiejsze, żywe i namacalne. Dlaczego? Kiedy porozmawia się z dzisiejszymi mieszkańcami Lwowa albo poczyta ich wypowiedzi w prasie czy Internecie zauważa się pewne niezadowolenie nieudanymi reformami, niepowodzeniami w budowie swojego, wreszcie własnego państwa-domu. Wyidealizowana przeszłość ma być wskazówką dla niezbyt aktywnych dzisiejszych ojców narodu i miasta.

Ale nie chodzi tylko o to. Z każdym przyjazdem do Lwowa uderzała atmosfera wybujałego, gorącego patriotyzmu i wręcz upartego manifestowania własnej dumy z bycia Ukraińcem i posiadania niepodległego państwa. Dla gościa z Polski było to niespotykane i wręcz przesadzone – przynajmniej do momentu, gdy u nas zaczęła się moda na patriotyzm. We Lwowie odczuwało się, jak młoda i świeża jest ukraińska niepodległość i jak mocne emocje wywołuje. A w ostatnich miesiącach odczuwa się, jak mocna jest świadomość jej kruchości.  Mieszkańcy Lwowa jeszcze w latach, gdy istniał Związek Sowiecki lubili określać siebie jako najgorętszych patriotów Ukrainy i obrońców ukraińskiej tożsamości. Cieszyła ich opinia zajadłych nacjonalistów. Nawet krążące na temat lwowian żarty, przedstawiające ich jako krwiożerczych barbarzyńców były przez nich traktowane jako faktyczne potwierdzenie siły ich charakteru przez nienawidzących wszystkiego, co ukraińskie ludzi sowieckich.

68k3kNYnaiY
Lata niepodległości jedynie podsyciły aż do przesady narodową dumę lwowskich Ukraińców. Radość z odzyskanej wolności i samodzielności kontrastowała z poczuciem wyobcowania względem rodaków ze wschodu kraju, dla których niepodległość Ukrainy powinna wyglądać inaczej niż wyobrażali to sobie lwowianie. Odrzucenie przerodziło się w krytykę wymierzoną we wschodniaków, którym rzekomo brakowało patriotyzmu.

Bycie Ukraińcem we Lwowie oznaczało codzienną walkę o zachowanie kawałka prawdziwej Ukrainy; prawdziwej czyli mówiącej nie po rosyjsku, zorientowanej na Zachód i równocześnie niewstydzącej się swojej tradycji. Dla przybyszy ze wschodnich obwodów lwowianie jawili się jako zbyt rozgorączkowani i zbyt rozpolitykowani. Oni z kolei patrzyli na swoich rodaków jak na zbyt obojętnych, nierozumiejących znaczenia chwili.   

Dla każdego było oczywiste, że jeżeli na Ukrainie stanie się złego, lwowianie jako pierwsi udowodnią swoją patriotyczną pozycję i wyruszą w bój. Okres rewolucji na Majdanie, zresztą jak i pierwszej rewolucji, faktycznie pokazał zaangażowanie i ofiarność lwowian. Jednak oczy świata były skupione na głównej arenie wydarzeń – na Kijowie. W drugiej kolejności po stolicy zainteresowanie obcokrajowców dotyczyło przebudzającego się centrum, południa i częściowo wschodu Ukrainy – terenów, które do tej pory uważane były za domenę sił prorosyjskich.

Aneksja Krymu oraz postępy zielonych ludzików w Donbasie postawiły pod znakiem zapytania integralność Ukrainy. Jednak postawa rosyjskojęzycznych – ale antyrosyjskich – mieszkańców Ukrainy Wschodniej postawiła tamę fali rosyjskiej dywersji. Tym bardziej interesujący stał się fenomen ukraińskiego Wschodu. Jak zawsze, miejsce, gdzie wybucha konflikt staje się przedmiotem analiz, pytań, poszukiwań.

13 majdan
Tymczasem Lwów czasów wojny odszedł na margines uwagi. Zawsze pełny turystów, w latach 2014 i 2015 został przez nich opuszczony. Miejsce wycieczek z Polski zajęli turyści ze wschodu Ukrainy, szukający chwili wytchnienia w spokojniejszym regionie kraju. Karnawałowy nastrój lwowskich knajp i sklepików z pamiątkami kontrastował z pogrzebami młodych chłopaków, którzy ginęli tam. Jak bawić się, gdy nie wiesz: wejdą czy nie wejdą? Po mieście kontrastów błąkali się nieliczni goście z Zachodu, chcący doświadczyć atmosfery kraju ogarniętego wojną – ale w bezpiecznej od wojny odległości.  

Czas mijał, a szok i napięcie wywołane wydarzeniami na wschodzie kraju i groźbą otwartej inwazji mijały. Mieszkańcy Lwowa uwagę skupili nie na doniesieniach z frontu, lecz na Kijowie i niewesołym obrazie polityków debatujących o reformach i robiących to samo, co przed rewolucją. A jeszcze bardziej zajęły ich sprawy przyziemne: jakość życia w mieście, wypłaty i ceny, podatki i rachunki, zniesienie reżimu wizowego. Czyli to wszystko, co miało zmienić się po Majdanie. Groza wojny i poczucie straty pozostawiły jednak ranę – coraz mniej widoczną, ale wciąż niezagojoną.   

Jak wygląda Lwów dwa lata po aneksji Krymu i agresji na Donbas? Z całą pewnością miasto, stereotypowo określane jako matecznik ukraińskiego nacjonalizmu i rusofobii nabrało bardziej ogólno-ukraińskiego – czyli rosyjskojęzycznego – charakteru. Opowieści o pobiciach i morderstwach dokonywanych na ludziach nieopatrznie używających rosyjskiego na ulicach Lwowa zawsze należały do miejskich legend. Teraz jeszcze bardziej widać ich nonsens. Rosyjski, choć wciąż nie jest językiem dominującym, jest spotykany na każdym kroku za sprawą uciekinierów z Krymu i Donbasu. Sami lwowianie nierzadko narzekają, że w kontaktach między dwoma grupami narzucana jest powszechna norma – to znaczy rosyjskojęzyczni oczekują, iż to osoby ukraińskojęzyczne przejdą na ich język, który „i tak rozumieją wszyscy”.  

Ciekawym paradoksem jest to, że „ruska wiosna” 2014 r., która była rzekomo zrywem mieszkańców Ukrainy Wschodniej przeciwko „faszystowskiej” Ukrainie, doprowadziła do exodusu wschodniaków przede wszystkim na „banderowski” Zachód. Mowa przede wszystkim o lokalnej elicie: ludziach wykształconych, przedsiębiorcach i programistach, którzy we Lwowie znaleźli bezpieczną przystań dla swojej działalności. Boom budowlany – lwowscy deweloperzy w szalonym tempie zabudowują wolne przestrzenie – jest w dużej mierze efektem przybycia zamożnych ludzi ze Wschodu.

Niestety, tam gdzie pieniądze pojawiają się i ci, którzy chcą je lekkim wysiłkiem przywłaszczyć. Wraz z wybuchem wojny w Donbasie tamtejsi kryminaliści stracili źródło utrzymania: bogaci (albo po prostu zamożni) uciekli, pozostali ludzie żyjący na krawędzi przeżycia. Monopol na grabież ich skromnego dobytku uzyskali „powstańcy”, czyli soldateska separatystycznych republik. Donieccy i Łużańscy złodzieje, by przetrwać, musieli wmieszać się w płynący m.in. do Lwowa tłum uchodźców.   

W ciągu ostatnich dwóch lat poczucie bezpieczeństwa mieszkańców Lwowa drastycznie się pogorszyło. Policyjne statystyki i prasowe artykuły mówią o wzroście włamań, kradzieży i pobić. Czas wojny sprzyja anomii moralnej. Do tego wśród donieckich uchodźców faktycznie obecni są ukryci pod maską uciekinierów przestępcy. 

613877
Te przesłanki sprzyjają powstawaniu stereotypów. Olbrzymia, niejednorodna masa przybyszy ze wschodu kraju zaczęła być utożsamiana w popularnych plotkach z przestępczą szarańczą, która obsiadła Lwów. Psychologia tłumu nakazuje znaleźć winnego, którego można utożsamić ze źródłem niepokojów i lęków. Racjonalnie myślący przypominają jednak, że przed przybyciem uchodźców wśród rodowitych lwowian też byli pijacy i złodzieje. Wcale nie zniknęli z miasta, które nie jest przecież oazą prawowitych obywateli, którzy mieliby być nieskazitelnych wzorów cnót wszelakich.  

Przeciwnicy dzielenia ludzi na „swoich” i „obcych”,  „lepszych” i „gorszych” podkreślają, że skoro tak dużo ludzi przybyło ze wschodnich obwodów do Lwowa, to znaczy, że widzą swoją przyszłość w Ukrainie. Co więcej, dzięki swojej energii, przedsiębiorczości i potencjałowi intelektualnemu uciekinierzy będą wzbogacać kapitał społeczny i przede wszystkim ekonomiczny Lwowa. Ten pogląd reprezentuje choćby urząd miasta, który sponsoruje liczne szkolenia dotyczące otwierania biznesu w nowym miejscu zamieszkania.

Faktem jest, że Lwów – przez wieki będący miastem kupców i rzemieślników – nie zagubił swojego ducha. Mocno wpływa on na dzisiejszych jego mieszkańców. Najbardziej chodliwym towarem jest sen o pięknym, historycznym, bajkowym Lwowie. Turystyka to branża, która stanowi żyłę złota dla większości przedsiębiorców, pozwala się utrzymać olbrzymiej części lwowian i pozwala zdobyć fundusze na rozwój miasta. 

200a4b448d630ec63987163694cc0c7d

Krakowianie, mieszkańcy Zakopanego czy Trójmiasta narzekają na turystyczny kicz i nachalną promocję kiepskich atrakcji. Cóż mają powiedzieć mieszkańcy Lwowa? Krzykacze i naciągacze na rogu Rynku i Halickiej czy na Krakowskiej są uciążliwi jeszcze bardziej niż ci z Grodzkiej, Krupówek czy Monciaka. Lwów mógłby kusić samą swoją klasą i pięknem. Jednak lwowscy menedżerowie z branży turystycznej uparcie starają się ulepszyć to, co poprawek nie wymaga.        

Stąd bierze się olbrzymia ilość „prawdziwie” lwowskich/ukraińskich pamiątek Made in China, otwieranych masowo kawiarń, knajp i cukierni eksploatujących stereotypowe wyobrażenia na temat Lwowa, przewodników oferujących „ekstremalne” albo „magiczne” wycieczki po mieście, chętnie przeplatając historyczne fakty z historycznymi mitami, a te z kolei – z legendami zupełnie nowymi, mającymi związek nie z tradycyjnym lwowskim imaginarium, ale z marketingową smykałką przedstawicieli dzisiejszej branży turystycznej.

Stare Miasto Lwowa przeradza się w Disneyland. Mała przestrzeń historycznego centrum stała się naszpikowanym do granic możliwości parkiem rozrywki, gdzie turyści spragnieni kontaktu z mitem perły Europy Środkowej mogą zaspokoić swoje pragnienia przeżycia niezwykłej wycieczki. Trzeba podkreślić, że zarówno oferta gastronomiczna jak i wystrój oraz czystość większości lwowskich knajp prezentują się o wiele lepiej niż przeciętna krakowska kawiarnia przeznaczona dla studenta albo turysty ze średnio zasobnym portfelem. 

Lwowscy restauratorzy mają jednak ambicję, by oprócz zimnego piwa i sycącego lunchu dać swoim gościom jeszcze coś dla ducha. Największa lwowska sieć restauracji, Fest!, określa się jako „holding emocji.” Przeżycia stały się takim samym towarem jak swojska kuchnia i firmowe gadżety. 

Co sprzedaje się najlepiej? Skandal. Wspomniana wyżej sieć Fest! zarządza m.in. osławioną Kryjówką – restauracją stylizowaną na bunkier UPA z lat 40. Polska prasa pisze o tym lokalu najczęściej jak o faktycznym miejscu spotkań radykalnych, niebezpiecznych nacjonalistów. To wrażenie podsycają materiały promocyjne i szeptany marketing: Kryjówka to przejaw banderowskiego ducha lwowian, ich nacjonalistycznych tradycji. Tutaj nie każdy ma wstęp, a już z pewnością nie osoby rosyjskojęzyczne i inni wrogowie nacji, odsiewani przy bramie przez strażnika w upowskim mundurze.

1358849411 7a707fbc4f2faf2a711afb15b16b53693224 b
Tyle legenda, która jest dowodem na to, jak mocno zaplanowana odgórnie kampania reklamowa jest podchwytywana i nakręcana przez tłum. Atmosfera skandalu i kontrowersji ściąga do Kryjówki wszystkich; wszystkich oprócz faktycznych nacjonalistów dla których restauracja jest cynicznym „kręceniem lodów” na trumnach ich bohaterów. Najliczniejszą grupą gości lokalu są rzekomi intruzi: turyści ze zrusyfikowanych obwodów wschodnich oraz Polacy, którzy zamawiając potrawy i napitki w pseudobanderowskiej knajpie kupują sobie poczucie satysfakcji z dokonania wyczynu, przeniknięcia do legowiska niebezpiecznych nacjonalistycznych bestii. Sami lwowianie omijają przereklamowaną, pozbawioną ciekawej oferty gastronomicznej, za drogą i nabitą po brzegi turystyczną szarańczą Kryjówkę.

Fest! oferuje ponadto m.in. wizytę w knajpie poświęconej Leopoldowi von Sacher-Masochowi, twórcy erotycznych – masochistycznych – opowiadań. Nastolatki z małych miasteczek, zaczytane w sadze o 50 twarzach niejakiego Greya, z wypiekami na twarzy pędzą do „rozpustnego” lokalu. Przy samym Rynku, w budynku dawnego domu towarowego, sieć otworzyła „Teatr Piwa” – będący reakcją na modę na piwa regionalne i rzemieślnicze. Knajpa we Lwowie nie może być po prostu knajpą, musi być od razu teatrem albo muzeum. Tak samo serwowane tu piwa odznaczają się nie tyle smakiem, co wymyślnymi nazwami i dorabianą filozofią. Poza lokalami należącymi do Festu! w centrum Lwowa jest multum kolejnych knajp, pod względem marketingu i „misyjności” naśladujących głównego gracza, które turystom dają radość a lwowianom zysk - i od których zatrudnieni w nich miejscowi odpoczywają w swojskich spelunach w stylu lat 90. albo na rodzinnych spotkaniach. Lwów miejscowych i Lwów turystów to jednak dwa inne światy. 

6262c47e72957596af161d1095697b07
Lwów turystyczny, czyli wizerunek kreowany przez marketingowców reprezentujących firmy z branży turystycznej, to bajkowe, nierealne miasto, w którym można oddać się chwili zapomnienia i poczuć się jak w małym Wiedniu. Oferta ta skrojona jest przede wszystkim pod turystów ze wschodnich obwodów, dla których stare miasto Lwowa jest naprawdę niecodzienne, nieznane, zagraniczne. W drugiej kolejności wizerunek ten ma wabić turystów z Zachodu, stanowić wizytówkę Ukrainy.

Turyści rzadko jednak wychylają nos poza obręb centrum. A za nim zaczyna się Lwów prawdziwy, z jego prawdziwymi mieszkańcami i ich codziennymi bolączkami. Wszyscy narzekają na mera, choć od kilkunastu lat jest on ponad wszelką konkurencją i spokojnie wygrywa wybory samorządowe (coś podobnego można zaobserwować zresztą w największych polskich miastach). Wszyscy narzekają na fatalny stan sieci transportu publicznego, dziurawe osiedlowe uliczki i zaniedbane bloki.

3j8DLDnKom
Ale o bierności nie ma mowy. To, w czym Lwów jest faktycznie europejski, to aktywność mieszkańców. Lwowianie to urodzeni dyskutanci aktywiści. Ilość organizacji społecznych oraz różnego rodzaju spotkań i dyskusji poświęconych różnym problemom życia codziennego imponuje. Do tego dodajmy różne inicjatywy edukacyjne, najczęściej poświęcone historii, oraz działania związane z organizowaniem pomocy charytatywnej i humanitarnej dla wojska i ofiar konfliktu. 

Twórczy ferment przeżywają także środowiska artystyczne. Koncerty, odczyty, prezentacje książek i tomików poezji, wernisaże malarstwa i grafiki – na każdym kroku widoczne są plakaty zapraszające do wzięcia udziału w wydarzeniach artystycznych. Dodajmy do tego muzykantów, zjeżdżających się z całego miasta do centrum, by dawać na starych uliczkach amatorskie koncerty.

Z drugiej strony, obok wesołego tłumu i rozśpiewanych artystów widać starsze kobiety, proszące o jałmużnę. Do tego kroku popycha je przerażająco niski poziom emerytur. Pozostający w wieku produkcyjnym lwowianie także starają się kombinować, by uzyskać dodatkowy dochód, uzupełniający podstawowe wynagrodzenie. Najczęściej spotykaną formą jest mały handel – sprowadzanie towarów z Polski i dystrybuowanie ich wśród znajomych lub małych firm. 

110318
Jak pogodzić atmosferę lwowskiej zabawy z faktem, że w granicach tego samego państwa toczy się konflikt zbrojny? Straszna rzeczywistość przypomina o sobie poprzez kondukty pogrzebowe, sunące poprzez zatłoczony poprzez turystów lwowski Rynek. Tak miasto żegna mieszkańców Ukrainy Zachodniej, którzy polegli na wojnie w Donbasie. Po ulicach miasta przechadza się wielu żołnierzy, którzy albo wypoczywają w spokojnym Lwowie po koszmarze wojny na Wschodzie bądź czekają na transport do strefy działań wojennych. Ulice miasta pełne są reklam zachęcających do podpisania kontraktu z armią i rozpoczęcia kariery zawodowego obrońcy ojczyzny.

Równie liczne są ogłoszenia zachęcające do wsparcia konkretnych osób poszkodowanych w wyniku konfliktu. Mocno widoczni są uciekinierzy ze Wschodu, próbujący na nowo ułożyć sobie życie. I wreszcie sami lwowianie, stanowiący anonimowy tłum, są przecież sumą ludzi którzy doświadczyli w ciągu ostatnich lat wielu traumatycznych przeżyć i którzy próbują walczyć o godne życie w czasach kryzysu.      

Czy tragiczne przeżycia i stres wywołany niepokojem o przyszłość nie stanowią zbyt jaskrawego kontrastu wobec Disneylandu, w jaki zamienia się opanowane przez turystów centrum? Paradoksalnie nie – twierdzą sami lwowianie, w tym ci, którzy niedawno wrócili z frontu. Życie musi toczyć się dalej. Oprócz tego, że turystyczny biznes przynosi miastu i jego mieszkańcom zdecydowaną część dochodów, pozwalając im się utrzymać, to radosny i beztroski nastrój panujący we lwowskich kawiarniach i restauracjach jest po prostu oznaką normalności. 

asd
Londyńczycy, którzy podczas II wojny światowej przeżywali grozę nocnych bombardowań, rano otwierali swoje sklepiki i zakłady pracy, wywieszając tabliczki z napisem „Business as usual”. Niebezpieczeństwo nie może sprawić, by życie stało się nieznośne i nienormalne. Podobnie postępują lwowianie: jedni umierają, by drudzy mogli rodzić i wychowywać dzieci oraz beztrosko i bezpiecznie cieszyć się życiem.      


Michał Urban

Artykuły powiązane